mija luty a w mojej głowie cisza.. sceptyk wycofał się hen hen na tyły - sam pisze pamiętniki.. w kurniku tyle się dzieje, że nie nadążam zwyczajnie. młoda odeszła. przyszło dwoje nowych. tzn jeden już przyszedł, druga ponoć jutro.. pikaczu się wziął i połamał.. w ogóle kolejne postacie w tajemniczych okolicznościach przestają regularnie uczęszczać do kurnika.. wirusy i bakterie hulające po świecie zbierają żniwo.. xyz szaleje.. wisienka rwie włosy z głowy.. ciocia dobra rada ciska piorunami na lewo i prawo.. jędza bije rekordy jędzowatości.. sytuacja zatacza niespodziewane zwroty praktycznie co sekundę i w zasadzie nigdy nie wiadomo, jak tak naprawdę wygląda.. mała mi i pikaczu tymczasowo opuścili pole walki, pozostawiając mnie na posterunku i ja w tej swojej samotni dostaję kota.. lada dzień każą mi realizować wytyczne operacji 'gwiezdne wojny'.. no cyrk na kółkach, fotomontaż..
no tak. jakoś tak to wyszło, że już dawno nie pisałam. o kurniku. o życiu. o czymkolwiek. szczerze? nie chciało mi się. samej z siebie, dla siebie, przez siebie, zwyczajnie.. do kurnika się już w zasadzie przyzwyczaiłam i nauczyłam nie dziwić.. trochę przez ten czas pozmieniało się w dynamice współżycia kurnikowego.. jakoś w połowie grudnia zrobiłam pierwszy krok w kierunku uelastycznienia swoich stosunków z wisienką, co oczywiście było, jest i będzie ze wszech miar niestosowne.. ona twierdzi, że nie łączy wolnego czasu z pracą, zuza twierdzi, że to już regularny romans.. sceptyk twierdzi, że mnie pojebało.. no i - jak zwykle, ma rację.. bo niewykluczone, że, przynajmniej z mojej strony, nosi to jakieś znamiona co najmniej flirtu. no i nie żebym szukała usprawiedliwienia dla siebie, ale przecież zuza notorycznie flirtuje z całym internetem i jakoś nikt nie widzi w tym nic złego.. czy ja nie mogę pozwolić sobie na niewinny, wirtualny, kompletnie jednostronny flirt - z własną szefową? tak, wiem, sceptyku..
tymczasem w niedzielę stuknęła nam okrągła czwórka.. liczona od daty pierwszej półoficjalnej randki. pierwszego regularnego pocałunku.. pierwszego wspólnego wyjścia do kina.. pierwszego wspólnego wieczoru w lemadame.. pierwszych czułości przy akompaniamencie harfy.. to była dosyć niesamowita pierwsza randka..
potem nie obyło się bez wyboi.. ale gdyby nie one, przypuszczalnie nie przetrwałybyśmy do dziś.. zdeklarowana poligamistka z kwestionującą monogamistką..
nie znoszę, nienawidzę, nie cierpię, kiedy zdrabnia się moje i tak wystarczająco nielubiane przeze mnie imię.. a w kurniku słyszę w kółko i na okrągło: ..ko, ..ko, ..ko - ciekawe, kiedy będzie odpowiedni moment, żeby im o tym powiedzieć? powiedziałam już raz, grzechu wartej, że ..to wkurza mnie najbardziej na świecie.. więc ona, przekorna bestia, w dzwon ..to bije przy każdej okazji.. dzisiaj zdrobnienia dopuściła się wisienka i to już brzmiało najdziwniej na świecie. chyba jeszcze tylko trochę dziwniej to zabrzmiało jeszcze przed prywatyzacją naszej relacji. a może to nietrafiona jest gra na słowach. mniejsza o całość.. więc kiedy ona mnie tak zdrobniła, tak jak zrobiła to w ostatnim śnie, po tym, jak oznajmiła, że śniła jej się a. (chociaż wiem, że nie o mnie mówiła), to się tak jakoś mimowolnie skrzywiłam. bo ta chwila ewidentnie przekroczyła granicę między tym co tu i teraz a tym, co mi się śni czasem.. i kiedy różne chwile robią takie rzeczy, zwłaszcza kiedy robią to na przykład z samego rana i już po dwóch kawach a tuż przed trzecią jeszcze przed południem a i tak na marne, bo powieki takie ołowiane i słowa się głowy nie trzymają, to sami, prawda? rozumiecie.. że może się człowiek w sposób przez siebie niekontrolowany wykrzywić cały, nie tylko mimicznie.. no, całość, w przeciwieństwie do mimiki, udało mi się jako tako skontrolować, ale twarz wykonała niewątpliwie wizualnie dziwny manewr - całość zaś czym prędzej posadziłam tyłem do ogółu.. a o tym, że sny miewam ostatnio dosyć paranoiczne powiedziałam później małej mi. tak w zasadzie bez okazji.. mała mi bez okazji zaczęła pytać o 'naszego' sylwestra w obecności młodej, co dostarczyło mi wrażeń z kategorii tych bliskich śmierci.. no więc opowiedziałam, tak z grubsza, ale bez większego entuzjazmu, że było fajnie.. w szczegóły może wdam się w najbliższą sobotę.. młoda z pewnością odnotowała w świadomości albo tuż pod jej powierzchnią kilka innych szczegółów mojej oględnej relacji. na przykład imię: zuza. na przykład. i że remontowałyśmy kuchnię. na przykład. z tym, że może wcale nie..
zasypiam na siedząco.. druga kawa całkiem wskazana.. dwa tygodnie względnej laby, kto wie, może odeśpię? do zobaczenia w nowym roku. tyle.
ciekawe, czy wisienka i jędza i ciocia dobra rada i młoda i grzechu warta i xyz - czy to są dane wrażliwe? jeśli tak, pewnie niebawem dostanę po łbie jakimś paragrafem.. trochę biorę na wstrzymanie z dokumentowaniem kurnikowego życia.. z resztą do tej pory zdawało mi się, że raczej skupiałam się na jego pierwiastku ludzkim i międzyludzkim, mniej zaś na wymiarze merytorycznym.. jeśli ktoś wie (jeśli ktokolwiek czyta), co robię i gdzie - proszę o zatrzymanie tych niezwykle wrażliwych danych dla własnej informacji..
więc zasadniczo w czwartek odbył się kolejny zlot czarownic. i jednego czarownica.. tym razem w składzie nieco okrojonym, więc i w minimalnie przyjemniejszej atmosferze.. no nie, kłamię. łżę jak z nut. atmosfera była o niebo lepsiejsza. to głównie za sprawą tego jednego czarownica. aha.. no to już jest informacja z kategorii wrażliwych.. więc na potrzebę tylko i wyłącznie tej pseudo kroniki, pozbawię czarownica płci i od tej pory uczynię go - pokemonem. wiem, to w pewnych kręgach jest skandalicznie obraźliwe określenie. ale ponieważ czarownic jest przez wszystkich chyba w równym stopniu uwielbiany, załóżmy, że jest tym żółtym pokemonem z ogonkiem w kształcie pioruna.. więc za sprawą pikaczu (hihihi), który rzeczonym ogonkiem pierwszorzędnie rozładowuje wszelkie napięcia, trzy godziny minęły w zasadzie jak z bicza.. tak, trzy. bite. trzy. godziny. zegarowe. od - do. i całkiem dosłownie, ocalił nas dzwonek.. ale to inna bajka. chociaż, no tak, gdyby nie ten dzwonek, siedzielibyśmy jeszcze. i siedzieli. no śmiesznie było. dziwnie było. inaczej. wisienka już na wstępie zmieniła taktykę - podziękowała wszystkim zaangażowanym w niedawne wydarzenia kulturalne. była w ogóle taka bardziej wyluzowana. chociaż, w rzeczy samej, ostatnio znacznie więcej się dzieje, niźli działo się wtedy - mówię o wydarzeniach peryferyjnych.. i chyba nawet jeszcze więcej utrzymuje niezamierzonych kontaktów z xyz.. chociaż to akurat jest dosyć ciężko stwierdzić. xyz ma tę dziwną manierę - że jest zawsze i wszędzie.. na przykład ostatnio zjawiła się, niezapowiedziana, na moim terenie. i namieszała w kociołku, do którego wydelegowane jesteśmy we trzy - no i teraz mam zagadkę.. ja - to wiadomo - ja.. ale oprócz mnie są jeszcze dwie.. hmm.. niech jedna to będzie mała mi.. a ta druga? matka polka - na ten moment.. więc we trzy mamy na spółkę gar pełen rozmaitości, do którego jeszcze ciągle ktoś coś tam dorzuca. i pal sześć, bo ja nawet się cieszyłam do tej pory, że wszyscy tak ochoczo dysponują swoimi bezcennymi trzema groszami - czasem im więcej, tym rzeczywiście weselej. ale nie tym razem.. xyz nakreśliła przed moimi i matki polki oczami pewną wizję, którą najpierw stanowczo zakwestionowała wisienka, a potem całkiem prozaicznie zweryfikowała rzeczywistość.. ehh.. no nieistotne. nieważne. dalej, dalej.. w zasadzie, jeśli chciałabym być wierna kurnikowej metaforze, powinnam to czwartkowe posiedzenie nazwać grzędą.. bośmy zasiadły i zaczęłyśmy gdakać. pikaczu szlag trafiał. nie tak widoczny, jak mnie. ale mi jest czasem potwornie trudno powściągnąć nadekspresję całkiem uzasadnionej irytacji.. naprawdę. była uzasadniona w stu procentach.. dawałam jej wyraz werbalnie i nie. mimiką. pantomimą. głośno sapiąc. za głowę się nawet łapałam.. wykrzykiwałam - o boże! o matko! i: no nie! i na próżno.. dopóki nie przyszedł pan i nie zadzwonił, towarzystwo gdakało w najlepsze, skupiając się na zniesieniu kilku jaj na raz.. wykluło się tylko jedno, takie, na którym najbardziej wszystkim zależało - dotyczące urlopów.. umówmy się, że praca pracą, ale jakieś priorytety funkcjonować muszą.. poza tym kilka spraw zostawiliśmy, by dojrzały - dwie z nich obudziły się następnego dnia tylko po to, by dać sobie łeb ukręcić - ponownie: prozie kurnikowego życia. wzniosłe i zacne takie ideały nie zawsze zdają próbę rzeczywistości.. powiedzieliśmy sobie, pokrzepiająco: po nowym roku. się zobaczy..
reasumując, po mału poprzezywałam już prawie wszystkich.. nie mam pojęcia, czy te ściśle artystyczne pseudonimy na kogoś wskazują, czy uda mi się uniknąć z każdym dniem rosnących w powage reperkusji tej pseudo-kronikarskiej wolnej amerykanki.. czasem mam chwile potężnego zwątpienia i wtedy mi się odechciewa ale prawda jest taka, że już przywykłam do kurnika. smutno by mi było i przecież kiedyś będzie - go zostawić.. lubię w nim prawie wszystko - oprócz tych kilku rzeczy, których w nim nie cierpię.. jednak nie potrafię o nim myśleć inaczej, niż ciepło.. nawet, kiedy szczękam zębami z zimna, jak dziś rano..
w kurniku atmosfera wciąż, no, powiedzmy, że niespokojna. dziś oznajmiłam, mniej lub bardziej serio, m. i k., że rzeczywiście zaczynam rozglądać się za inną robotą. bo taka jest prawda. to, że tej roboty nigdzie nie widać, to już jest inna sprawa. zupełnie inna. w mojej głowie uformował się też plan alternatywny. i, nie oszukujmy się, dosyć abstrakcyjny. więc jeszcze nie wypowiem go na głos. no dobrze, raz go na głos wypowiedziałam - z. jest z tej okazji bardzo szczęśliwa. ja nie do końca wierzę w jego realność. więc póki co - język za zębami. może w przyszłym tygodniu coś się rozjaśni.. tymczasem m. podjudza nas do opuszczenia okrętu i zbudowania swojego własnego. od podstaw. i do przeciągnięcia jeszcze kilku członków, ekhem, członkiń załogi na nową łajbę.. czy ja wiem? to co mówi może nawet mieć ręce i nogi.. potwornie to przerażająca perspektywa. taka.. dorosła.. ja nie wiem, czy już jestem na tyle dorosła, żeby rozwijać żagle w całej ich okazałości.. ale on tak z sensem gada. tak że ja sobie myślałam już nawet - to się może udać.. bo mogłoby.. ludzie tak robią wszędzie, każdego dnia. niby czemu nam miałoby się nie udać? oczywiście, że by się udało. cholera.. już se nadziei narobiłam..
niepokoje poprzedniego tygodnia odbijają się echem od ścian kurnika i czkawką wszystkim wewnątrz niego.. dziś np. m. przez pół godziny woziła się z jedną kartką, którą chciała pokazać wisience, żeby tylko uniknąć kontaktu z xyz.. nie tylko ona unika xyz jak ognia.. ja też niespecjalnie chcę ją oglądać na oczy. mało kto chce.. nawet na wisienkę spoglądam mniej chcętnie niż dotychczas.. ogólny niesmak spowodowany tamtym feralnym poniedziałkiem trwale osadza się w zakamarkach i na załamaniach duszy.. ja też mam sprawę do wisienki ale perspektywa konfrontacji z xyz stanowi skuteczną barierę na drodze do gabinetu.. na czwartek planowana jest jakaś powtórka z rozrywki, a może to tylko plotki.. ja w każdym razie postaram się lepiej przygotować i nie dać wziąć tak z zaskoczenia, jak miało to to miejsce tydzień temu.. w myśl zasady, że atak jest najskuteczniejszą formą obrony, już poleruję oręż, przedmuchuję lufy rewolwerów, usypuję amunicję w kupki a jak się znudzę - układam z niej szlaczki.. oczywiście w rezultacie bardziej się napuszę, niż rzeczywiście coś zwojuję i pewnie wyjde na nadętą piczę. ale mam to w nosie. coraz bardziej. i coraz głębiej. i już mnie głowa boli..
nie wiem, czy coś jeszcze warte jest opisywania.. zgłodniałam..
kurwa mać.
w zasadzie na tym powinnam poprzestać.
w zasadzie może nie powinnam pisać pod wpływem emocji, które jeszcze ciągle w dużym stężeniu krążą wraz z krwią mi w organizmie..
kurwa kurwa kurwa, że zacytuję anonimowego mściciela z głuchołazów..
nie wiem jak zacząć? może od tego: jeszcze w południe posłałam gabi smsa z zapytaniem o wolne etaty u niej w kurniku.. ale, o zgrozo, u niej redukcja etatów cuchnącym oddechem dybie zza winkla.. greta teraz siedzi i proponuje, że popyta u siebie.. może potwierdzę takie zapotrzebowanie..
brązowe oczy dała ciała na całej linii. tym samym zasłużyła już permanentnie na przemianowanie. więc - wisienka. wyłożyła się potwornie, tracąc resztkę autorytetu w kurniku - z kretesem.. może chodziło o to, żeby tupnąć nogą, potrząsnąć jakoś ciałem pracowniczym, wyrwać z marazmu ostatnich miesięcy.. może ma jakieś napięcia okołokresowe? może chciała pokazać, kto tu rządzi? może jej odbiło? nie wiem. końcowy efekt jest, w najłagodniejszej wersji językowej - opłakany.. najpierw ona, potem, na zakończenie, xyz, dały czadu - opieprzając wszystkich za wszystko, waliły na oślep i nawet nie patrzyły, jak puchnie.. a ciało pracownicze - puchło w oczach.. v. nawet wybiegła z sali z płaczem. ja byłam na granicy - wytrzymałości.. pięści zaciskały się w nerwowym odruchu w sposób absolutnie niekontrolowany.. para szła uszami.. nie tędy droga, wisienko.. nie tędy droga, xyz. tak - się - tego - nie - robi. kropka.
dwa punkty kulminacyjne, które zdegradowały wisienkę doszczętnie:
- zrobiła awanturę młodej za wizytę m., któregoś pięknego dnia w kurniku.. jakiś tydzień po tym, jak sama, osobiście, przyjęła gościa w osobie pani z dzieckiem.. podjęła ją nawet kawą. i tortem. i ponad godzinną pogawędką o dupie maryni.. chyba - nie wiem. starałam się w tym czasie pracować. co zakładało przebywanie w innym pomieszczeniu i w innym towarzystwie. ale dzisiaj dostało nam się kolektywnie po uszach. za to, że olewamy swoje obowiązki..
- opierdzieliła nas za załatwianie pobocznych interesów w trakcie pracy - niecałe pięć godzin po tym, jak w sposób skrajnie agresywny sterroryzowała mnie wprost w porzucenie tego, co akurat robiłam i oddanie jej jednego papierka. na miesiąc temu!
w trakcie zebrania, delektując się głębią jej siedzących na przeciwko brązowych oczu, na bieżąco rachowałam swoje sumienie.. raz jeden pokiwałam głową z pokorą, w trakcie wywodu xyz, ale po namyśle muszę stwierdzić, że nie mam o to do siebie pretensji. grzechu warta potwierdziła potem moje odczucia. oczywiście na gorąco wszystko przedyskutowałyśmy już pięć metrów za zatrzaśniętymi drzwiami kurnika.. emocje jeszcze ciągle formują zbitą gulę w gardle, powodują pieczenie spojówek. mówię szybciej. jestem na wkurwionym haju..
dni nie starcza na życie.. między kurnikiem i czwartym piętrem, pomiotem szatana i sporadycznym myciem okien, pozostaje raptem kilka godzin snu.. a kiedy tu żyć? kiedy realizować się? dokształcać? ukulturalniać?
weekend z a. należał, nie powiem, do interesujących co najmniej.. seks wkroczył do kurnika z monstrualnym przytupem i jeszcze długo z niego nie wyjdzie. a. udało się przekonać v. do czegoś, co onegdaj wzbudziło jej święcie szczere oburzenie.. a. została ogólnie dobrze odebrana, niektórzy nawet odnieśli wrażenie, że jakoś dobrze z a. żyję - ja. co nie jest prawdą. a widziałam, poza uczelnią, tylko przy jednej okazji i był to pewien festiwal, powiedzmy, kulturalny.. raz jeden, w ciemnej sali, patrzyłyśmy przez zadymione powietrze na ekran, na którym pary kobiece oddawały się mniej, niż mogłoby się wydawać, skomplikowanej ars amandi.. nie siedziałyśmy nawet obok siebie.. niemniej a. powitała mnie radosnym okrzykiem - ach, to ty! i ty tutaj - pracujesz! i tylko dwa razy wysłała na szczęście zawoalowaną aluzję do posiadanej przez się wiedzy - w realiach kurnika, skąd inąd, tajemnej.. ale to był tamtem weekend. i minął cały tydzień. kurnik jak stał na głowie - tak stoi. czasem robi dodatkowo fikołki.. może uda mi się w środę do kina, wreszcie, przy trzecim chyba podejściu, pojechać..
zostałam, między innymi - ja, obarczona zaszczytnym obowiązkiem przygotowania imprezy wigilijnej. jak tłumaczyła mi już wielokrotnie v. - de facto wszyscy są zaangażowani w równi, czyli że każdy jest urobiony po łokcie i często nie wie, w co wsadzić ręce.. brązowe oczy ciągle zmienia koncepcję - a to że tu, a to że tam, a to że gotujemy sami, a to znowu, że jednak zamawiamy.. nie, to nie ona, to xyz w całej swojej okazałości.. brązowe oczy, którą lada moment przechrzczę w ogóle na "wisienkę na torcie" ^.^ spełnia mniej więcej taką funkcję - dekoracyjną.. nie powiem, źle się z niej nie wywiązuje.. niestety de facto, powinna też, przynajmniej trochę, nami pozarządzać. ta jej aktywność przejawia się jednak sporadycznym wytknięciem czegoś palcem i huknięciem - co z tego, że potwornie efekownym? nie wie do końca, czy chce się z nami spoufalać, czy jednak być tą panią siejącą postrach wzbudzającą respekt z oddali swojego gabinetu.. przedwczoraj na przykład przyszła i oznajmiła, że jej podpadłam - nie wysyłając jej pewnego mmsa.. dotyczył on, no dobra, to już opowiem - porodu o., z którą nie jestem bynajmniej spokrewniona.. ale już z jej dzieckiem - owszem. cały kurnik ma mnie więc za wyrodną ciocię, bo nie chodzę codziennie do szpitala i nie donoszę najświeższych wiadomości z dzidziusiowego frontu na bieżąco.. bo im się one należą, rozumiecie, najbardziej na świecie.. no jeszcze brązowym oczom to nawet tak.. razem z o. i v. niejedno wiadro soli tam skonsumowały, a może to zupełnie nietrafiona analogia jest, wszystko jedno. dziś pociągnęłam v. trochę za język. v. jest taką uroczą gadułą gdy ją odpowiednio podejść. więc v. dostała ode mnie zdjęcie bobasa, gdy tylko ja je otrzymałam, co i tak było rażącym naruszeniem jego prywatności, ale wyszłam z założenia, że skoro v. trzyma sztamę z brązowymi (bo w zasadzie nawet rozważałam możliwość przesłania kopii i jej), to i tak jej pokaże. co też skwapliwie poczyniła. jej i całej reszcie kurnika. czego powinnam się była spodziewać. więc tylko umiarkowanie byłam zirytowana, gdy ciocia dobra rada powitała mnie okrzykiem - ja też widziałam b!
tak czy siak.. o czym to ja? umieram z przemęczenia.. a przyszły tydzień.. byle do piątku..
acha.. m. na zwolnieniu, z niejasnych przyczyn, które wegług v. powinnam znać od podszewki. bo, pozwolę sobie zacytować, "myślałam, że utrzymujecie kontakt".. więc chyba wywiad v. w postaci bliskiej dosyć relacji z o. zawiódł, ku mojej ogromnej uciesze, na całej linii.. a może to o. trzymana jest w ciemnościach przez swojego męża? a przy okazji sama jest ociemniała. albo to wyparcie - popularna w całej rodzinie metoda radzenia sobie z niechcianymi informacjami.. tyle że w o. nie płynie (już) nasza krew.. z resztą, czort wi.. przodków mamy z jednego regionu.. ot i taka dygresja mi wyszła, na zakończenie.. więc m. na zwolnieniu, nie wiem do kiedy, tymczasem w poniedziałek szykuje się mała awantura.. może nie awantura, może nie bunt (o którego wzniecanie zostałam z resztą, bardzo krzywdząco, posądzona), ale jakieś niepokoje z pewnością.. w ogóle.. przyszły tydzień? muszę wziąć do ręki kalendarz i rozpisać go sobie na dni, bo coś mi się zdaje, że jest już zapełniony od deski do deski a ja nie pamiętam za cholerę - czym?
to już jutro - piekielny weekend.. dwa całe dni, które w ogólnym bożym zamyśle miały z pewnością być dniami wolnymi od obowiązków codzienności reszty tygodnia, dwa całe dni, od świtu - do zmierzchu.. dwa calusieńkie dni - o seksualności. albo matka jedna natura wie, o czym tak naprawdę..
nie wiem, czy brązowe oczy miała wczoraj peemesa, czy k. nadepnęła jej jakoś specyficznie na odcisk, czy może jednak są to tylko moje zwidy i wynikłe z nich - konfabulacje.. ale najpierw brązowe oczy opieprzyła, przy świadkach, k. za to, że się spóźniła, nie przychodząc dziesięć minut wcześniej - o czym była mowa na początku września.. dobrze, że mnie nie widziała, jak przyszłam minutę (dosłownie!) przed k., bo niechybnie też by mi się oberwało.. to znaczy pozostaje mi tak przypuszczać - że mnie nie zauważyła.. od samego rana podobną burę zrobiła m... potem, z morderstwem w oczach, zadała mi pytnie natury tak bardzo egzystencjalnej, że potencjalny żart na temat jego egzystencjalności nie tylko nie był w stanie przecisnąć się przez gardło, ale w ogóle zjechał głęboko do jejunum.. spytała mianowicie, czemu jestem sama - co było ewidentną aluzją do braku w owej chwili k. w mojej okolicy.. k. nie było, bo poszła popracować gdzie indziej, przy robieniu czegoś innego, ale czemu to do mnie brązowe oczy miała pretensje o jej nieobecność - zastrzelcie mnie, nie zrozumiem..
od przedwczoraj w kurniku nieustająca impreza. najpierw urodziny e. rozłożone na dwie tury. dzisiaj urodziny d... oczywiście, po każdym 'poczęstunku' - obowiązkowa dyskoteka. każde takie urodziny rozwalają mi dzień dokumentnie. nie wspominając, że nie udało mi się zjechać o dwa rozmiary w dół jedząc codziennie jakiś tort. a jak mi się udało? cholera - zupełnym przypadkiem.. zazwyczaj na zimę tyję. idzie mróz, więc jem, obrastam tłuszczykiem, no i już tak zostaje, mija wiosna, lato i jesień, i kolejna zima oznacza z reguły kolejną warstewkę. a w tym roku? stres? pies? nowotwór? hgw.. v. mówi, że ona chudnie, jak się zakocha.. jedyny mój potencjalny nowy obiekt uczuć właśnie zapewne gryzie kość w domu, na podłodze, albo marchewkę, albo zuzę..
poza tym - xyz znowu szaleje.. ma skądś pieniądze i z uporem maniaka wertuje katalogi, wyszukując najbardziej niepotrzebne rzeczy na świecie.. oczywiście, w mocno wyidealizowanej teorii, jej pomysły z reguły mają uzasadnienie. poza tym, no dobra, to ona jeździ po tych innych kurnikach i widzi, co się tam wykorzystuje i do czego. gitowo. z tą krową, która przez chwilę stacjonowała na piętrze, obecnie ze względu na przetasowania architektoniczne siedzi pod oknem na, uwaga uwaga, 'mojej sali' (v. się przy tym jakoś dziwnie upiera) - więc z krową to był nawet fajny pomysł. teraz z kolei będziemy wprowadzać akcenty sci-fi.. sama w zeszłym roku nieopatrznie chlapnęłam językiem, że może by tak teges coś.. ale kurtka na wacie, teraz jestem na siebie zła, bo nie oszukujmy się, sci-fi nigdy nie należało do moich silnych stron. zwłaszcza sci-fi!! a one się mnie pytają - który? a ja, że yyy.. i się pocę, bo za cholerę nie pamiętam, co do czego.. tak dawno nie miałam żadnego ustrojstwa w rękach - skąd mam w mordę wiedzieć?? zawsze powtarzałam, że moje ręce służą do czego innego, że tym się może zajmować wyszkolona małpa.. no i teraz mam se, baba, placek.. wyszkolona, zarówno teoretycznie, jak i praktycznie, na co mam chyba jakiś papier, jestem.. teraz tylko ta małpia strona medalu..
trochę o zaległościach: nie wiadomo skąd się biorą.. ale z każdym dniem jest ich coraz więcej..
w kurniku remont. więc kurnik postawiono na głowie. trochę czasu minęło, nic się w zasadzie nie wykluło. odbyła się powtórka z niewątpliwej rozrywki, jaką miała być za pierwszym ale okazała się za drugim - zielona szkoła.. było trochę luzu, i nawet zacytuję k. mówiąc, że 'brązowe oczy wyluzowała'.. cokolwiek to w jej opinii może oznaczać.. ja tam przeważnie widuję ją względnie wyluzowaną, może poza tymi dniami, kiedy przychodzi niewyspana i w złym humorze.. przecież każdemu zdarzają się gorsze dni..
mamy nowy nabytek - kolejna literka m., żeby nie było nudno. na razie sprawia miłe wrażenie..
i. się zatruła tlenkiem węgla.. w łazience.. ulatniał się z rur. nie w kurniku - w jej domu..
m. ma najprawdopodobniej trzy dychy z niejakim hakiem na karku - a nie wygląda.. to znaczy, w zasadzie, nie wiem. nie przyglądam mu się jakoś specjalnie..
j. już oficjalnie mogę przechrzcić na jędzę.. zachodzę w głowę - kiedy i jak nastąpiłam jej na odcisk i chyba wiem - tą dziwną wymianą zdań o kłamstwie.. co prawda jędza ma chwilowo jakieś problemy rodzinne, ale ignoruje mnie bezceremonialnie już od dłuższego czasu, więc to chyba nie o to chodzi.. najgorszą jędzy cechą jest wieczne paplanie.. nawija chyba jeszcze trochę więcej niż ciocia dobra rada - chociaż może po prostu jędzę więcej widzę. dziś na całe szczęście udało mi się widzieć jej bardzo mało i w ogóle odkąd kurnik stanął - do odwołania - na głowie, widuję ją dosyć sporadycznie - i chwała niebiosom.. zaczęła coś tam pytlować na chwilę przed moim wyjściem ale dam sobie głowę i obie ręce odciąć, że do tej pory nie skończyła.. daj boże zdrowie, jędzy też..
w następny, po długim, weekend, a. urządzi nam szkolenie.. och błogosławiona ignorancjo! mnie tak okropnie język świeżbi, żeby podpowiedzieć im wszystkim to, co mi osobiście wydaje się najbardziej oczywistą rzeczą na świecie - wrzućcie a. w google i zobaczcie, co wypluje! ale powstrzymam się.. brązowym oczom zdaje się zależeć na tym, żebym jednak została na swoim stanowisku, przynajmniej jeszcze w tym roku.. jeśli nawet tylko dlatego, że nie chce jej się szukać, znowu, kogoś na to miejsce, to i tak dla mnie pocieszająca wiadomość. zobaczymy, co przyniesie ten następny, po długim, weekend, i konfrontacja z a...
k. obiecała, że przyjdzie dzisiaj oblewać mój świeżo zdobyty stopień magika.. tak oto dokonuje się integracja życia prywatnego z zawodowym. tłumaczyłam k. nie tak dawno temu, że o ile moja orientacja nie była absolutnie problemem w trakcie studiów, o tyle w kurniku wolę nie udostępniać szerokiej publiczności szczegółów swojego życia i pożycia zwłaszcza.. k. to doskonale rozumie i chwała jej za to.. na oblewanie zaprosiłam też grzechu wartą, w ramach, poniekąd, rekompensaty za pogryzione przez pomiot szatana buty, których uprzejmie użyczyła mi z przeznaczeniem na dzień obrony.. ale grzechu warta jedzie dziś do domu. też uskarża się na problemy rodzinne.. coś chyba wisi w powietrzu i nie jest to jedynie swąd palonych zniczy..
chciałam dziś, na łapu capu, zorganizować imprezę, na czwartek, po tym długim weekendzie. ale to nie takie proste.. nic nie jest proste w kurniku. wszystko musi być, z definicji, potwornie skomplikowane, wielokrotnie złożone, zawiłe i niewyobrażalnie niezrozumiałe, nawet jeśli rzeczą tak z pozoru błahą, jak wyjście do kina.. nie, nie ma rzeczy błahych w kurniku.. nic nie jest prozaiczne ani trywialne.. wszędzie czyhają uwagi, czają się zarzuty, snute są intrygi, i w ogóle kurnik nie jest kurnikiem, lecz wilczą norą.. nie wiem, może po prostu ja mam dzisiaj gorszy dzień.. wieczorem pójdę się upijać - szczęściem. że już jestem magikiem. że wracam do żywych. i w ogóle, ale to może innym razem..
młoda dziś rano pękła (z ciekawości) i zapytała całkiem wprost, z kim w takim razie mieszkam, skoro nie z chłopakiem. więc powiedziałam, zgodnie z prawdą niepełną, że z psem.. i wyszłam z pokoju, zanim zdążyła zainteresować się tematem dalej. ale prędzej czy później się zainteresuje, bo to przecież nieuniknione..
mnie, z okazji tej tajemniczej przeprowadzki, dorwało wreszcie coś, co pustoszy górne drogi oddechowe i zatoki ponoć większości mieszkańców stolicy.. zanim jeszcze dzień dobiegł końca, po tym jak spektakularnie wyplułam lepszą część płuc na wszystkich po trochu, poszłam do brązowych oczu się zwolnić - do domu. może użyłam złego określenia, bo zanim dodałam, że do domu, i ona i obecna akurat choć zbierająca się do wyjścia xyz popatrzyły na mnie w przestrachu, lekkim. ale wytłumaczyłam im, tak obrazowo jak tylko się dało jednym zdaniem, dla oszczędności głośni i powietrza z tych uszczuplonych częściowym wypluciem płuc, że to m.in. dlatego, że i tak wszyscy mi mówią, żebym sobie od nich poszła.. nie powiedziałam bynajmniej, że wszyscy też zgodnie uważają, że jeśli czuję się tak, jak wyglądam, to muszę się czuć paskudnie.. w sumie w gabinecie brązowych oczu było chyba dosyć ciemno więc mogła nie zauważyć niezdrowego rumieńca rozlanego nierówno dookoła nosa i załzawionych, lekko opuchniętych oczu.. zwłaszcza, że jakoś na początku rozmowy zdjęła okulary, w których zaczęła się pojawiać jakiś czas temu. zapytała tylko, ludzkim, łagodnym głosem, czy nadrobiłam te niedopuszczalne zaległości.. no to ja, że ten teges, że jeszcze nie (bo przecież kiedy?!) i potem jeszcze coś do mnie mówiła, ale nie bardzo potrafiłam się skupić. z różnych - przyczyn..
eehh.. pod koniec dnia brązowe oczy zagroziła, że się na mnie wreszcie zdenerwuje. to znaczy, że wczoraj nie była zdenerwowana? to ja w zasadzie nie chcę jej oglądać zdenerwowanej. zwłaszcza na mnie. zwłaszcza po tym, jak rano zaproponowała, że przekona resztę alfabetu, żeby sfinansowali, no, w większej części w każdym razie, szkolenie, na które chciałam pojechać - no i teraz już wiem, że pojadę, razem z h. . dalej uważam, że h. pasuje tam jak kula w płocie, ale za to brązowe oczy to miałam dziś ochotę serdecznie uściskać. no dobra, no może trochę bardziej serdecznie, niż wymagałaby tego jakaś pracownicza etykieta - chwilowo zostawmy już ten temat.. poza tym znowu spacerowałam m. po plecach, na jego wyraźną prośbę.. no i jeszcze, nie wiedzieć czemu, część kurnika zelektryzowała wieść o mojej przeprowadzce. do tego stopnia, że osoby kompletnie nieupoważnione do posiadania takich informacji - nie tylko je rozprowadzały, ale jeszcze urozmaiciły w.. chłopaka. z którym, rzekomo, pomieszkuję teraz. trochę to zdementowałam, ale z perspektywy tych kilku godzin, które od tego czasu minęły, myślę sobie, że mogłam zdementować bardziej. mogłam na przykład powiedzieć - nie mieszkam z chłopakiem, ale z psem. i tak nie byłaby to cała prawda, bo w charakterze chłopaka występuje zuzanna, która tylko przypadkiem jest - dziewczyną. chociaż to, że jest moją dziewczyną, przypadkiem już nie jest.. yy, chyba. ale tego, przynajmniej na razie, a kto wie, może w ogóle wcale - nie muszę ogłaszać nikomu w kurniku. nic. im. do. tego.. k. wie i to chwilowo wystarczy. może o. się domyśla - chyba powinna, ostatecznie jest inteligentą osobą i nawet trochę czai zasady, na jakich funkcjonuje moja rodzina. ale to też inna bajka. na razie z życia prywatnego do kurnika przemycam tylko lokę.. może grzechu warta się czegoś domyśla.. też głupia nie jest i w ogóle zgodnie z moim stanem wiedzy na jej temat - ma komplet narzędzi logicznych do złożenia tej układanki, na jaką się lansuję w kurniku, w całość i wyciągnięcia słusznych wniosków.. czasem chciałabym, żeby brązowe oczy się już domyśliła i zaczęła składać mi niemoralne propozycje - ojej, czy ja to napisałam na głos? ekhem.. no tak czy inaczej - niestety prawdą jest, że im więcej będę się starała zachować dla siebie, tym więcej o sobie się w końcu dowiem i to będą rzeczy conajmniej dziwne i w większości całkiem nowe.. i nieprawdziwe, ale to mimochodem..
to jest niedopuszczalne - powiedziała brązowe oczy, patrząc na mnie z nieskrywaną dezaprobatą. no bo ma rację. przegięłam pałę, po całości. więc na mnie nakrzyczała, trochę, z resztą nie tylko na mnie. ale kiedy już skończyła mówić mi, jak bardzo niedopuszczalnego czynu się dopuściłam, nie wiedziałam, co jej mam powiedzieć. no rację ma. przecież nie będę przepraszać za to, że ma rację. powinnam była przeprosić? przeprasza się w takich sytuacjach? bo ja nie wiem, nie byłam jeszcze w tak niedopuszczalnej sytuacji, nie znam protokołu postępowania.. popatrzyłam więc tylko na nią, głupkowato, i pomilczałam - dopóki sobie nie poszła.. potem podkuliłam ogon, poszukałam sobie ustronnego kącika, i zaczęłam nadrabiać zaległości, którym w jakże niedopuszczalny sposób pozwoliłam narosnąć lawinowo.. zaczęłam - to całkiem adekwatne określenie. tyle że, no tak, końca - nie widać..
no i nie ukrywam, trochę mi głupio. a trochę nie. po tym, jak z samego rana dowiedziałam się, że na szkolenie, na które w zasadzie chciałam pojechać, wysyłana jest, niczym ta pięść do tego oka - h., stanęłam kilkakrotnie wryta i zdezorientowana i postanowiłam się śmiertelnie obrazić po równo na brązowe oczy i na xyz. nie jest to pierwsza idiotyczna decyzja, którą ten tandem ostatnio podjął, ot, jak choćby mundurki, które też akurat dziś dotarły.. na szczęście mam swoje dwa zamienniki i ani mi się śni nosić coś, co wbrew moim błagalnie usilnym prośbom - bawełniane nie jest.. przy pierwszej okazji postaram się o jakąś niespieralną plamę - najchętniej w kolorze, och, powiedzmy, buraczkowym.. z resztą nie wiem jak długo zostanę w kurniku.. chwilowo nie jestem związana z nim żadną namacalną, trwałą więzią - czyt. konkretną umową.. nie wiem też jak długo kurnik będzie tolerował moją biurokratyczną niekompetencję, której jaskrawy wyraz dałam przez ostanie półtora miesiąca.. nie wiem, jak długo zniosę atmosferę pasywnej agresji panującą wśród załogi.. w ogóle - coraz mniej wiem. pocieszam się tylko, że nie ja jedna. dzisiejszy dzień na przykład okazał się jednakowo tajemniczy dla prawie wszystkich.. h. zaskoczyła nas oczepinowymi, jak się potem okazało, skeczami z udziałem zaskoczonej publiczności.. xyz zaskoczyła nas partyzancko przemyconą informacją o wyjeździe za tydzień.. zgraja zaskoczyła nas kateringiem o 15.. kateringiem, przy okazji którego ciocia dobra rada z własnej, nieprzymuszonej woli usiadła na przeciw mnie.. i próbowała zagajać. że nie byłam w szczególnie rozmownym nastroju - po kolejnej burze od brązowych oczu i całym tym fiasku ze szkoleniem (i konferencją, którą wyniuchała k., na którą mogłabym pojechać, gdyby brązowe oczy wykazała gram dobrej woli, czego z resztą nie zrobiła i teraz na nią gniewam się o niebo bardziej, niż na xyz), nie podejmowałam za często tematu a na koniec w ogóle się przesiadłam.. to może nie było szczytem uprzejmości z mojej strony.. to po prostu są okolice szczytu zmęczenia - materiału.. ze szkoleniami to jest tak, i ja teoretycznie zdaję sobie z tego sprawę, że właśnie dopóki nie wiążą mnie z kurnikiem więzi formalnie namacalne, niekoniecznie może mnie na szkolenia posyłać.. a może - niekoniecznie chce? i w tym szczególe pogrzebany jest diabeł - nie chce? czy nie może? jeden czort, koniec końców nie wiem - czy będę chciała wiązać się kurnikiem na przyszłość - w świetle zapalających się coraz częściej i coraz jaśniej kolejnych czerwonych lampek..
trochę się opuściłam, kronikarsko rzecz biorąc, przepraszam. kilka rewelacji. na początek - rezygnacja i. oo, brązowe oczy, jeśli się tego nie spodziewała, to przypuszczalnie jutro będzie miała minę nietęgą, ale nie tylko z tej okazji. ogólnie dni, w których odbywają się konsultacje specjalistyczne nie należą do wyjątkowo udanych. ścisk, pisk i ogólna dezorientacja.. dziś nie było inaczej a jeszcze j. uparła się, żeby najpierw nadepnąć mi z całym impetem na odcisk a potem jeszcze zrobić na ten temat awanturę. tzn. nawet nie tyle ją zrobiła, co pokrzykując i pomstując, porozrzucała co się dało porozrzucać i uciekła na inne piętro. dziwka. szatana. czasem z niej wyłazi - słowo daję.. to już ciocia dobra rada zaprezentowała się w tym wszystkim ze swojej ludzkiej strony, a przecież zawsze w duchu raczej j. podejrzewałam o człowieczeństwo.. no cóż, każdego dnia nowa nauka.. j. chyba musiała się odegrać na kimś z nas za czwartkową scysję z k., o której ja tylko słyszałam.. z resztą odkąd dałam jej dosyć jasno do zrozumienia, że uważam ją za złą kobietę, ponieważ przyznaje się do trzydziestoletniego stażu ustawicznego kłamstwa i jeszcze jest z tego dumna, nasze stosunki uległy ostatecznemu zlodowaceniu. ojej, a teraz jej ulubienica, i., rezygnuje.. wywiesza białą flagę.. no tak, niewielkim nakładem pracy wyszarpała sobie stopień i teraz frunie dalej w świat. trochę jak a. przed nią.. nie wiem, czy a. jest lepiej tam gdzie teraz jest, przypuszczalnie może trochę więcej zarabia, z pewnością ma więcej kolegów i koleżanek po fachu no i do domu bliżej.. wszystko w zasadzie zależy od priorytetów, jakie sobie człowiek wyznaczy.. jeśli chodzi o priorytety i., to nie potrafiłabym ich jednoznacznie określić. męczy mnie tylko, ale tak ciut ciut, fakt, że w sumie dowiedziałam się o tym zupełnie przez przypadek.. mało brakowało, a w ogóle dopiero po tygodniu jej nieobecności w pracy zaczęłabym się interesować np. jej zdrowiem - tak dla stworzenia jakichkolwiek pozorów, bo w gruncie rzeczy, naprawdę, nic, mi, do, tego.. ciekawe, czy k. wiedziała.. pewnie wiedziała.. k. jakoś lepiej się odnajduje w tym całym kociokwiku.. *update z ostatniej chwili - telefon od k.* okazuje się, ohoho, ploty ploty, że k. owszem, wiedziała - od czwartku. mnie w czwartek nie było i tylko słyszałam co się działo, ale widać - nie dosłyszałam wszystkiego.. z resztą - nie bardzo się staram w ogóle słuchać.. widać brązowe oczy w czwartek, świadomie bądź nie, wbiła ostatni gwóźdź w trumnie kurnikowego etatu i., podejmując decyzję, która, według niekoniecznie bezstronnych obserwatorów, uważana jest ze wszech miar za trącącą kumoterstwem.. brązowe oczy spróbowała zrobić roszadę ale widać się zamotała i w całym procesie nie zauważyła, że jej wieża ma ukruszone fundamenty - i ta runęła z hukiem. rezygnacją na biurku brązowych oczu. a może rezygnacją złożoną na ręce xyz? nie wiem, zakręcona byłam - te konsultacje naprawdę nie ułatwiają człowiekowi życia w kurniku.. na szczęście w tym sezonie już tylko jedna taka konsultacyjna sesja. kolejne dopiero latem..
no i kto by pomyślał, że będę pewnego dnia obstawiać wspólnie z m., kto odejdzie w następnej kolejności.. to znaczy on powiedział, że niebawem możemy spodziewać się kolejnej rezygnacji. ale nie chciał wysypać z siebie więcej smakowitych szczegółów.. mam nadzieję, że nie mówił o mnie? no przebąkiwałam coś tam, w rozmowie z k., że po mału ogarnia mnie bezsilność i tracę z oczu sens swojej dalszej współpracy z kurnikiem.. no i jeszcze jest kwestia mojej tajonej ale nie do końca tajnej orientacji.. no i jeszcze ta sprawa w "urzędzie", ale o tym to już naprawdę nie wiem, skąd miałby wiedzieć.. ale jutro trochę uważniej rozejrzę się wokół siebie.. m., którą od dziś nazywam - grzechu wartą (pomysłodawczynią, zupełnie niechcący, została niedawno z.), nie wygląda na załamaną.. m., dla której nie mam jeszcze ksywy, ale intensywnie nad tym pracuję, czasem się buntuje, czasem panikuje, ale przynajmniej do końca roku powinna wytrwać, chociażby ze względu na brak perspektyw jakiejkolwiek alternatywy. chociaż - no tak, nie muszę wszystkiego wiedzieć. e. nie, bo e. właśnie znalazła mieszkanie w sąsiedztwie kurnika i nawet podpisała umowę.. v. się już zasiedziała i choćby z samego zasiedzenia i zażyłości, łączącej ją z brązowymi oczami m.in. raczej zostanie. chociaż - no tak, kobieta zmienną jest a v. cierpi na pewną kondycję fizyczną, która moim skromnym zdaniem w ogóle dyskwalifikuje ją z pracy w kurniku. no i v. coraz częściej doskwiera rażący brak wdzięczności i jeszcze bardziej rażące lawiny pretensji i roszczeń, spuszczane na nasze biedne, zarobione po łokcie głowy przez zgraję.. brązowe oczy? hmm.. to by dopiero była rewolucja.. h. i i. są na tyle nowe, że jeszcze chyba nie zdążyły się na dobre wdrożyć żeby już uciekać. chociaż - nie zapominajmy o magicznej sztuczce ze znikaniem, jakiej dokonała swego czasu a. .. h. z kolei potrzebuje te swoje pół etatu - do emerytury i pokrycia jakichś wygenerowanych przez prozę życia kosztów "urzędowych".. k. i m. grają w mojej drużynie, ale nie mogę być do końca pewna ich intencji. m. chyba wreszcie znalazł mieszkanie, też w sąsiedztwie, albo nadal wytrwale szuka.. no tak się ładnie angażuje. zaprasza kolegów, żeby nam prezentacje robili, żywo uczestniczy w konsultacjach.. wykazuje się dużą wolą walki - drużynowej. więc to raczej nie on.. k. - no nie sądzę. zostają jeszcze ciocia dobra rada i j., które raczej będą trzymały się wszystkimi czterema kończynami, wszystkimi pazurami i zębami, które wyhodowały na przestrzeni tych lat i lat zdobywania bezcennego doświadczenia - aż do końca.. w ich wieku nie łatwo o pracę - ot, prawa rynku.. a, na śmierć zapomniałam o młodej.. młoda, bo utracie t. trochę osowiała, a teraz jeszcze i. ją porzuca.. hmm, młoda? może to i lepiej, jeśli młoda odeszłaby teraz, póki jeszcze jej, coraz bardziej widoczna, transformacja w larwalną postać cioci dobra rada, nie dobiegła końca..
nie jest mi wcale do śmiechu. nic a nic. wczorajszy dzień był zły, dzisiejszy - nie wiem, czy nie gorszy. może to wynik mojej huśtawki hormonalej, może ogólnego hormonalnego tornado, które przecież jest nieuniknione w tak wybitnie babskim środowkisku, jak nasze.. ostatecznie - przedtem obstawiałam na okoliczność wyczerpania się cierpliwości m., obecnie w wątpliwość stawiam wytrzymałość własnej..
dziś bardzo dużo ple ple ple.. młoda zorganizowała imprezę i zdziwiła się, że mało kto chciał w niej uczestniczyć.. ja na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że w pewnym momencie poczułam nieodpartą potrzebę usiąścia i przysposobienia najbliżej stojącego pojemnika, mogącego w razie potrzeby, która zdawała mi się coraz bardziej realna, posłużyć do łapania weń treści żołądkowej, gwałtownie wydobywającej się ze mnie stroną do tego celu nieprzeznaczoną.. na szczęście - obyło się bez tej atrakcji. posiedziałam, pobladłam, pooddychałam, wstałam.. znowu usiadłam.. jeszcze trochę poczekałam.. ostatecznie przez resztę dnia nieznacznie kręciło mi się w głowie.. wszyscy chodzą trochę skołowani w ten sposób - m. mnie pouczyła, że panuje epidemia zapalenia płuc.. ale może to tylko początek drobnego przeziębienia, któremu uda się dać kosza, umawiając się na randkę zo koldreksem?
wbrew przewidywaniom, nie odezwały się dziś trąby sądu ostatecznego, nie było też śladu po którymkolwiek z jeźdźców apokalipsy.. cyrk chyba złapał gumę gdzieś w trasie i nie dotarł póki co.. w pewnym momencie zrobiło mi się żal brązowych oczu - wyglądała dziś tak trochę między zombie a zbitym szczeniakiem.. w ogóle się nie dziwię, pewnie też bym się tak czuła po starciu z - no nie są to jej bezpośredni pracodawcy, raczej piekielnie roszczeniowi usługobiorcy, więc - z usługobiorcami, a raczej ich przedstawicielką w osobie xyz.. która przypuszczalnie również musiała nieźle oberwać od reszty tej zgrai.. ech, zgraja, tak, to całkiem adekwatne określenie.. więc ja na miejscu brązowych oczu, której xyz przekazała szalone pomysły zgrai, chyba nafaszerowałabym się czymś mocno uspokajającym, żeby tylko przetrwać resztę dnia.. tygodnia.. roku.. prawda jest taka, że w brązowych oczach zgraja znalazła sobie, z przeproszeniem, murzyna, i to w najbardziej pejoratywnym tego słowa znaczeniu..
z innych ciekawostek - m. zaproponował mi masaż tajski pleców i wspomniał coś, że może po nich pochodzić.. yy.. no nie skusiłam się na tę propozycję.. ciocia dobra rada znowu coś do mnie mówiła, ale niedużo i udało mi się nie słuchać.. znowu się chowałam po kątach i tym razem zostało to dostrzeżone - k. nazwała mnie nawet 'zgubą'.. zaległości, które miałam wczoraj, uległy tylko nieznacznemu zmniejszeniu, ciągle czeka na mnie stosik makulatury do wypełnienia.. jutro.. też jest dzień..
one.. a, jakoś tak mi się wcześniej zapomniało.. ale one, pół godziny przed końcem, zgromadziły się przed ekranem monitora i i. pokazywała im swój weselny film.. czy.. bo ja tam nie siedziałam bo wydawało mi się, że prędzej puszczę pawia, niż wytrzymam trzy sekundy seansu.. poza tym mam po uszy zaległości.. zaległości - to moja specjalność! czy to znaczy, że ukonstytuowałam się w kurniku już jako jednostka tradycyjnie aspołeczna? czy to znaczy, że zostawią mnie w świętym spokoju? zakładając, całkiem słusznie, że jestem osobą w gruncie rzeczy mało sympatyczną, którą mało obchodzą sprawy innych, w szczególności i to szczególnej - ich? czasem się zdobywam na jakieś pytanie, takie drążące, ocierające się o prywatność, chyba, ale szybko sama żałuję swojego szalonego pomysłu.. tracę skupienie i po minucie, czasem prędzej, przestaję słuchać, trochę się uśmiecham, kiwam głową, nie wiem, co powiedzieć, kiedy oczekiwana jest jakaś wypowiedź ciągnąca temat dalej.. nie mówię o sobie, jeśli tylko mogę mówienia uniknąć i to nie tylko z najbardziej oczywistej przyczyny.. po prostu - co ich to ma obchodzić? dobra, czasem wymsknie mi się jakiś strzępek informacji - tego żałuję jeszcze szybciej, bo te sępy rozszarpują ten, i tak już strzępek, jeszcze bardziej na strzępy i domagają się więcej, więcej, więcej.. wtedy, dla odmiany, przestaję się uśmiechać, tak szybko jak to możliwe schodzę na temat neutralny albo po prostu - uciekam. fizycznie. opuszczam pomieszczenie, w którym doszło do rażącego przekroczenia granic dopuszczalnego ujawnienia.. ale to są baby. prawie same baby. i one nic tylko - ple ple ple.. i w przerwach między jednym ple i drugim ple i trzecim ple, robią jeszcze trochę więcej ple.. m. ma z górki, bo od niego, jako faceta, nikt nie wymaga paplania.. może się zamknąć sam gdzieś i jest git, nikt mu gitary nie zawraca.. na szczęście młoda (bo m. jest chyba z nas najmłodsza w tej chwili), przestała wypytywać o mojego chłopaka.. rzygać mi się chce - młoda jest miłą dziewczyną, ale jej wizja świata wydaje mi się ciut zbyt infantylną jak na jej wiek.. kiedy ostatnio zaproponowała, żebyśmy (nie tylko my we dwie, raczej tak zbiorowo) rozmawiały o facetach, powiedziałam, że się wyłamuję i mogę co najwyżej rozmawiać o swoim przyszłym psie.. uff, przeszło bez echa.. w każdym razie - bez takiego głośnego.. uff, wiecie, w sensie, że nie było dodatkowych pytań.. chyba już załapała, że ich nie lubię i że i tak nie powiem jej więcej, niż chcę i że wcale niekoniecznie chcę mówić cokolwiek.. taka jest, w każdym razie, moja naiwna wersja i będę się jej trzymać dopóki rzeczywistość nie okaże się, no tak, całkiem inna.. mi naprawdę nie przeszkadzałaby ich zbiorowa świadomość mojej orientacji, pod warunkiem, że nie musiałabym z tej okazji urządzać kampanii reklamowej.. i że nie zostałabym zasypana setką idiotycznych pytań.. jestem tym zorientowanym na siebie typem narcyza, który ma w nosie wszystkich dookoła i ich potrzebę zaspakajania głodu informacyjnego - nieustannie dręczy mnie to pytanie - co to kogo do cholery obchodzi?? co innego osoby pozytywnie zweryfikowane.. tym mogę powiedzieć czasem nawet więcej, niż miałyby ochotę lub potrzebę usłyszeć, ale to całkiem inna historia.. bo tak w ogóle, wydaje mi się, że trochę zboczyłam z tematu..
tak, widok kilku dorosłych bab, z minami błogiego zachwytu oglądających spektakl według jednego z najbardziej oklepanych życiowych scenariuszy, sprawił, że poczułam się niebotycznie wdzięczna bogu za swoją, nie mieszczącą się w zakresie wąsko pojętej normy, orientację. jak dobrze nie być hetero w tym heteronormatywnym świecie.. jak dobrze, że istnieją takie strony 
ten tydzień, pamiętacie, o którym powiedziałam wczoraj, że zapowiadał się spokojnie, i że nawet już się zaczął? no więc właśnie ten tydzień - jeszcze wczoraj - dobiegł końca.. szczegóły nie są takie istotne, chociaż istotnie, to w nich pogrzebany jest diabeł.. zaraz po wejściu v. poczęstowała mnie tą informacją i mogłabym przysiąc, że po prostu był to jej pomysł na odegranie się za wszystkie te razy, kiedy mówiłam coś zupełnie niedorzecznego z kamiennym, w moim mniemaniu, wyrazem twarzy, żeby, no wiecie, sobie pożartować, pośmiać się razem, i tak dalej, i dalej.. więc, rozumiecie, zaczęłam się śmiać, bo to nawet całkiem udany żart tak z samego rana jej wyszedł.. eksport odwołany, powiedziała. było to o tyle zabawne, że jak można odwołać eksport już, no tak, wyeksportowany.. no ale można.. w, tak tak, słusznie się domyślacie, atmosferze wielce stresującej i napiętej.. tym bardziej, że to atmosfera samego środka nocy była.. jutro to dopiero będzie cyrk - na kółkach!
z samego rana pogrzebałam nie tylko nadzieje na tydzień względnego wytchnienia, lecz także nadzieję, jakże złudną, że ciocia dobra rada obraziła się na mnie, nie wiedzieć czemu (ale dziękować za to bogu), śmiertelnie i przestanie się w związku z tym odzywać - w moim kierunku.. ale z ciocią dobra rada nie da się na wojenną ścieżkę wejść z premedytacją i jakkolwiek skutecznie.. to ona ustala reguły gry.. ona wybiera moment, w którym się obraża - bez względu na starania i płonne nadzieje sukcesu drugiej strony.. ona wybiera moment, w którym broń odwiesza do szafy z miotłami.. a może to dlatego, że pracowałyśmy, te ostatnie dwa dni, w nieznacznie okrojonym składzie i każde ucho było jednakowo cenne? w takim razie to nawet dobrze, że od jutra skład jest pełen. z naddatkiem nawet.. z samego rana została bowiem dosyć brutalnie naruszona moja nietykalność interpersonalna - gdy ciocia dobra rada postanowiła uraczyć mnie jakąś przypowiastką ze swojego życia.. niestety, akurat byłam w trakcie wykonywania jakiejś czynności, której nie mogłam tak po prostu porzucić i wyjść.. niestety.. póki co, mój stan można oszacować na stabilny, ale jeśli jutro jej ataki się powtórzą, a kto wie, nawet mogą się nasilić - może pomyślę o spisaniu jakiejś woli swojej ostatniej?
próbowałam dziś, w przerwach między pracą i pracą, ustawić tor do mini-golfa, ale ograniczenia materiałowe w połączeniu z limitami czasowymi dały skutek dosyć opłakany.. jutro powtórka z rozrywki? nie nie nie, jutro - cyrk na kółkach..
znowu trochę się chowałam przed światem.. głównie w wyniku godzinnej wizyty w 'urzędzie'.. heh, ten urząd myśli, że boję się stracić tę pracę z powodu przyczyny swojej dzisiejszej w nim wizyty.. ten urząd może się mylić w bardzo niewielkim stopniu, jednocześnie jednak nie zna nawet połowy obaw, które żywię w stosunku do swojej przyszłości w kurniku.. nawet jednej trzeciej.. może i jednej tysięcznej, prawdę powiedziawszy.. potencjalny romans z brązowymi oczami, jeśli zwłaszcza wziąć pod uwagę jego absolutną nieprawdopodobność (ok, takiego słowa nie ma - no i?), nie przechodzi nawet eliminacji do rankingu źródeł tych obaw.. no to jestem neurotyczką - no i co się gapisz?
dobra, obiecałam m., że coś zrobię i powinnam się zabrać.. tak tak, wzięłam trochę kurnika do domu - wy tak nie robicie?
tydzień, który zapowiadał się względnie spokojnie, właśnie się zaczął. trochę przybytku wyeksportowaliśmy na mazury, tymczasowo, no i została garstka ich i garstka nas.. w sumie jest fajnie, jest tak, jak powinno być.. cisza, spokój, można się wreszcie na czymś skupić.. szkoda że tak nie da się na codzień..
w zasadzie nie mam o czym pisać.. przyszłam rano, nawet się bardzo nie spóźniwszy. brązowe oczy już była, bo wraz ze świtaniem musiała dokonać odprawy eksportu.. trochę pracowałam nad swoją celnością, mniej więcej do śniadania, przy okazji puszczając e. i p. i w. i k. santogold, które odkryłam niedawno i postanowiłam pod nieobecność h. szubrawo wpleść w poranny repertuar.. p. mój muzyczny wybór przypadł do gustu i zostałam poproszona o sfabrykowanie jeszcze kilku płyt zawierających, dla odmiany, muzykę.. potem trochę popracowałam. starałam się, w miarę możliwości, unikać żywych dusz - ot, taki alienacyjny kaprys mnie naszedł. nawet mi to dobrze wychodziło. k. mnie raz dopadła w trakcie odrobiny samotności, o którą w kurniku doprawdy - trudno, i przedyskutowałyśmy na prędce zasadność korzystania z usług a., jednak nie powiedziałam jej ze szczegółami o kontekście swoich wątpliwości.. ciocia dobra rada, chwalić niebiosa, unika mnie jak ognia.. j. czasem się zapomina i coś do mnie powie, jednak jak tylko zaczyna nadawać, okazuje się, że mówi do przestrzeni, z której ja się czym prędzej ulatniam.. nie zawsze się udaje..
nie wiem, czy nie jest za wcześnie na składanie sobie gratulacji i klepanie po plecach, ale póki co pisemny komunikat, który w piątek autoryzowała brązowe oczy, sprawia wrażenie zdającego egzamin.. m. w każdym razie pochwaliła inicjatywę - prawidłowo, powiedziała po przeczytaniu..
centralny punkt programu każdego wtorku został na jutro anulowany. więc jutro będzie bardzo długi dzień, jeśli zwłaszcza wziąć pod uwagę przypuszczalnie conajmniej godzinną wizytę w 'urzędzie'..
dziś w kurniku wielkie poruszenie.. no dobra, może wcale nie takie duże i w zasadzie dosyć niemrawe.. jeszcze przed południem stoczyłam ideologiczną batalię z j., h. i m.. ja gorąca głowa, one mówiące z pozycji lat i lat doświadczenia (oprócz m.) - bo pani jest jeszcze za młoda, za krótko pani pracuje.. rzeczywiście, z takim argumentem trudno dyskutować, co nie czyni go merytorycznie wartościowym.. w ogóle nie czyni go merytorycznym i od tego zacznijmy.. j. postanowiła na tym zakończyć dyskusję i wyniosła się do innego pomieszczenia, po jakichś piętnastu minutach gorączkowego przekonywania mnie, że jej moralnie wątpliwe metody postępowania, które stosowała na przestrzeni tych lat i lat swojej pracy, są jak najbardziej uzasadnione - głównie tymi latami i latami bezcennego doświadczenia życiowego i zawodowego.. wyszła a ja drążyłam dalej, z h. i m. - m. z kolei zaczęła pouczać mnie na czym polega miłość.. na szczęście przypomniałam sobie, że od początku tygodnia v. i e. upominają się o zamówienie jeszcze z początku września i poleciałam zadzwonić i napić się herbaty, bo już mi w gardle zaschło.. dalej bez kontrowersji.. brązowe oczy, gdy ją poprosiłam, autoryzowała mój pisemny komunikat swoją pieczątką i parafką. średnio wierzę, że pies z kulawą nogą się tym przejmie.. raczej skłonna jestem sądzić, że skutek wywołany moją próbą stanowczości będzie odwrotnym od zamierzonego o równe sto osiemdziesiąt..
poza tym dostarczyłam do kurnika trochę cmentarnych kasztanów - ale nie powiedziałam im, że są cmentarne.. nigdzie indziej kasztany nie występują już w stanie wolno-leżącym na ziemi.. widać babciom nie świta w głowie pomysł, żeby swoje wnuczki ciągnąć na spacer po cmentarzu..
zważyłam na wadze stojącej w korytarzu: 10 kg makulatury (+ pół torebki kasztanów) i 61 kg człowieka. tego człowieka. nie do końca dowierzam tej wadze.. to znaczy - owszem, makulatury było swobodnie dziesięć kilo.. tego człowieka jest, tak mi się zdaje, trochę więcej..
kilka dni minęło. bez rewelacji. jedno święto. jedna krótka konspiracja wymierzona w ciocię dobra rada. jeden dzień krócej. jeden dzień w delegacji. brązowe oczy prawie przechrzciłam na sponsora, ale to trochę niesprawiedliwe wobec pozostałych postaci tego tu serialu, żeby ona dorobiła się już drugiego pseudonimu, podczas gdy pozostali wciąż pozostają w wymiarze literek.. więc brązowe oczy pozostanie brązowymi oczami, a nad resztą jeszcze popracuję..
k. wie. nie wiem kto jeszcze wie i wali mnie to. mija dopiero pierwszy miesiąc a ja już jestem zmęczona..
we wtorek muszę się zwolnić na godzin nie wiem ile, celem załatwienia bardzo nieprzyjemnej sprawy, powiedzmy, eufemistycznie - urzędowej..
ciocia dobra rada chyba fizycznie gryzie się w język, żeby się do mnie nie odzywać. czasem jej się, niestety, coś jednak wymknie.. ostatnio podyktowała mi przepis na selera w głębokim oleju.. fuj.. a tak, bo przyniosłam, w charakterze przekąski, marchewkę i selera i po raz któryś z kolei dowiedziałam się, że jest do pożywienie spożywane tylko i wyłącznie w przypadku diety odchudzającej.. może nawet powinnam się cieszyć, że wszyscy z nieskrywanym zdziwieniem poczynili to błędne założenie, że się odchudzam.. może to takie zdziwienie grzecznościowe.. nie wiem.. nie chce mi się odchudzać, nie uważam, że powinnam, zdecydowanie zaś nie robię tego za pośrednictwem marchewki i selera. po prostu, no nie wiem, to takie dziwne? - lubię je jeść.. ciocia dobra rada, poczęstowana warzywkiem, mało się nie zakrztusiła własnym językiem, może dlatego wreszcie się, no niestety, odezwała.. wybrzydzając wniebogłosy.. czekoladę byś zjadła, a nie toto.. no i potem litania o selerze z głębokiego oleju, aż mi śniadanie podeszło.. nie żebym i bez tej krótkiej i bynajmniej przeze mnie niepożądanej wymiany zdań nie była nie zdziwiona szubrawym planem brązowych oczu, wedle którego dwa kilo cukierków trafiło pewnego razu prosto pod klucz w jej gabinecie..
dziś z hukiem w gruzy runął mit o ulgowym traktowaniu niżej podpisanej. brązowe oczy całkiem publicznie udzieliła mi dosyć głośnej reprymendy.. trochę nie lubię faktu, że takie sprawy załatwiane są podniesionym głosem i z drugiego końca kurnika, no ale co zrobić, taka już jest kolej rzeczy w prowincjonalnym małym mieście.. z jednej strony bura, którą od brązowych oczu otrzymałam na dzieńdobry, sprawiła mi niepoprawnie perwersyjną przyjemność, z drugiej jednak fakt, że to było z rana jak również, że niekoniecznie jestem przekonana o swojej winie, dał mi poczucie lekkiego dyskomfortu.. i przypomniał o dokuczającej mniej więcej od roku nerwicy.. wychodziłam z kurnika z kołaczącym się sercem i delikatnie drżącymi rękami. po drodze oczywiście codzienny chaos komunikacyjno-organizacyjny odpowiednio przyczynił się stopniowemu rozregulowaniu mnie na amen.. nie, nie chodzi o to, co brązowe oczy powiedziała, chodzi o sam fakt zaistnienia sytuacji konfrontacyjnej - popatrzyłam się tylko na nią i głupawo stwierdziłam 'ok'.. bo naprawdę - nie wiedziałam co jeszcze mogę dodać..
poza tym.. poza tym.. no nie wiem, poza tym mało co mnie obchodziło, oprócz pracy, której starałam się oddawać w każdej wolnej chwili i bez opamiętania, żeby tylko jak najmniej uczestniczyć w tym wszystkim, co teoretycznie pomiędzy wierszami a w praktyce jest tworzywem kurnika.. nie wiem, czy to tylko jesienna depresja, czy po mału mi się jednak odechciewa.. nie wiem, czy z tą pielęgnowaną od roku nerwicą jestem odpowiednią osobą na swoim stanowisku.. po mału wiem coraz mniej.. (dochodzę do wniosku, że to jednak depresja przeze mnie przemawia)
dzień trochę luźniejszy niż zazwyczaj. trochę popisałam, ale w sumie niedużo. ogromną, nie wiedzieć czemu, frajdę sprawiła mi obserwacja zmagań m. z nowymi programami, za które zapłaciła coś koło dwóch tysi - każdy.. a ma ich chyba ze trzy.. pomogłam na ile potrafiłam, ale szczerze powiedziawszy, nie potrafiłam za dużo, poradziłam więc, żeby uśmiechnęła się do brązowych oczu żeby ta z kolei uśmiechnęła się do miłych panów z zaprzyjaźnionego serwisu komputerowego, żeby ci z kolei przyszli i uśmiechnęli się do komputera - jak to tylko oni potrafią.. a przypuszczalnie potrafią bardziej i więcej, niż ja.. i m. razem wzięte..
poza tym raczej bez rewelacji. jak dobrze, że to już piątek..
choroba mnie ogarnia więc umawiam się na randkę z gripexem. w pracy strzelił mnie wkurw. ogromny. wzięłam śrubokręt i zagroziłam, że zamorduję ciocię dobra rada. naprawdę chciałam to zrobić. najpierw ją, a potem j., którą w głębi duszy mam ochotę zacząć nazywać jędzą. k. ma rację - przez atmosferę, wytwarzaną przez te dwie gierkowskie skamienieliny, człowiekowi się serdecznie odechciewa. ironia dzisiejszego dnia polegała na tym, że rano usiłowałam przekonać m., że brązowe oczy wcale jej się nachalnie nie czepia i że m. jest zwyczajnie przewrażliwiona.. potem sama chodziłam taka przewrażliwiona, że hoho, ze szczerą ochotą dokonania tego, czym brązowe oczy groziła mi kilka dni wcześniej.. obiecałam sobie, że nie dam się sprowokować tym wrednym wstrętnym okropnym babsztylom.. ale puściły mi nerwy.. obudziłam się z gigantycznym bólem głowy, po nocy przespanej tylko jednym nozdrzem, w stanie podgorączkowym - zwyczajnie zabrakło mi siły na użeranie się z ich problemami egzystencjalnymi.. znowu zaczynam obstawiać na okoliczność wyczerpania się cierpliwości m. - chociaż właśnie zaczął sobie szukać mieszkania w okolicy.. zastanawiam się, czy ucieknie z kurnika zanim je znajdzie..
ps. nie uprawiam już więcej propagandy.. basta.
jutro zapowiada się nieznacznie luźniej, może uda mi się nadgonić zaległą makulaturę..
włożyłam we włosy za dużo specyfiku.. w sobotę k. zasugerowała, żebym podkreślała rzęsy, dzisiaj e., żebym jeszcze se górne powieki potraktowała kredką.. zaczynam czuć się jak jedna z dziewczyn.. to trochę, y, dziwne takie.. do tej pory było mi całkiem dobrze w skórze małego chłopca.. teraz robi się ze mnie mały chłopiec w skórze, cóż, malowanej i uczesanej.. ale to już dywagacje na inny czas tygodnia..
kawę wypijam zrobioną w ekspresie. nie chce mi się dzisiaj pisać pamiętnika. ten padający deszcz nastraja mnie jakoś tak beznadziejnie. próbuję unikać świata. odwiedzam gośkę i dzidziusia i marcina, nie wiem, czemu w tej kolejności. w sklepie robię zakupy za złotych trzydzieści. specyfik w puszce do włosów, papier do kibla, waciki.. smak tęczy. akcent nostalgiczny. w kurniku trochę normalizacji. w zasadzie nie ma o czym pisać. z powodzeniem udało mi się prawie wszystkich uniknąć. walę głową w wirtualny mur bardzo upierdliwej skazy swego charakteru - ale to trochę później. chcę się schować.. łapię fazę, którą chyba lidka ostatnio nazwała - wsobną.. pomału zawalam.. rozważam załamanie nerwowe jako całkiem sensowne wyjście z sytuacji.. witaj z powrotem, jesienna depresjo.. jutro poszukam tego sklepu, co sprzedaje bomby witaminowe..
ps. jogger uparcie odrzuca ten wpis.. to jakiś znak?
dziś był dzień komplementów.. i niecodziennych propozycji. i gróźb.. zacznę od tych przyjemniejszych momentów, czyli kilku baardzo, ale to bardzo przyjemnych uwag, poczynionych przez o. i m. i nawet i., która gościnnie dołożyła swoje trzy grosze.. najpierw o., w zasadzie też gościnnie, skomplementowała moją fryzurę, stwierdzając, że mi pasuje. no ba. potem m. powiedziała coś, co wyjęte z kontekstu przyczyniłoby się do rozpłomienienia mego lica w rumieńcu - rumieniec z resztą na koniec dnia pojawił się na mym obliczu, ale z innego powodu. a m. powiedziała, że tak jej się podoba to co mam na głowie, że nie może się napatrzeć. i co przechodzę obok, to ona mi się przygląda.. narcyzm pięćset/osiemset normalnie.. i., wpadając z niezapowiedzianą ogółowi wizytą, też przywitała, chyba mnie, nie wiem, bo witała się prawie zbiorowo, uwagą, że fryzura ekstra i w ogóle. och i ach, no wreszcie!
z niecodziennych propozycji, m. z samego rana złożył mi taką, że w pierwszym odruchu i myśląc, że to żart, zaakceptowałam ją, ale on się położył i naprawdę chciał, żebym mu chodziła po plecach.. więc oznajmiłam, że ryzykuje zmiażdżenie pod ciężarem sześćdziesięciu pięciu kilo żywej wagi, dzieciom poleciłam, żeby nie robiły tego w domu, i między ósmą a dziewiątą, przespacerowałam mu się wzdłuż collumna vertebralis, na jego własne, wyraźne życzenie.. sprawiał wrażenie zadowolonego, może oprócz tych momentów, kiedy musiałam awaryjnie zeskoczyć, żeby zaradzić jakiemuś mini-kryzysowi w naszym bezpośrednim otoczeniu..
brązowe oczy zagroziła natomiast, kilkakrotnie, że mnie zabije. a może, że zamorduje? nie wiem, czy była mowa o gołych rękach, ale już samo sugerowanie chęci popełnienia na mnie czynu karalnego podlega chyba kodeksowi karnemu? do brązowych oczu wreszcie dotarło, że mi nie wolno pozwalać na zamawianie czegokolwiek. zastanawiam się też jak moje szaleństwa są odbierane wśród reszty kurnika? boję się myśleć, oni już chyba niedługo sami zaczną podejrzewać mnie o to, o czym ja sama mogę tylko grzesznie marzyć.. a brązowe oczy może i traktuje mnie lekko ulgowo, ale to dlatego, że ja generalnie roztaczam wokół siebie aurę czaru nie do odparcia. i, w odróżnieniu do prawie wszystkich pozostałych, nieustannie się uśmiecham. m. nawet wyraziła serdeczne zdziwienie moim nieuzasadnionym według niej optymizmem. spytała, czy mi się przypadkiem czasem nie odechciewa, z czego wywnioskowałam, że jej i owszem. ale co ja na to poradzę, że ona wydaje się być jeszcze bardziej znerwicowana niż ja?
z innych ciekawostek - i. powolutku zaczyna odczuwać zmęczenie materiału wywołane zbyt częstą i nadmierną ekspozycją na działanie cioci dobra rada. tak wcześnie w roku? to nie wróży niczego dobrego w kwestii relacji interpersonalnych. i. odkryła amerykę, zgłębiając prawdziwą naturę zatrudnienia cioci dobra rada. brawo i! w pewnym momencie ciocia dobra rada wparowała do okupowanego przez cztery z nas pokoju zwierzeń i wyraziła głośne zdziwienie nagłą ciszą, jaka zapanowała na okoliczność jej przybycia.. pospieszyłam więc z wyjaśnieniem tej niezręcznej sytuacji.. plotki - zaproponowałam. a kto was tam wie, może i plotki - skwitowała. i se poszła. pod koniec dnia natomiast stał się istny cud (może tylko odrobinę podyktowany ponad półgodzinną obecnością brązowych oczu na zwołanym przez m. obowiązkowym zebraniu). s.r. doczekała się konserwacji swej horyzontalnej powierzchni. a potem kilka powierzchni zorientowanych pionowo dostąpiło tego samego niewątpliwie zaszczytu. musimy częściej zapraszać brązowe oczy do kurnikowego epicentrum - kto wie, może nawet zacznie świecić czystością?
tymczasem jutro spodziewam się kolejnej dostawy. na szczęście okazuje się, że nie tylko ja wygenerowałam jakieś horrendalne koszty już w pierwszym miesiącu działalności kurnika. mam wspólniczkę w napędzaniu koniunktury firmom zajmującym się działalnością momentami ocierającą się o niszowość - i jest nią m., która tak fantastycznie skomplementowała mnie dzisiaj. w najbliższym czasie, a z rozmowy telefonicznej, którą przeprowadziłam w poniedziałek wynika, że co najmniej do końca tego tygodnia, przespaceruję się jeszcze raz zaświecić oczami przed tymi brązowymi i tymi c. oni mnie wyleją szybciej, niż mnie przyjęli i nawet nie będą tęsknić.. a ta jutrzejsza przesyłka, ona jest niekompletna, to znaczy tam nie ma wszystkiego, co zaplanowałam, że zamówię i jak ja mam im to powiedzieć?
pod koniec dnia oblałam się rumieńcem, bo zostałam wyrwana do odpowiedzi, kilkakrotnie, a mnie takie sytuacje niezmiernie stresują no więc się rumienię. nie, żebym nie wiedziała co mam powiedzieć - wystarczy, że w ogóle każe mi się mówić.. ogólnie ten dzień, mimo jego niewątpliwie miłych momentów, zmęczył mnie, co było z resztą w zupełności do przewidzenia i nawet przewidziane zostało.. a zatem - dobranoc..
nie powiem, żeby było nieciekawie.. przed południem pan kurier przywiózł maszynę i na prośbę xyz, której trudno odmówić (z pewnością trudno odmówić jej animuszu i osobiście - podejrzewam ją o nieznaczne adhd..), pomógł podłączyć.. zczytał coś z trzech paczek i odjechał - w siną dal.. dopiero po opuszczeniu kurnika zdałam sobie sprawę, że w zasadzie, paczki powinny być - cztery.. więc wykonałam szybki telefon do brązowych oczu, ale nie wiem, jak sprawa toczy się dalej, z pewnością dowiem się jutro. ciocia dobra rada zdaje się omijać mnie trochę szerszym, niż zazwyczaj, łukiem, co w praktyce oznacza, że nie włazi na mnie na każdym kroku.. m. pochwaliła moją fryzurę - nie było jej w sobotę, więc jej nie widziała.. to miłe z jej strony.. powiedziała, że wyglądam jak jagna jakaś tam.. khe.. z kolei m. miał okazję, po raz kolejny, wykazać się męskością - pomagając panu kurierowi z wniesieniem kilkudziesięciokilogramowej paczki, zawierającej maszynę, do kurnika. po schodach na piętro wniosła ją xyz, z niewielką moją i e. pomocą. w ogóle, gdyby nie fakt, że to ona podpisuje rachunki i zwłaszcza moją wypłatę, walnęłabym ją czymś tępym, ale ciężkim w głowę, żeby móc po swojemu złożyć, uruchomić i przetransportować maszynę na miejsce jej przeznaczenia. tymczasem jednak nadgorliwość xyz wzięła górę a ja musiałam pogryźć sobie bardzo dużo miękkich tkanek twarzy.. dopiero potem było trochę zabawy, kiedy na spółę z brązowymi oczami gniotłyśmy karton, w którym maszyna przyjechała.. tak więc nie zmarzłam dziś i nawet nie zdążyłam się wynudzić.. jutro - jutro będzie ten najdłuższy dzień kurnikowego tygodnia.. ale mam do dyspozycji maszynę i kilka pomniejszych gadżetów, więc nie powinnam się i jutro nudzić, że nie wspomnę o niewątpliwej atrakcji, jaką będą konie.. w ogóle, przecież w kurniku niepodobna się nudzić.. aaa, a rewolucja, której wybuchowość prognozowałam jakoś w piątek, przeszła chyba bez echa.. przynajmniej do mnie nie dotarły żadne pogłosy wybuchów armatnich ani nawet pomruki tych chmur burzowych, których się spodziewałam.. wprawdzie ja w tym czasie próbowałam nadążyć za xyz z braniem czynnego udziału w montażu maszyny i nie za bardzo mogłam się skupić na czymkolwiek innym, więc może dopiero jutro posłucham.. a może nie? ja w zasadzie nie muszę tego słuchać - w ogóle. obejdę się bez partycypacji we wszelkich intrygach, naprawdę, ochoczo z tego udziału - zrezygnuję! proszę mnie wykluczyć do niezbędnego minimum. bardzo proszę. ładnie bardzo proszę..
sobotni obowiązek - odbębniony. przy okazji uraczyłam się jednym, chyba dosyć celnym, strzałem prosto w pięty cioci dobra rada.. nie będzie mi tu próchno od chłopczyc wymyślać.. z resztą, pal sześć, ja nawet mogę być chłopczycą.. tylko nie taką, jak ona chce.. więc odszczeknęłam jej raz, a chyba - dobrze. i przez resztę dnia już do mnie nie podchodziła.. poza tym - mroźno dosyć, pustawo, na szczęście obyło się bez deszczu, ale za to, w wyniku ogólnego wyczerpania zasobów entuzjazmu wśród wszystkich zgromadzonych i z błogosławieństwem brązowych oczu - ferajna opuściła posterunek niecałą minutę po zakończeniu obowiązkowego punktu programu.. zimno było - mówiłam już, że było zimno? v. z watą w uchu, wszyscy szczękali zębami, no nie było sensu dłużej siedzieć.. więc wszyscy rozeszli się w swoje strony - żeby tradycji stało się za dość, ja musiałam oczywiście wybrać stronę doskonale przeciwną od tej, w którą podążyła cała reszta. ciągle nieznacznie zachodzę w głowę, ile właściwie wie k. i ile wie o. i ile, w związku z tym, wiedzą pozostali i kto konkretnie to są ci pozostali, i im dłużej o tym myślę, tym bardziej w głowie mi się - kręci. m. ciągle pamięta naszą rozmowę o ciastkach - m. poświęca zdecydowanie za dużo uwagi zdecydowanie nieistotnym elementom naszych rozmów.. muszę, po prostu, przestać z nią rozmawiać na tematy niezwiązane z pracą.. pozwolić jej wytworzyć sobie jakąś wizję mnie i nie weryfikować jej - nigdy. w przeciwnym przypadku.. może z. ma rację i przeciwny przypadek będzie musiał oznaczać ni mniej ni więcej, niż postawienie ich wszystkich przed potrzebą podjęcia pewnej decyzji - decyzji, nie czarujmy się, dla mnie raczej niekorzystnej. no i teraz jest ta druga strona medalu - no bo czy ja chcę pracować w tym środowisku i z tymi ludźmi, w głębi duszy przecież dobrymi, ale w obliczu tej jednej, jedynej kwestii, tak naprawdę - bezwartościowymi? już sam fakt, że tak się męczę - ciągłym rozmyślaniem, wpadaniem w panikę na każdym kroku, znaczy, że nie jest to sytuacja komfortu psychicznego.. więc albo przestanę o tym myśleć całkiem i pozwolę rzeczom dziać się, biec ich własnym torem, czekając na zderzenie z nieuniknionym, ale nie przyspieszając go.. albo pójdę na ideologiczne noże z całym kurnikiem i systemem, w którym jest osadzony.. och, wybory, och, dylematy..
w ramach propagandy, ale takiej mocno zawoalowanej, sprowadziłam ze stolicy i wmieszałam w tłum - z.
nie mylę się wcale, nazywając to miejsce, w którym pracuję przedpołudniami - kurnikiem. dziś fantastyczna scenka rodzajowa - konsylim trzech gdekających kwok zebrało się jeszcze przed ósmą.. trochę chciałam posłuchać, trochę się słuchać - brzydziłam. momentami babska część mej duszy, przyznam, brała górę, ale ostatecznie wolałam opuścić pomieszczenie.. w ogóle rano mało co do mnie docierało w związku z odbywającym się właśnie całkiem nieopodal porodem - w okolicach godziny jedenastej, na świat przyszedł marcelek. i potem też na niewielu rzeczach potrafiłam skupić uwagę.. do najistotniejszych momentów dzisiejszego dnia nie potrafię w związku z tym zaliczyć czegokolwiek.. v. potwornie namieszała swoją małą, spóźnioną o lat kilka, rewolucją. od poniedziałku kolejna porcja burzowych chmur zawiśnie nad kurnikiem. v. niebawem kończy trzydzieści pięć lat. nie wiem, jaki ma to związek z czymkolwiek. nie kryguję się i jestem na ty ze wszystkimi, oprócz j., brązowych oczu, cioci dobra rada i xyz.. brązowe oczy ma 32 lata i to też nie ma związku z absolutnie niczym, bo brązowe oczy sprawuje funkcję zdecydowanie nadrzędną w stosunku do całej reszty. tylko ciocia dobra rada ma to głęboko w poważaniu. ale ciocia dobra rada ma akurat tam bardzo dużo - dosłownie i w przenośni. v. się upiera przy zapotrzebowaniu na kieszenie podczas gdy przeprowadzone na prędce badanie opinii (co wolicie - to, czy to? TO) wykazało, że cała reszta będzie bez nich dużo szczęśliwsza.. dużo dużo. w zależności od humoru, w jakim będę w poniedziałek rano, zobaczę, co uda mi się wskórać, odwołując się do zdrowego rozsądku brązowych oczu, proponując jej alternatywne rozwiązanie.. dzisiejsze jej poranne ogłoszenie, dotyczące możliwości wcześniejszego opuszczenia naszego jutrzejszego posterunku, w zależności od rodzaju pogody, pozostawia miejsce na nadzieję - że nowo nabyta władza nie rozprzestrzeniła się jeszcze w jej krwioobiegu w odczłowieczającym ją stężeniu. pozostaje więc odśpiewać jakąś pieśń deszczu a nawet burzy..
ps. dzisiaj obyło się bez propagandy i bez większych ekscesów. no ale mówię - byłam ledwo przytomna z przejęcia..
od czego zacząć? może od tego, że mam drugą, po cioci dobra rada, ksywę dla jednej z powtarzających się w rozmaitym natężeniu literek pracujących, wraz ze mną, w kurniku.. brązowe oczy - ktoś chce zgadywać, o kogo chodzi? brązowe oczy kompletnie znudził już mój widok i przestała chcieć mnie, no cóż, na oczy oglądać. dobrze, mi to nawet na rękę. tylko co ja zrobię, co ja poradzę - przecież nie szukam pretekstów, żeby ją odwiedzać - one same mnie znajdują.. najpierw ta sprawa z o., nie, najpierw h. mnie o coś tam męczy i zagaduje, potem ta sprawa z o., nie, jeszcze inaczej. najpierw chcą, żeby im powiedzieć, czego mi potrzeba, potem same mi mówią, czego mi potrzeba, potem ja marnuję wzrok i czas i zaczynam pielgrzymować.. trochę tego jest i sorry - nie da się za jednym razem.. jeszcze coś tam wisi, jeszcze w co najmniej dwóch sprawach będę odwiedzać c. i to jest nieuniknione - brązowe oczy też. ostatecznie, to jej oczy świecą przed tymi na samej górze, a struktura szefów szefów zdaje się być dosyć rozbudowana jak na jedno małe - koło.. ale nie znam się na administracji - ot, jeden z wielu paradoksów w moim życiu. więc najpierw całe to pielgrzymowanie, potem h. i jej konszachty na mieście, na koniec ta sprawa z o., która co prawda nie jest nawet moją sprawą.. ale chciałam upewnić się, że zostanie doprowadzona do końca. teraz zajął się nią m., tak jak bozia przykazała, i ja już się więcej nie interesuję. i tak interesowałam się za bardzo. niepotrzebnie. niepotrzebnie. niepotrzebnie. no niestety, jak poczuję się odpowiedzialna, to na zabój. koniki oddałam w obce ręce z niejaką ulgą ale też i cieniem trwogi, złowieszczo wiszącym mi nad serduchem. lubię mieć rzeczy robione po swojemu. ktoś inny - zrobi to w inny sposób. i ja się boję, że źle.. nie, nie nadaję się do pracy w zespole.. solo - to co innego. wolnym strzelcem powinnam zostać, zaszyć się w jakiejś pustelni, nie odpowiadać przed nikim i za nic.. amen.
k. zaczyna się buntować. że już nie chce być tą złą, która notorycznie wszystkich bierze pod włos. nie wiem, czy jej się uda, mam wrażenie - że to trochę leży w jej naturze, a warunki panujące w kurniku tylko sprzyjają uwydatnianiu tej jej konkretnej cechy. lubię k. chociaż k. zaczyna się coraz bardziej niecierpliwić w obliczu mojej niewymuszonej pierdołatowości. nie wymuszam jej, jestem, to znaczy potrafię być pierdołą do kwadratu - kompletnie się nie starając. na przykład w kontaktach z ludźmi jestem pierdołą.. k. dzisiaj zwątpiła. ja też i doprowadziłam do zwątpienia nawet m. k. jutro nie ma i idę o zakład, że będzie to dzień, w którym zostanę skonfrontowana w sprawie mundurków. chociaż mogę się mylić. m. zaczyna być coraz częściej angażowany w różne inicjatywy brązowych oczu - na zdrowie! ja mam swój szubrawy plan w sprawie obowiązkowego umundurowania. plan o kryptonimie "niespieralna plama". mogę mieć mundurek i jest mi idealnie obojętne, w jakim kształcie i kolorze, bo zwyczajnie nie zamierzam go nosić. mundurek, czego z resztą nie omieszkałam oznajmić k., przestał być dla mnie problemem jakiś czas temu i w zasadzie mniej więcej w tym samym momencie zniknęła z mojej głowy w ogóle jego idea. mundurku nie ma, jest tylko matrix..
mówiłam już o poczuciu humoru, którym tryska m.? to nawet fajnie, że je ma. trochę się z nim jeszcze nie oswoiłam, ale rozbraja mnie czasem i to dobrze. to znaczy że nie odbieramy na całkiem odmiennych falach i jest git. dosyć.
dzisiejszą propagandę dozowałam wszystkim, którzy akurat znaleźli się w zasięgu dźwięku płynącego z głośnika mojego telefonu - kanadyjskie bliźniaczki zrobiły wrażenie szczególnie na m., która z resztą poprosiła, żebym zrzuciła je na komputer. khe khe, zapowiada się dłuższa przygoda bliźniaczek w kurniku? pożyjemy, zobaczymy. zwłaszcza, że już zaplanowałam, że nagram piracką płytę i będę ją przemycała codziennie rano do sprzętu grającego..
tymczasem brązowe oczy zagroziła w którymś momencie, że jednak ześle mnie pod koniec września na mazury. z jej poczuciem humoru też jest mi się ciągle ciężko oswoić. zaczynam podejrzewać samą siebie o jego brak.. jak się nad tym zastanowić, nie zawsze też łapię żarty, które produkuje j.
natomiast najbliższa sobota zapowiada się deszczowo i barbarzyńsko wręcz monotonnie. w głębi duszy chcę wierzyć, że brązowe oczy w głębi swojej duszy sprzeciwia się całemu temu przedsięwzięciu ale nie ma za bardzo wyjścia i musi forsować jego wykonanie - cała obsada kurnika jest solidarnie zbulwersowana. cztery chętne dusze, czternaścioro niezadowolonych pod przymusem, jeden autokar, jeden festyn ludowy.. ktoś się dziwi, że na pokładzie panuje atmosfera kumulująca się w jakąś formę buntu?