młoda dziś rano pękła (z ciekawości) i zapytała całkiem wprost, z kim w takim razie mieszkam, skoro nie z chłopakiem. więc powiedziałam, zgodnie z prawdą niepełną, że z psem.. i wyszłam z pokoju, zanim zdążyła zainteresować się tematem dalej. ale prędzej czy później się zainteresuje, bo to przecież nieuniknione..

mnie, z okazji tej tajemniczej przeprowadzki, dorwało wreszcie coś, co pustoszy górne drogi oddechowe i zatoki ponoć większości mieszkańców stolicy.. zanim jeszcze dzień dobiegł końca, po tym jak spektakularnie wyplułam lepszą część płuc na wszystkich po trochu, poszłam do brązowych oczu się zwolnić - do domu. może użyłam złego określenia, bo zanim dodałam, że do domu, i ona i obecna akurat choć zbierająca się do wyjścia xyz popatrzyły na mnie w przestrachu, lekkim. ale wytłumaczyłam im, tak obrazowo jak tylko się dało jednym zdaniem, dla oszczędności głośni i powietrza z tych uszczuplonych częściowym wypluciem płuc, że to m.in. dlatego, że i tak wszyscy mi mówią, żebym sobie od nich poszła.. nie powiedziałam bynajmniej, że wszyscy też zgodnie uważają, że jeśli czuję się tak, jak wyglądam, to muszę się czuć paskudnie.. w sumie w gabinecie brązowych oczu było chyba dosyć ciemno więc mogła nie zauważyć niezdrowego rumieńca rozlanego nierówno dookoła nosa i załzawionych, lekko opuchniętych oczu.. zwłaszcza, że jakoś na początku rozmowy zdjęła okulary, w których zaczęła się pojawiać jakiś czas temu. zapytała tylko, ludzkim, łagodnym głosem, czy nadrobiłam te niedopuszczalne zaległości.. no to ja, że ten teges, że jeszcze nie (bo przecież kiedy?!) i potem jeszcze coś do mnie mówiła, ale nie bardzo potrafiłam się skupić. z różnych - przyczyn..

Dodaj komentarz

stopy mnie bolą, podeszwowo. to przez niewygodne buty. bynajmniej nie nowe. buty sprzed lat, oo, może trzech? może dwóch? raczej trzech.. różowe. z podeszwą zdartą szczególnie przy zewnętrznej krawędzi, co bardzo przejrzyście wskazuje na pewną ułomność anatomiczną w mej budowie, mianowicie chodzi o nieznaczną (w moim mniemaniu) szpotawość kolan. szpotawość to jest to, co mają m.in. piłkarze - ot, takie nogi, jak to się potocznie ujmuje, na beczce prostowane.. co jest, jak sobie teraz o tym myślę, chyba oksymoronem? bo i jak prostować na beczce? ale mniejsza o to, mój bol stóp, ten podeszwowy, jest rozlokowany proporcjonalnie po całej owych stóp powierzchni, przynajmniej na jej całość rozlewa się w sposób pulsujący.. auć..

1 komentarz

kaczuszko, wiesz maki są tak duże duże duże..
a ty masz krótkie nóżki - jak zwykle u kaczuszki..
kaczuszko, wiesz maki są czerwone tak jak róże..
kaczuszki są nieduże - i tak już w życiu jest..

2 komentarze

wiecie, że chyba się udało? to nie mogła być prawdziwa grypa w takim razie :) mnóstwo różnej herbaty (chociaż osobiście obstawiam bombę witaminową), czosnek, cebula (prawie jak bym chciała odpędzić moce nieczyste), cytryna, miód.. et voila! minimum objawów i nie muszę łykać żadnych świństw z apteki..

Dodaj komentarz

czy się uda? zobaczymy. nie wiem do końca, czy jest to faktycznie grypa, czy tylko jej młodsza, mniej doświadczona, łagodniejsza w obyciu, odległa kuzynka, taka piąta woda po kisielu.. oby. no póki co obyło się chyba bez gorączki - chyba, bo w domu nie ma ani jednego termometra.. nie wiem, jak to się stało, ale się stało i nie ma. nie ma też zapasu medykamentów o działaniu bardziej zaawansowanym, niż stara, dobra aspiryna. ale i po aspirynę sięgnę dopiero w ostateczności. chwilowo wlewam w siebie dziwaczne ilości herbaty, a właściwie mieszanki herbat: bomby witaminowej (sprzed kilku tygodni), herbaty chyba pomarańczowej z dodatkiem guarany, herbaty w piramidce o smaku rzekomo tropikalnym, a do drugiego już dzisiaj dzbanka dodałam jeszcze torebkę dobrego, starego earl grey'a. wszystko doprawione słuszną dawką soku malinowego, a wariant drugi jeszcze odpowiednią dawką cytryny w plasterkach. poza tym piję syrop z cebuli, o zaskakująco przyjemnym smaku, a do poduszki zaserwowałam sobie gorące mleko z posiekanym czosnkiem i łyżką miodu. cóż, katar tak mnie otępił, że chyba każdy smak, który w ogóle do mnie dotrze, uznam za pozytywny.. no i czymże byłaby cała ta kuracja bez soku z cytryny z dodatkiem miodu? jak skończę drugi dzbanek herbaty, pomyślę o zaparzeniu odrobiny startego imbiru.. jeśli to wszystko nie podziała, zostaną już chyba tylko pijawki..

po prostu nie chcę, naprawdę, serio serio - łykać kolejnych kolorowych tabletek.. jutro i tak zmusi mnie do tego życie, ale dziś, póki jeszcze mniej lub bardziej bezkarnie siedzę w domu, dzisiaj poeksperymentuję ze zbawiennym działaniem płodów naszej własnej mamy natury.. apsik!

3 komentarze

chyba nie mam już depresji. możliwe, że wcale jej nie miałam. możliwe, że zwyczajnie brakowało mi witamin i magnezu..

wyciągam z szafy czapkę, bo nastały umiarkowane mrozy. minus cztery z samego rana nie działa jakoś wybitnie motywująco na chęć walki z permanentnym śpikiem..

i tak dalej..

Dodaj komentarz

od rana już cztery żółte, jedna pomarańczowa, jedna biała.. i jedno masywne deja vu..

apsik!

Dodaj komentarz

Archiwum

Kategorie

Linki

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht