no tak. jakoś tak to wyszło, że już dawno nie pisałam. o kurniku. o życiu. o czymkolwiek. szczerze? nie chciało mi się. samej z siebie, dla siebie, przez siebie, zwyczajnie.. do kurnika się już w zasadzie przyzwyczaiłam i nauczyłam nie dziwić.. trochę przez ten czas pozmieniało się w dynamice współżycia kurnikowego.. jakoś w połowie grudnia zrobiłam pierwszy krok w kierunku uelastycznienia swoich stosunków z wisienką, co oczywiście było, jest i będzie ze wszech miar niestosowne.. ona twierdzi, że nie łączy wolnego czasu z pracą, zuza twierdzi, że to już regularny romans.. sceptyk twierdzi, że mnie pojebało.. no i - jak zwykle, ma rację.. bo niewykluczone, że, przynajmniej z mojej strony, nosi to jakieś znamiona co najmniej flirtu. no i nie żebym szukała usprawiedliwienia dla siebie, ale przecież zuza notorycznie flirtuje z całym internetem i jakoś nikt nie widzi w tym nic złego.. czy ja nie mogę pozwolić sobie na niewinny, wirtualny, kompletnie jednostronny flirt - z własną szefową? tak, wiem, sceptyku..
tymczasem w niedzielę stuknęła nam okrągła czwórka.. liczona od daty pierwszej półoficjalnej randki. pierwszego regularnego pocałunku.. pierwszego wspólnego wyjścia do kina.. pierwszego wspólnego wieczoru w lemadame.. pierwszych czułości przy akompaniamencie harfy.. to była dosyć niesamowita pierwsza randka..
potem nie obyło się bez wyboi.. ale gdyby nie one, przypuszczalnie nie przetrwałybyśmy do dziś.. zdeklarowana poligamistka z kwestionującą monogamistką..
suka rozkłada się na kanapie, piłka jeżyk w jednej łapie, na węzełek pyskiem kłapie.. piłkę czasem z kanapy zrzuca i po nią zbiega, goni, dopada, zabiera z powrotem na kanapę.. no kocham tę sukę, ale przecież kiedyś trzeba jeść.. więc musi zadowolić się własną inwencją twórczą..
sylwester przyszedł, minął, jest nowy rok. ot, garść truizmów. nic oryginalnego pod tym słońcem, chociaż dzisiaj to pod tą śniegową czapą, co zawisła kilka dni temu nad stolicą i chyba nad resztą kraju też.. sylwester był dobry, w zasadzie okazał się kilkudniowy, bardzo sympatycznie rozegrany.. suka przeżyła, bezproblemowo.. gdybym chciała tak chronologicznie, to musiałabym zacząć od kuchni. w kuchni ściany pobielone w tempie ekspresowym - dwa dni przed padł szalony pomysł. i trzeba to powiedzieć: padł na żyzny grunt mojej własnej, bo w głowie co na moim karku ulokowanej, bezrefleksyjnej ignorancji. remontu się tak nie robi. za niecałe sto złotych. przez dwa dni. na biało. jak na sylwestra zaprasza się gości. którzy zwłaszcza planują kuchnię eksploatować. dosyć intensywnie, bardzo nawet. dwie pizze, pełno sushi, jakieś szpinakowe zawijańce, uszka grzybowe - a to jeszcze nawet nie połowa.. reszta, mniej lub bardziej szczęśliwie, dotarła w stanie już do spożycia.. stół się uginał, krzeseł chwilami brakowało i oprócz tych kilku planszówek, rozgrywaliśmy też raz na jakiś czas komórki do wynajęcia.. suka ledwo żywa, ale szczęśliwa niemożliwie, po drugiej zaległa pod stołem.. m&m podzieliły między siebie kanapę i materac i po kilkugodzinnej przerwie na sen, w składzie drastycznie okrojonym, przeciągnęłyśmy sylwestra na nowy rok.. a, tak tak, zapominam trochę. nie, nie upiłam się do nieprzyzwoitości, nawet tak nie planowałam zrobić. oprócz tego, że w stanie bardzo już wskazującym potrafię zachować pozory (jako takie), nie posiadam głowy z kategorii mocnych. a skoro zuzę zmorzyła gruźlica niewiele po północy, na mnie spadł zaszczyt pełnienia honorów pani domu. poza tym, całkiem serio, nie chciałam się upijać. skromnie, niemalże ascetycznie, robiliśmy w mniej więcej stałym składzie: w salonie cytrynki, w kuchni tequillę.. łyknęłam dzięki temu roczną chyba dawkę witaminy c. no i gitowo, bo następnego dnia zima przyszła. a suka chyba se pęcherz przeziębiła, bo ciągle sika. niestety. jest jeszcze szczeniakiem, więc średnio dwa razy dziennie robi awarię hydrauliczną.. pierwszego dnia nowego roku i drugiego dnia sylwestra, wieczorem, nastąpiła wymiana gości. i w ten sposób sylwester ujrzał trzeci dzień, a drugi dzień nowego roku załapał się jeszcze na naszego sylwestra.. wieczorem tego dnia zrobiłyśmy jeszcze poprawkę poprawki. cały czas dojadane resztki ze stołu nie przetrwały tak długo. zastąpiły je lepiej zakonserwowane gryzaki z torebek. obecnie po sylwestrze została tylko brudna stolnica. dziś już obyło się bez gości, bo ci, których bezskutecznie zapraszamy od jeszcze przed sylwestrem, zaprosili swoich własnych, tym samym wystawiając nas niejako do wiatru. ale ja nie znam całej tej historii. a wiatr? wieje. sypie śniegiem po twarzy, po oczach, po wszystkim innym też, dlatego dobrze to sobie pozakrywać. spacerowałyśmy z suką po tej śnieżycy przed chwilą.. teraz doliczam kolejny dzień do kolekcji 2009 i wsłuchuję się w nią, szalejącą za oknem..
p.s. nie wyszłyśmy o północy na fajerwerki. nie widzę w tym nic specjalnego. oni ciągle strzelają, dziś też strzelali. suka, na szczęście, też ich olewa. suka jest całkiem mądra, jak na swoje pięć miesięcy. i nawet jak na te dwie awarie hydrauliczne dziennie.. suka zagania mnie do łóżka a śnieżyca - skłania do refleksji. ale nie chce mi się o tym pisać. więc mówię: dobranoc i dzień dobry, na wypadek, gdybyśmy się jutro nie widzieli, również: dobry wieczór i do widzenia. salut! i jeszcze: cheers!
gry z kategorii logicznych, karcianych, zręcznościowych, wesołych
więc: taką, taką, taką, taką, i taką..
mi niestety apetyt rośnie w miarę spożywania i łatwo się uzależniam, trudno też jest mi się czasem opanować.. wewnętrzne dziecko dorwało się do steru i, o zgrozo, do portfela.. sceptyk, jak to sceptyk - stuka się palcem w czoło.. welcome back, sceptyku! puka i stuka, huku przy tym sporo, takiego wirtualnego.. on dobrze wie, mój stary dobry sceptyk, jak to się skończy.. ja tymczasem szykuję się do mydlanej przejażdżki na własnej nadziei - że jednak będzie inaczej.. ostatecznie, sceptyk nie jest nieomylny - jest tylko wirtualnym zrzędą, gnieżdżącym się od czasu do czasu gdzieś z tyłu mojej głowy, trochę za uszami, który na dodatek głównie rechoce złośliwie.. dobranoc..
ponieważ internet jest głównym źródłem pożywienia dla mojego wewnętrznego dziecka, zamówiłam właśnie kilka gier planszowych - w ramach rekompensaty za idiotyczne podarunki (vide: "zestaw smrodów"), którymi rok rocznie bezrefleksyjnie obdarza mnie moja własna rodzina.. szczęśliwie chyba zrozumieli, że pięćdziesiąty komplet ozdobnych świec jest już odrobinę passe.. wczoraj z resztą zniosłam wszystkie otrzymane w ubiegłych latach świece, nigdy dotąd niepalone, by ostatecznie unaocznić im bezzasadność obdarzania mnie tymi przedmiotami.. efekt tego będzie zapewne taki, że za rok uzupełnią moją 'kolekcję' o kilka dodatkowo ozdobnych sztuk.. ech.. kolejną i zupełnie odrębną kategorią kolekcji prezentów nietrafionych jest wzmiankowany już "zestaw smrodów". określenie to jest zapożyczone z żargonu współpracowniczek mamy a. zapożyczenia dokonałam wczoraj, po okazaniu tegorocznej zdobyczy - wody toaletowej o bliżej nie określonym, hmm, smrodku, kremu do rąk, który, nie powiem, akurat się przyda, i czegoś na kształt błyszczyka.. w poprzednich latach zaliczyłam już komplet próbek mydeł i szamponów renomowanej firmy na a., zestaw małego elfa w kąpieli (z cyklu modnego wówczas eko-etno), mini kosmetyczkę w, muszę przyznać, twarzowym kolorze spranego różu, zawierającą komplet mazideł służących pokrywaniu tych wszystkich powierzchni ciała na kobiecie, o które powinna bezwzględnie dbać, jako rzecze każde pismo kobiece, howgh.. czasem się trochę za bardzo przejmuję i wtedy robi mi się przykro - bo ja, inwestując w prezenty gwiazdkowe, staram się przynajmniej w minimalnym stopniu myśleć o osobie, dla której będą one przeznaczone.. prezenty, które dostaję od swoich najbliższych, można natomiast podarować absolutnie każdemu, bez względu na stopień powinowactwa i sympatii.. co roku powtarzam sobie: zestaw kosmetyków i czekoladki. zestaw kosmetyków i czekoladki. i co roku nie mam sumienia, żeby iść na tak absolutną, tandetną łatwiznę.. ale tegoroczna woda toaletowa chyba przelała czarę goryczy.. za rok, bezwzględnie: komplet czekoladek i kosmetyki. w tej właśnie kolejności..
za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg, zaraz się zapowietrzę od przyspieszonego stukania w klawiaturę, za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg!!! padaj, śnieżku, padaj 
mama, ale chyba w porozumieniu z kimś, kimkolwiek naprawdę, zafundowała mi zaskakująco fajną książkę. to miłe było z jej strony..
śnieg śnieg śnieg śnieg...
a ja dogadzam właśnie wewnętrznemu bachorowi, kupując mu gry.. książki kupiłam mu już przed świętami 
zasypiam na siedząco.. druga kawa całkiem wskazana.. dwa tygodnie względnej laby, kto wie, może odeśpię? do zobaczenia w nowym roku. tyle.
życia codziennego ciąg dalszy. zwiozłam już dwa regały i stolik. większość ubrań. i prawie wszystkie książki. poprzednio były porozrzucane po kilku różnych półkach, obecnie zajmują cały jeden regał i kilka półek zlokalizowanych na innych meblach. większość - i taka jest smutna prawda - stoi nietknięta. nieprzeczytana. nieskalana wzrokiem niczyim. a może to nie takie smutne, jak mogłoby się wydawać. wychodząc z domu mogę przeciągnąć palcem po ich grzbietach i na pewno znaleźć jakąś do zabrania w podróż.. bo dni spędzam, no tak, na podróżowaniu.. stąd tam. stamtąd gdzie indziej. skądinąd znowu tu.. zataczam koła, kreślę nieforemne ósemki.. są dni, kiedy podróżuję szlakiem nieskończoności. gonię własny ogon.. doganiam go. jem kolację. i rano od nowa. koło. nieskończoność. koło. nieskończoność. przetykana jednym, czasem dwoma posiłkami.. trochę tracę przez to na wadze.. niedużo. zu trwa w postanowieniu, że na zimę trzeba jeść treściwie. syto. więc bez obawy.. zostanie jeszcze trochę miejsc na dietę wiosenną.. do zwiezienia: szafa i regał. duże. wymagające dużego transportu. nie obejdzie się bez pakowania szpargałów w pudła i worki, które wylądują gdzieś na strychu - na wiecznym zapomnieniu. i znowu ta wieczność. to taka wieczność niekonieczna. bo przecież przyjdzie taki dzień, będzie jakaś godzina i jest to nieuniknione - znacząca koniec ich obecności na strychu.. co do zapomnienia - tutaj strzał trafił w dziesiątkę. ja zapominam na dobre.. jeśli coś się samo nie upomni, zginie w otchłani spraw istniejących gdzieś tam, może równolegle, stanowczo zaś poza moją świadomością..
na śniadanie kawa. parówka. czyli luksus - obfitość czasu. parówka: na ciepło. kawa: bez fusów zaparzona.. powoli nabieram w płuca względną stagnację tych kilku porannych godzin.. przede mną regularny cyklon aktywności, odpowiedzialności, obowiązków i całkowitych dupereli.. loka straciła apetyt..
kurwa mać.
w zasadzie na tym powinnam poprzestać.
w zasadzie może nie powinnam pisać pod wpływem emocji, które jeszcze ciągle w dużym stężeniu krążą wraz z krwią mi w organizmie..
kurwa kurwa kurwa, że zacytuję anonimowego mściciela z głuchołazów..
nie wiem jak zacząć? może od tego: jeszcze w południe posłałam gabi smsa z zapytaniem o wolne etaty u niej w kurniku.. ale, o zgrozo, u niej redukcja etatów cuchnącym oddechem dybie zza winkla.. greta teraz siedzi i proponuje, że popyta u siebie.. może potwierdzę takie zapotrzebowanie..
brązowe oczy dała ciała na całej linii. tym samym zasłużyła już permanentnie na przemianowanie. więc - wisienka. wyłożyła się potwornie, tracąc resztkę autorytetu w kurniku - z kretesem.. może chodziło o to, żeby tupnąć nogą, potrząsnąć jakoś ciałem pracowniczym, wyrwać z marazmu ostatnich miesięcy.. może ma jakieś napięcia okołokresowe? może chciała pokazać, kto tu rządzi? może jej odbiło? nie wiem. końcowy efekt jest, w najłagodniejszej wersji językowej - opłakany.. najpierw ona, potem, na zakończenie, xyz, dały czadu - opieprzając wszystkich za wszystko, waliły na oślep i nawet nie patrzyły, jak puchnie.. a ciało pracownicze - puchło w oczach.. v. nawet wybiegła z sali z płaczem. ja byłam na granicy - wytrzymałości.. pięści zaciskały się w nerwowym odruchu w sposób absolutnie niekontrolowany.. para szła uszami.. nie tędy droga, wisienko.. nie tędy droga, xyz. tak - się - tego - nie - robi. kropka.
dwa punkty kulminacyjne, które zdegradowały wisienkę doszczętnie:
- zrobiła awanturę młodej za wizytę m., któregoś pięknego dnia w kurniku.. jakiś tydzień po tym, jak sama, osobiście, przyjęła gościa w osobie pani z dzieckiem.. podjęła ją nawet kawą. i tortem. i ponad godzinną pogawędką o dupie maryni.. chyba - nie wiem. starałam się w tym czasie pracować. co zakładało przebywanie w innym pomieszczeniu i w innym towarzystwie. ale dzisiaj dostało nam się kolektywnie po uszach. za to, że olewamy swoje obowiązki..
- opierdzieliła nas za załatwianie pobocznych interesów w trakcie pracy - niecałe pięć godzin po tym, jak w sposób skrajnie agresywny sterroryzowała mnie wprost w porzucenie tego, co akurat robiłam i oddanie jej jednego papierka. na miesiąc temu!
w trakcie zebrania, delektując się głębią jej siedzących na przeciwko brązowych oczu, na bieżąco rachowałam swoje sumienie.. raz jeden pokiwałam głową z pokorą, w trakcie wywodu xyz, ale po namyśle muszę stwierdzić, że nie mam o to do siebie pretensji. grzechu warta potwierdziła potem moje odczucia. oczywiście na gorąco wszystko przedyskutowałyśmy już pięć metrów za zatrzaśniętymi drzwiami kurnika.. emocje jeszcze ciągle formują zbitą gulę w gardle, powodują pieczenie spojówek. mówię szybciej. jestem na wkurwionym haju..
przyszła do nas nie wiem skąd (no dobra, wiem, od kogo.. prawie..)
zawróciła w głowie tak dokładnie
teraz już rozumiem, to jest to
jedna LOKA i już przepadłeś :P
| Od my name is.. my name is.. |
no to prace remontowe głęboko w lesie w toku.. psie szczenię głęboko w fazie rem.. nie wszystko na swoim miejscu, ale i tak nie jest źle..
szybka burza mózgu, zanim pozapominam.. urodziło się dziecię.. więc potem była sobota. acha, nauczyłam się robić sushi, chociaż jeszcze bez ryby, to znaczy bez tej surowej, bo w paluszku tak zwanym krabowym jest mięso właśnie z ryby, ale przetworzone tak czy inaczej, więc chwilowo tylko z warzywami i tylko maki. ale ryż się klei i nawet smakuje i nie dostaję cholery, jak roluję, więc chyba polubię, a co.. zjadłyśmy to sushi, no za ostre było, za dużo wasabi, to chyba tylko taki jeden mankament.. trochę zostało i, o zgrozo, chyba poszło na zmarnowanie.. sobota.. była, hym, chyba pracująca. nie jestem do końca pewna, nikt nie jest. potem budowałyśmy z klocków ja drewnianych ona plastikowych a igor w tym czasie się na nas gniewał i uciekł na korytarz a potem do pokoju matki, wozić poduszkę na klękosiadzie. ja nie wiem, całe zgraje megamózgów siedzą i projektują najfantastyczniejsze na świecie zabawki dla dzieci, żeby były rozwojowe i grały i śpiewały i świeciły i tańczyły, szeleściły, miały mnogie i różnorodne faktury, kształty i kolory, tysiące zastosowań.. i co? w zderzeniu z rzeczywistością, zawsze przegrywają z kawałkiem mebla i materiału.. i ultrapłodną, dziecięcą fantazją, rzecz jasna.. potem były zakupy i świętowanie - że urodziło się to dziecię najpiękniejsze na świecie. trochę alkoholu, ale w sumie, całkiem przyzwoicie. trochę tostów i owoców zuzinego pomysłu i wykonania.. trochę gadania, śmiechów, toastów. agnieszka wspominała swój dwudziestoczterogodzinny poród i mi sie odechciało kiedykolwiek mieć dzieci.. ale potem układałam z olą budowle z klocków do jengi i pomyślałam, że fajnie by było tak ze swoim układać.. zróbmy sobie dzidzię, zu??
w niedzielę, nad ranem, wymienialiśmy się poglądami i sekretami rodzinnymi. marteen dał mi jasno do zrozumienia, że pewien aspekt mojego życia jest elementem całkiem publicznej wiedzy - skoro oni wiedzieli już dwa lata temu? ta cała pompa z coming outem przy okazji sylwestra była zdecydowanie - wyolbrzymiona.. w ogóle, o czym ja mówię? jaki coming out? przed kim? z czym? skoro wszyscy wiedzą. i przecież ja wiem, że wiedzą, bo wiem, jak działa ta rodzina - że nawet jeśli wiedzą, to na takie tematy się zwyczajnie - nie rozmawia. z resztą to nawet nie musi być temat tabu społecznego. to może być jakakolwiek emocja wykraczająca poza obszar mimiki twarzowej - to, czego nie widać, nie istieje. don't ask - don't tell.. jak już się wygadam, przypuszczalnie zwolnią mnie dyscyplinarnie - z rodziny.. ale póki siedzę cicho, wszystko jest cacy.. nie jest cacy. mam już dosyć takiego cacy. z resztą, przecież z gośką i marcinem dało się jak z ludźmi, może reszta też okaże się conajmniej cywilizowana? już niedługo, już niebawem, byle do końca września.. potem wreszcie - życie..
kilka rzeczy wydarzyło się w piątek. o godzinie 10.50 na świat przyszedł syn mojej siostry. o godzinie 15 z minutami uraczyłam się warszawską fryzjerką. a po godzinie 20 pierwszy raz w życiu zrobiłam to:
| Od przygoda z sushi |
no to może rzeczywiście czas zacząć pisać pamiętnik - taki z prawdziwego zdarzenia? no i może joggerek, który mam już od pięciu lat, jest właśnie idealnym miejscem startu? ostatecznie, moje życie nie zaczyna się w tej chwili i to, co było do tej pory, no było i nie ma co udawać czego innego, zaczynając w nowym miejscu. więc tu właśnie, na fundamencie całego, zaszyfrowanego mniej lub bardziej chaosu minionych pięciu lat - kolejna metamorfoza. jagniołowy pamiętnik czas zainicjować 
ten wątek będzie nosił nazwę "z życia", i tego właśnie dotyczyć będzie. bo gdzieś poza lub gdzieś pomiędzy wszelkimi bocznymi torami, którymi dojeżdżam do rozmaitych miejsc pracy i pobytu (oraz tej szatańskiej domeny, którą są księgarnie świadczące usługi za pośrednictwem internetu), toczy się - właśnie ono. moje życie. cokolwiek zaniedbane ostatnimi czasy..
najbardziej zaniedbana ma pełne prawo czuć się moja ukochana - zuzia.. koniec z inicjałami. przynajmniej w tym wątku. przynajmniej w stosunku do zuzki. przypuszczalnie mojej przyszłej - małżonki? hihi, jak to brzmi.. niedorzecznie, kompletnie niedorzecznie, zwłaszcza w kontekście tego kraju i zamieszkującego go narodu.. więc może - partnerki? bratniej duszy? kochanki? póki co, wszystko się zgadza.. już niebawem - współlokatorki
to niebawem, no tak, flirtuje bezwstydnie z naszym przeznaczeniem, robiąc dwa kroki w kierunku ziszczenia się, i nieubłagany jeden w tył.. kusi, zwodzi, nęci, mruga okiem.. mi brakuje cywilnej odwagi, żeby się wynieść z domu w obliczu - babcinego stanu zdrowia, rozgrzebanego remontem mieszkania, jutrzejszego porodu gośki.. i pozostaje jeszcze ciągle niepoprawiona praca dyplomowa, którą wypadałoby - no właśnie, poprawić. oprawić. oddać. obronić. i mieć z głowy.. a w perspektywie - remont mieszkania zuzki, ostateczny coming out w rodzinie, niewykluczone, że też w co najmniej jednej pracy.. czy to takie dziwne, że wyhodowałam sobie jakiś rodzaj nerwicy i notorycznie wpadam w histerię?
z tego wszystkiego - nawalam towarzysko i nie tylko. obiecałam dziś kino - zuzi, i grecie i wreszcie - sobie. ale zawiodłam, najbardziej chyba zuzkę. nie pierwszy raz i, kochanie - nie ostatni. jestem notorycznym nawalaczem. (o - nawalacz jest faktycznym, słownikowym, słowem? czego to się człowiek może dowiedzieć przypadkiem) o - chyba czas na samokrytykę. nawalaczka (ha, nawalaczka nie jest słowem!), histeryczka, panikara, znerwicowana, nieodpowiedzialna, niefrasobliwa, niesłowna i nie wiem już.. może starczy na razie. to i tak sporo - do poprawy. chwilowo święcę jeden, skromny tryumf - trzy miesiące bez papierosów. trzy miesiące to dobry początek na dobrej drodze, no nie? to teraz się trochę tym pocieszę.. adieu..