zasypiam na siedząco.. druga kawa całkiem wskazana.. dwa tygodnie względnej laby, kto wie, może odeśpię? do zobaczenia w nowym roku. tyle.
ping pong z szefem:
on: łooa, a co to?
ja: a papier..
dawno nie donosiłam o wydarzeniach z czwartego piętra.. więc to nie dlatego, że sporadycznie tu ostatnio bywam, choć nie ukrywam, jest to jedną z przyczyn.. więc to dlatego, że tutaj akurat generalnie mało się dzieje, choć jak się zacznie już dziać cokolwiek, to tak konkretnie.. w pięty człowiekowi idzie i zostaje na długo.. dziś w zasadzie chciałam tylko donieść, że agnieszka ciągle się do mnie uśmiecha. to miłe z jej strony. jak już kiedyś wspominałam, istnieją ludzie, do których nie uśmiecha się nigdy i uzbraja mnie to w nadzieję, że może nie jestem, przynajmniej nie dla wszystkich, jednym z tych nielubianych gremlinów pokroju dziwki szatana.. przemek, mimo, że generalnie stara się sprawiać wrażenie sympatyczne, uśmiecha się raczej krzywo i daje człowiekowi odczuć, że go nie lubi. przemek, z jakichś przyczyn, zdaje się mnie nie lubić. mnie to naprawdę mało wzrusza.. patrycja darzy mnie, podejrzewam, czymś na kształt pobłażliwej ignorancji - z wzajemnością.. dziwka szatana na wszystkich patrzy doskonale na wylot.. ponownie - z wzajemnością. kolektywną. szef.. to osobny temat, którego -szczerze? nie warto w ogóle podejmować. i tyle. ot i cały mój tajny, rządowy projekt, o którym nie wolno mi nikomu opowiadać..
na czwartym piętrze też, podobnie jak w kurniku, nie potrafię znaleźć odpowiedniej formuły kontaktów z dyrekcją. dziś w sekretariacie, wręczając pani eli jakąś zaległą fakturę, prawie potknęłam się o jednego z szefów wszystkich szefów i momentalnie zdałam sobie sprawę, że nawet nie wiem, jak się nazywa. albo czy w ogóle jest tym, za kogo go uważam. wyszedł z jednego z gabinetów, ale mógł równie dobrze być zwyczajnym, szeregowym interesantem.. wiem, że jest ich kilku i każdy odpowiada za coś innego. wiem, że raz na jakiś czas muszę jednemu z nich dać coś do podpisu, ale nauczyłam się sztuczki, którą dotychczas uważałam za sprytną, i wkładam cokolwiek akurat wymaga autografu kogokolwiek w teczkę zawierającą plik innych papierów wyczekujących pisemnej autoryzacji. nie zawsze się to sprawdza i dobrze czasem wiedzieć, jak wygląda osoba, której się szuka - zwłaszcza, kiedy ta osoba akurat piastuje najwyższe stanowisko w okolicy.. jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo niedorzecznym jest fakt mojego zatrudnienia tu i teraz.. i jeszcze przez ponad rok..
póki co ani widu dziwki szatana. ale znowu podejrzanie prędko skończył mi się papier w drukarce..
poza tym wyjaśniłam profesorowi, że tgv na odległości pięciuset kilometrów nie jest lepszym pomysłem, niż samolot.. nie wspominałam już, że pomysł z tgv wziął się z patrycji lęku przed lataniem.. mi tam wszystko jedno, ja do bordeaux nie polecę, co zawdzięczam dziwce szatana i siarczystej awanturze, którą urządziła profesorowi po wyjeździe do berlina.. jeszcze jeden powód, dla którego żaden sąd nie skaże mnie prawomocnym wyrokiem za czyn, który już w zasadzie skrystalizował mi się w głowie.. a tak niewiele brakowała, żebym dziwkę szatana miała za sąsiadkę..
jest taki jeden pan, mijam go na korytarzach czwartego piętra sporadycznie. on prawie nigdy nie patrzy mi w oczy, prawie zawsze wzrok wbija w podłogę. wymieniamy się uprzejmościami i idziemy każde w swoją stronę, do swoich spraw, które nigdy nie dzielą wspólnej płaszczyzny.. nie wiem nawet, jak ten pan ma na nazwisko. czy imię. kiedyś ponoć spowodował niewielki pożar czwartego piętra - ponoć zostawił włączoną suszarkę. na weekend. i puff.. ten pan dziś się do mnie zwrócił. na szczęście przy ludziach - bo tak całkiem bezpośrednio, z imienia, że nie powiem, nieznacznie wytrąciło mnie to z równowagi.. ten pan, okazuje się, ma bardzo łagodny głos i pozornie, również resztę usposobienia.. ten pan powiedział, że czyni jakieś zakusy na kawałek sprzętu, który od dobrego roku zalega na podłodze na tym moim końcu korytarza, na ostatnim piętrze.. ale ponoć nie wolno mi dać się zwieść jego łagodności - sprzęt ma pozostać na swoim miejscu. po raz z pewnością kolejny wytłumaczono mi nawet, czemu. i tak zapomnę. to takie merytorycznie nieistotne, że nie ma po co sobie głowę zawracać. niech stoi, póki się nikt nie potyka.. a jak kiedyś zniknie, nie będę po nim płakać.. gorzej, jak ktoś się nagle spyta, co się z nim stało.. cóż, wzruszę ramionami i pokażę palcem na tego pana.. a potem się okaże, że sprzęt podzielił los suszarki i czwarte piętro się z tego powodu nie zawali..
na szybko: dziwka szatana podrzuciła mi jakieś swoje papiery, tak dla odmiany, które w ogóle powinny trafić w ręce agnieszki, nie moje. chyba nikogo nie dziwi przydomek, jaki nadałam kobiecie, która na tyle zalazła za skórę swoim wieloletnim 'współpracownikom', że teraz musi załatwiać swoje sprawy przez pośredników. że też we mnie musiała upatrzeć sobie najlepszy materiał na dziewczynkę na posyłki. kurwa mać. w ogóle to nie. nawet nie tknę tych jej papierów. co mnie to obchodzi? jak na czas nie spłyną gdzieś na dół, nie dostanie zwrotu kasy albo będą ją za kasę ścigać - mam to w nosie.
na czwarte piętro dotarłam z ponad dwugodzinnym opóźnieniem - bo raz na jakiś czas każda baba potrzebuje dogodzić sobie fryzjerem. no i ja sobie dogodziłam, a że akurat w godzinach pracy? fryzjerka wyglądała na fajną czterdziechę, więc w ogóle było z bonusem - zaczynają mi się podobać coraz starsze. potem tramwaje jeździły jakoś na około i nie potrafiłam znaleźć jednego, bezpośredniego i trzy razy zmieniałam kierunek jazdy. profesor zniecierpliwił się i zadzownił gdzieś przed czwartą, więc jak tylko odebrałam telefon, przejęłam inicjatywę i wyjaśniłam mu, że dzwoniłam wcześniej, żeby powiedzieć, że będę później, a teraz już biegnę w te pędy.. nie biegłam. zaczęłam błądzić po tramwajowej dżungli.. pana z portierni już nawet nie dziwią godziny, o jakich przychodzę do 'pracy'. widział już, jak pracowaliśmy całą sobotę, jak profesor odbierał z portierni pizzę, jak wymusił moją lojalność w polski dzień niepodległości.. a podejrzewam, że mój profesor nie jest nawet największym oryginałem w tym budynku. naukowcy już tak mają. ale miało być w skrócie - przyszłam późno więc do późna posiedzę, takimi prawami rządzi się praca na czwartym piętrze. a co teraz robię? to, za co najbardziej lubię otrzymywać pieniądze - zupełnie nic..
empik wreszcie przysłał książki. profesor właśnie zamawia sobie kapsułę ewakuacyjną z czwartego piętra. o, jedna firma odmówiła współpracy. nie, nie bądźcie tacy, zabierzcie mojego szefa stąd - gdziekolwiek będzie chciał! żebym mogła już pójść do empiku odebrać swoją paczuszkę.. promyk szczęścia w dzisiejszym dniu. udało się, ktoś go stąd zabierze - "możliwie jak najprędzej".. będę miała swój komiks i trzy kolejne ulki. jedna o czarodzieju, jedna o kotach i jeszcze jedna już nie pamiętam o czym, tak dawno składałam to zamówienie.. gorzej, bo to czwarta część komiksu a te jemioły w empiku twierdzą uparcie od jakiegoś czasu, że nie mają dostępu do piątej, mimo, że kolejne, od szóstej wzwyż, ponoć są w ich zasięgu.. o, agnieszka się do mnie właśnie uśmiechnęła. ona się do mnie często uśmiecha, musi mnie lubić? do dziwki szatana się raczej nie uśmiecha, stąd wiem, że gdyby i mnie z jakichś przyczyn nie lubiła - zdecydowanie by się do mnie nie uśmiechała.. no dobrze, w zasadzie nie ma powodu, żeby mnie nie lubić, chociaż ja nigdy nie wiem, o co chodzi z interakcjami międzyludzkimi.. znacznie lepiej sobie radzę z książkami..
mam całkiem poważne podstawy by domniemywać, że dziwka szatana kradnie mi papier..
więc w telegraficznym skrócie: na zamówienie dziwki szatana, która niestety ciągle żyje i ma się dobrze, nauczyłam się robić plakaty w power poincie. ani to wymagające intelektualnie, ani artystycznie wydajne.. musiałam ją przy okazji trzy razy mniej lub bardziej subtelnie, za to piekielnie asertywnie, wypieprzyć zza swoich pleców - inaczej by mnie zadyszała prosto do tworek.. dziwka szatana jedzie gdzieś na konferencję na mazury i zniechęciła do siebie wszystkich naokoło do tego stopnia, że aż na mnie musiała spaść ta fantastyczna przyjemność obcowania z nią dłużej niż mieszcząca się w granicach tolerancji - minuta.. nienawidzę ich wszystkich, jeszcze nie zdecydowałam, kogo bardziej. krótka wizyta w toalecie ujawniła, że nienawidzę ich też z jeszcze jednego, comiesięcznego powodu.. howgh..
skoro już jeden front doczekał się korespondenta, to chyba drugiemu też jakiś powinien przysługiwać.. no to proszę bardzo, posłuchajcie: dziwka szatana, bo inaczej nie da się jej nazwać, jest na urlopie, chyba do końca tygodnia, ale niewykluczone, że tylko do dzisiaj. nie wiem, dowiem się z pewnością - jutro. prosiła, żebym podlała kwiatka, ale.. mnie by tam nie przeszkadzało w najmniejszym stopniu, gdyby badyl usechł. bestia jednak jest odporna nieznośnie na na mój roślinny sadyzm i nie da się ususzyć. dziwka szatana ma stanowczo za krótkie te urlopy.. profesor zadzwonił koło południa z pytaniem sondującym godzinę mojego jutrzejszego przybycia. powiedziałam mu zgodnie z prawdą, że wcześniej niż wtedy, kiedy będę mogła, nie dotrę, bo się nie da. przyjął do wiadomości i oznajmił, całkiem zadowolony z siebie, że będzie mnóstwo do zrobienia, a przez mnóstwo ma na myśli między innymi plakat. no i czy umiem robić plakat? więc ja: że nie. też całkiem zadowolona z siebie. bo nie. ale dodałam, że z pewnością szybko się nauczę. bo jakie mam wyjście? on bez tego plakatu pewnie umrze i kto mi zapłaci? za sierpień co prawda dostanę pieniądze, jeśli tylko jutro dotrę wystarczająco wcześnie, żeby podrzucić rachunek tam, gdzie trzeba. ale zostaje jeszcze wrzesień, no i reszta roku. i kolejny. i przypuszczalnie jeszcze pół, bo tak sobie już zaplanował. ja się na więcej nie porwę, choćby mi zaczął w szczerym złocie płacić, po prostu trochę to niedorzeczne zaczyna się robić. na studiach to jeszcze uchodziło, bo wiadomo.. ale teraz, za niebawem, kto wie, zacznę być szanowaną panią magister zupełnie niezwiązanej z czwartym piętrem dziedziny i co wtedy? moje cv i bez tego, chociaż nie obfituje w doświadczenie, zaczyna przypominać diagnozę rozdwojenia jaźni..