nie wiem, czy jest coś gorszego, niż wygląd statecznej trzydziestki (gdzieś w połowie jej świetności) w wieku lat 25.. czyli średnio dziesięć lat starzej. i to na własne życzenie. i to przy dołożeniu wszelkich starań. i to z uśmiechem zadowolenia z osiągniętego efektu na twarzy. o co chodzi? o co chodzi z tym irracjonalnym dążeniem do dorosłości, dojrzałości? najpierw - stawanie na głowie, żeby już i statecznie, i poważnie, i odpowiedzialnie (w przerwach na przecinki nabieram powietrza). a potem nostalgiczne wlepianie oczu duszy we wsteczne lusterko - w poszukiwaniu straconego dzieciństwa, młodości. i wreszcie - strach, bo to już śmierć zagląda do ogródka. kto wie, może za te czterdzieści lat, o ile jeszcze będzie świat, na którym będzie można żyć - może śmierć zacznie na progu potykać się o wycieraczkę z napisem 'nieśmiertelność'?
i nie zrozumcie mnie źle, ja przecież nic nie mam do trzydziestek (z jedną nawet sypiam).. ja tylko nie rozumiem, dlaczego ludzie tak kurczowo chcą trzymać się środka? dlaczego uparcie zaprzeczają, że w życiu równie wartościowy jest jego początek i koniec? a przez wartościowy chcę też powiedzieć - naturalny. zgodny z logiką i nawet pożądany. ja sobie nieśmiertelności nie zamawiam.. swoje życie chcę przeżyć, a nie schować w banku, czekając - na co? czym w życiu jest ta lepsza koniunktura?
no ale dobra, w zasadzie nie powinnam się czepiać. i chyba tego nawet nie robię. tylko tak na głos się zastanawiam. każdemu wedle zapotrzebowań.. na zdrowie!