nie wiem, czy to już come back, tym bardziej mam wątpliwości co do jego rozmiarów.. przez moment stanął w ogóle pod znakiem zapytania, bo okazuje się, że sześć miesięcy wystarczy, żeby zapomnieć hasło używane regularnie przez kilka lat z rzędu.. no tak, ale przecież tyle haseł trzeba teraz pamiętać, a najlepiej, żeby były jak najmniej słownikowe, żeby nie daj bóg jakiś haker nie wtargnął człowiekowi w jego wirtualny świat. są hasła do komputerów, do skrzynek pocztowych, do banków, do fejsbuka, do innych społeczności, jeśli ktoś jeszcze czuje niedosyt, do komunikatorów wszelkiej maści, do allegro, do zarządzania telefonem i internetem, do internetu w ogóle.. dobrze, żeby każde było inne, niepowtarzalne, urozmaicone o cyfry i niestandardowe kombinacje liter małych i wielkich, no bo ci hakerzy.. więc w każdym razie nie wiem, czy to już powrót, czy tylko joggerowa czkawka. rozleniwiłam się nieziemsko. nie postawiłam nawet kropki w celach czysto relaksacyjnych. pisałam, owszem, mejle w sprawach służbowych i sporadycznie - osobistych. komunikowałam się na gygy. tworzyłam programy usprawniania i sprawozdania. pisałam wnioski konkursowe o finansowanie, dofinansowanie i ogólnie żeby ktoś dał kasę, co to się przecież, no tak - należy.. ręcznie (!) wypełniałam niezliczone rubryczki. napisałam setki smsów swego czasu.. więcej grzechów - nie pamiętam. ale to akurat nietrudne. ja do niepamiętania to mam talent.. w zasadzie nie powiem, żebym czegoś żałowała. chociaż w to może niektórym trudno uwierzyć. jeśliby mi ktoś jeszcze rok, może dwa lata temu powiedział, że tak będzie, sama bym nie uwierzyła. za chiny ludowe.. czekam aż sceptyk wróci, jeśli jeszcze żyje, stamtąd, dokąd go diabli posłali te w przybliżeniu pół roku temu, i wyznaczy mi jakąś pokutę.. ale naprawdę, zastrzelcie mnie, nie wiem..
mija luty a w mojej głowie cisza.. sceptyk wycofał się hen hen na tyły - sam pisze pamiętniki.. w kurniku tyle się dzieje, że nie nadążam zwyczajnie. młoda odeszła. przyszło dwoje nowych. tzn jeden już przyszedł, druga ponoć jutro.. pikaczu się wziął i połamał.. w ogóle kolejne postacie w tajemniczych okolicznościach przestają regularnie uczęszczać do kurnika.. wirusy i bakterie hulające po świecie zbierają żniwo.. xyz szaleje.. wisienka rwie włosy z głowy.. ciocia dobra rada ciska piorunami na lewo i prawo.. jędza bije rekordy jędzowatości.. sytuacja zatacza niespodziewane zwroty praktycznie co sekundę i w zasadzie nigdy nie wiadomo, jak tak naprawdę wygląda.. mała mi i pikaczu tymczasowo opuścili pole walki, pozostawiając mnie na posterunku i ja w tej swojej samotni dostaję kota.. lada dzień każą mi realizować wytyczne operacji 'gwiezdne wojny'.. no cyrk na kółkach, fotomontaż..
jest takie coś, co teoretycznie, każda kobieta, w sobie, posiada. przecinki często stawiam, bo umieram z głodu, nie umarłam tylko dlatego, że często łykam ślinę. moja intuicja natomiast mówi mi, że moja seksi koszulka jest niczym w porównaniu z sygnałami, które odbieram antenkami, na czubkach włosów, na karku.. nie powiem wam bezpośrednio o co cho.. zu mówi, jednak, że skoro, nawet ja, to zauważam, to znaczy, że jest, to, prawdą.. bo ja z rzadka zauważam cokolwiek. te kategorie współżycia ludzkiego są mi doskonale obce, nieodczytywalne.. mama natura w swojej szczodrości nie uwzględniła mnie. nie wyposażyła mnie w klucz do odczytywania, niestety, całych ciągów zachowań, pewnych sytuacji.. i te sytuacje odbijają się ode mnie jak od ściany i w sumie mi to nawet nie przeszkadza. czasem ich uczestnicy mają mi coś za złe, też nie do końca - co ja tam mówię, w ogóle nie wiem o co im wtedy chodzi.. życie jakoś się kręci.. czasem jednak. z rzadka.. od tak zwanego wielkiego dzwonu. jakieś strzępki sygnałów, docierają. do mnie. kawą rozpuszczalną 3 w 1 chwilowo podniosałm sobie poziom cukru. za pięc minut przewiduję całkowity zjazd.. a i tak nie powiem wam o co chodzi.. nastrój mam taki średnio społeczny. w zasadzie to wcale. najchętniej kogoś bym udusiła.. to ten cukier już przeze mnie przemawia..
kurwa mać.
w zasadzie na tym powinnam poprzestać.
w zasadzie może nie powinnam pisać pod wpływem emocji, które jeszcze ciągle w dużym stężeniu krążą wraz z krwią mi w organizmie..
kurwa kurwa kurwa, że zacytuję anonimowego mściciela z głuchołazów..
nie wiem jak zacząć? może od tego: jeszcze w południe posłałam gabi smsa z zapytaniem o wolne etaty u niej w kurniku.. ale, o zgrozo, u niej redukcja etatów cuchnącym oddechem dybie zza winkla.. greta teraz siedzi i proponuje, że popyta u siebie.. może potwierdzę takie zapotrzebowanie..
brązowe oczy dała ciała na całej linii. tym samym zasłużyła już permanentnie na przemianowanie. więc - wisienka. wyłożyła się potwornie, tracąc resztkę autorytetu w kurniku - z kretesem.. może chodziło o to, żeby tupnąć nogą, potrząsnąć jakoś ciałem pracowniczym, wyrwać z marazmu ostatnich miesięcy.. może ma jakieś napięcia okołokresowe? może chciała pokazać, kto tu rządzi? może jej odbiło? nie wiem. końcowy efekt jest, w najłagodniejszej wersji językowej - opłakany.. najpierw ona, potem, na zakończenie, xyz, dały czadu - opieprzając wszystkich za wszystko, waliły na oślep i nawet nie patrzyły, jak puchnie.. a ciało pracownicze - puchło w oczach.. v. nawet wybiegła z sali z płaczem. ja byłam na granicy - wytrzymałości.. pięści zaciskały się w nerwowym odruchu w sposób absolutnie niekontrolowany.. para szła uszami.. nie tędy droga, wisienko.. nie tędy droga, xyz. tak - się - tego - nie - robi. kropka.
dwa punkty kulminacyjne, które zdegradowały wisienkę doszczętnie:
- zrobiła awanturę młodej za wizytę m., któregoś pięknego dnia w kurniku.. jakiś tydzień po tym, jak sama, osobiście, przyjęła gościa w osobie pani z dzieckiem.. podjęła ją nawet kawą. i tortem. i ponad godzinną pogawędką o dupie maryni.. chyba - nie wiem. starałam się w tym czasie pracować. co zakładało przebywanie w innym pomieszczeniu i w innym towarzystwie. ale dzisiaj dostało nam się kolektywnie po uszach. za to, że olewamy swoje obowiązki..
- opierdzieliła nas za załatwianie pobocznych interesów w trakcie pracy - niecałe pięć godzin po tym, jak w sposób skrajnie agresywny sterroryzowała mnie wprost w porzucenie tego, co akurat robiłam i oddanie jej jednego papierka. na miesiąc temu!
w trakcie zebrania, delektując się głębią jej siedzących na przeciwko brązowych oczu, na bieżąco rachowałam swoje sumienie.. raz jeden pokiwałam głową z pokorą, w trakcie wywodu xyz, ale po namyśle muszę stwierdzić, że nie mam o to do siebie pretensji. grzechu warta potwierdziła potem moje odczucia. oczywiście na gorąco wszystko przedyskutowałyśmy już pięć metrów za zatrzaśniętymi drzwiami kurnika.. emocje jeszcze ciągle formują zbitą gulę w gardle, powodują pieczenie spojówek. mówię szybciej. jestem na wkurwionym haju..
dni nie starcza na życie.. między kurnikiem i czwartym piętrem, pomiotem szatana i sporadycznym myciem okien, pozostaje raptem kilka godzin snu.. a kiedy tu żyć? kiedy realizować się? dokształcać? ukulturalniać?
weekend z a. należał, nie powiem, do interesujących co najmniej.. seks wkroczył do kurnika z monstrualnym przytupem i jeszcze długo z niego nie wyjdzie. a. udało się przekonać v. do czegoś, co onegdaj wzbudziło jej święcie szczere oburzenie.. a. została ogólnie dobrze odebrana, niektórzy nawet odnieśli wrażenie, że jakoś dobrze z a. żyję - ja. co nie jest prawdą. a widziałam, poza uczelnią, tylko przy jednej okazji i był to pewien festiwal, powiedzmy, kulturalny.. raz jeden, w ciemnej sali, patrzyłyśmy przez zadymione powietrze na ekran, na którym pary kobiece oddawały się mniej, niż mogłoby się wydawać, skomplikowanej ars amandi.. nie siedziałyśmy nawet obok siebie.. niemniej a. powitała mnie radosnym okrzykiem - ach, to ty! i ty tutaj - pracujesz! i tylko dwa razy wysłała na szczęście zawoalowaną aluzję do posiadanej przez się wiedzy - w realiach kurnika, skąd inąd, tajemnej.. ale to był tamtem weekend. i minął cały tydzień. kurnik jak stał na głowie - tak stoi. czasem robi dodatkowo fikołki.. może uda mi się w środę do kina, wreszcie, przy trzecim chyba podejściu, pojechać..
zostałam, między innymi - ja, obarczona zaszczytnym obowiązkiem przygotowania imprezy wigilijnej. jak tłumaczyła mi już wielokrotnie v. - de facto wszyscy są zaangażowani w równi, czyli że każdy jest urobiony po łokcie i często nie wie, w co wsadzić ręce.. brązowe oczy ciągle zmienia koncepcję - a to że tu, a to że tam, a to że gotujemy sami, a to znowu, że jednak zamawiamy.. nie, to nie ona, to xyz w całej swojej okazałości.. brązowe oczy, którą lada moment przechrzczę w ogóle na "wisienkę na torcie" ^.^ spełnia mniej więcej taką funkcję - dekoracyjną.. nie powiem, źle się z niej nie wywiązuje.. niestety de facto, powinna też, przynajmniej trochę, nami pozarządzać. ta jej aktywność przejawia się jednak sporadycznym wytknięciem czegoś palcem i huknięciem - co z tego, że potwornie efekownym? nie wie do końca, czy chce się z nami spoufalać, czy jednak być tą panią siejącą postrach wzbudzającą respekt z oddali swojego gabinetu.. przedwczoraj na przykład przyszła i oznajmiła, że jej podpadłam - nie wysyłając jej pewnego mmsa.. dotyczył on, no dobra, to już opowiem - porodu o., z którą nie jestem bynajmniej spokrewniona.. ale już z jej dzieckiem - owszem. cały kurnik ma mnie więc za wyrodną ciocię, bo nie chodzę codziennie do szpitala i nie donoszę najświeższych wiadomości z dzidziusiowego frontu na bieżąco.. bo im się one należą, rozumiecie, najbardziej na świecie.. no jeszcze brązowym oczom to nawet tak.. razem z o. i v. niejedno wiadro soli tam skonsumowały, a może to zupełnie nietrafiona analogia jest, wszystko jedno. dziś pociągnęłam v. trochę za język. v. jest taką uroczą gadułą gdy ją odpowiednio podejść. więc v. dostała ode mnie zdjęcie bobasa, gdy tylko ja je otrzymałam, co i tak było rażącym naruszeniem jego prywatności, ale wyszłam z założenia, że skoro v. trzyma sztamę z brązowymi (bo w zasadzie nawet rozważałam możliwość przesłania kopii i jej), to i tak jej pokaże. co też skwapliwie poczyniła. jej i całej reszcie kurnika. czego powinnam się była spodziewać. więc tylko umiarkowanie byłam zirytowana, gdy ciocia dobra rada powitała mnie okrzykiem - ja też widziałam b!
tak czy siak.. o czym to ja? umieram z przemęczenia.. a przyszły tydzień.. byle do piątku..
acha.. m. na zwolnieniu, z niejasnych przyczyn, które wegług v. powinnam znać od podszewki. bo, pozwolę sobie zacytować, "myślałam, że utrzymujecie kontakt".. więc chyba wywiad v. w postaci bliskiej dosyć relacji z o. zawiódł, ku mojej ogromnej uciesze, na całej linii.. a może to o. trzymana jest w ciemnościach przez swojego męża? a przy okazji sama jest ociemniała. albo to wyparcie - popularna w całej rodzinie metoda radzenia sobie z niechcianymi informacjami.. tyle że w o. nie płynie (już) nasza krew.. z resztą, czort wi.. przodków mamy z jednego regionu.. ot i taka dygresja mi wyszła, na zakończenie.. więc m. na zwolnieniu, nie wiem do kiedy, tymczasem w poniedziałek szykuje się mała awantura.. może nie awantura, może nie bunt (o którego wzniecanie zostałam z resztą, bardzo krzywdząco, posądzona), ale jakieś niepokoje z pewnością.. w ogóle.. przyszły tydzień? muszę wziąć do ręki kalendarz i rozpisać go sobie na dni, bo coś mi się zdaje, że jest już zapełniony od deski do deski a ja nie pamiętam za cholerę - czym?
kawę wypijam zrobioną w ekspresie. nie chce mi się dzisiaj pisać pamiętnika. ten padający deszcz nastraja mnie jakoś tak beznadziejnie. próbuję unikać świata. odwiedzam gośkę i dzidziusia i marcina, nie wiem, czemu w tej kolejności. w sklepie robię zakupy za złotych trzydzieści. specyfik w puszce do włosów, papier do kibla, waciki.. smak tęczy. akcent nostalgiczny. w kurniku trochę normalizacji. w zasadzie nie ma o czym pisać. z powodzeniem udało mi się prawie wszystkich uniknąć. walę głową w wirtualny mur bardzo upierdliwej skazy swego charakteru - ale to trochę później. chcę się schować.. łapię fazę, którą chyba lidka ostatnio nazwała - wsobną.. pomału zawalam.. rozważam załamanie nerwowe jako całkiem sensowne wyjście z sytuacji.. witaj z powrotem, jesienna depresjo.. jutro poszukam tego sklepu, co sprzedaje bomby witaminowe..
ps. jogger uparcie odrzuca ten wpis.. to jakiś znak?
ja wiem, na wypalenie zawodowe jeszcze zdecydowanie za wcześnie - jeśli zwłaszcza wziąć pod uwagę, że ledwo co zdążyłam się zawodowo zaktywizować - ale widok cioci dobra rada, z dziką lubością i premedytacją ciskającą różnymi przedmiotami dookoła i komentarzem, że 'sobie poukładamy', bo do końca dnia jeszcze dużo czasu - no zwalił mnie z nóg.. zwątpiłam..
poza tym - bardzo dużo nieistotności.. i szum komunikacyjny, w którym gdzieś zaginął mój nieśmiały komunikat o chęci wzięcia udziału w pewnym przedsięwzięciu.. pomyślałam, że to byłby miły gest z mojej strony, ale może nie powinnam się wychylać? posiedzę sobie cichutko, jak mysz pod miotłą, przestanę się rzucać w oczy, może boży świat o mnie zapomni i jakoś dotrwam do kolejnych wakacji? albo chociaż do nowego roku? to nie będzie łatwe, biorąc pod uwagę, że swoim ostatnim działaniem przyczyniłam się do wygenerowania kilku tysięcy kosztów - zakupu sprzętu, którego zakup skłonna jestem cokolwiek kwestionować, ale mnie tam nikt nie słucha i kto wie, może to nawet lepiej? gdyby zaczęli na serio słuchać, mogliby się przekonać, że merytorycznie niewiele mam im do powiedzenia.. nie, to oczywiście nieprawda - po prostu zmęczenie generuje zwątpienie a pewności siebie to i tak zawsze mi ciut brakowało, więc to normalka, że czuję się jak malutki robaczek, cichutko popiskujący - tylko mnie nie zgniećcie.. chlip chlip..
o mały włos bym zapomniała - do pracy dotarłam dziś z silnym postanowieniem szerzenia nachalnej propagandy. na włosach zawiązałam sobie kitkę a posłużyła mi do tego celu bransoletka tęczowych koralików, którą ukradłam wczoraj wieczorem z. jednak tęczowa symbolika nie jest bynajmniej powszechnie odbierana jako jakikolwiek rodzaj jakiejkolwiek propagandy.. bo wszyscy zauważyli kitkę - to było z mojej strony niezmiernie szczwane, gdyż, podobnie jak z kiecką, kitka na moich tradycyjnie już krótko obciętych włosach jest swego rodzaju ewenementem, którego no zwyczajnie nie sposób nie zauważyć.. m. zauważyła i jej się spodobało. e. zauważyła i też jej się spodobało. p. zauważyła i o dziwo, skomentowała twierdząc, że jej się podoba a następnie wyraziła smutek w związku z moim komunikatem, że zamierzam kitkę niebawem za pośrednictwem fryzjera - zlikwidować. h. zauważyła. v. zauważyła. więc generalnie oczy kurnika na chwilę udało mi się zwrócić na siebie - i zwłaszcza na ten jeden, tęczowy szczegół - i gucio.. w każdym razie na głos nikt nie dał do zrozumienia, że czai.. może ktoś czai? aaaa.. wiem, zakrawa to wszystko na, delikatnie rzecz ujmując, rozdwojenie jaźni. z jednej strony - wpadam w histerię z powodu a. z drugiej, silę się na nachalną propagandę, uprawianą co prawda cokolwiek subtelnie - ale jednak.. no i dowiedziałam się, skąd wzięła się a. to znaczy nie dowiedziałam się. to znaczy podejrzałam, od kogo ten namiar. już zapomniałam, tak mało powiedziało mi to nowe nazwisko. ale było tam, centralnie na monitorze, nie wiem, czemu nie widziałam go za pierwszym razem.. moje szare komórki mają zaiste fascynującą zdolność wybitnie wybiórczej rejestracji rzeczywistości..
zyskuję kolejne dowody świadczące o tym, że z. się myli.. mój instynkt, jakkolwiek szczątkowy by nie był, raczej nie zawodzi mnie w tym przypadku.. hipoteza, którą przyjęłyśmy kilka dni temu na kanapie, może jawić się jako wynik perfekcyjnie logicznej dedukcji, ale jest to sposób patrzenia na sprawę z naszej, dosyć specyficznej, perspektywy. punktów widzenia jest jednak, oprócz naszego, jeszcze trochę i kto jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, który z nich jest obiektywnie słuszny? ja wiem jedynie, że ten, przed którego akceptacją wzbraniam się z całej siły, co z. skłonna jest uznać za dowód na jego słuszność - z każdym dniem zdaje się być coraz mniej prawdopodobny. jeśli kiedykolwiek zdarzyło mi się myśleć inaczej, było to wynikiem najzwyklejszego w świecie urojenia.. to że na kogoś trochę lecę nic o tym kimś nie świadczy.. to, że z reguły lecę na osoby o inklinacji co najmniej biseksualnej też wiosny nie czyni.. w ogóle tego typu dywagacje wydają mi się coraz bardziej nie na miejscu i męczące, zwłaszcza w kontekście kurnika. więc tak sobie myślę, że może już dosyć. swoją drogą, jeśli spotkam kiedykolwiek a. na korytarzu, chyba po prostu wybuchnę śmiechem.. jej obecność w całym tym zamieszaniu ciągle jawi mi się jako kompletny absurd..
ach co za dzień po ach - co za nocy.. choć sen nie był długi i trochę go mało, odcisnął mi się w głowie nie tylko jako projekcja zaniepokojonej szeregiem różnych sytuacji podświadomości, dającej mi jasno do zrozumienia, że przypuszczalnie stąpam w butach z ołowiu po warstwie lodu grubości i jakości hologramu - ale też jako przerażająco prorocza wersja dzisiejszego dnia. no, możliwe zawsze, że tylko dopasowuję sobie kolejne zdarzenia do tego, co się przyśniło, bo w rzeczywistości nie wydarzyło się nic takiego, co by chociaż w jednej tysięcznej promila przypominało ten ciąg nieistniejących nigdy scen.. ale jednak.. coś co napisałam zostało podane w charakterze publicznej wiadomości, duch z otchłani przeszłości wychynął zupełnie niespodziewanie zza winkla, łypiąc i dybiąc na mnie pakietem informacji, których nie jestem jeszcze gotowa upubliczniać, no i tupnęłam nogą (co prawda to nie to samo co pełne impetu spotkanie pięści z blatem stołu) co najmniej dwa razy, dając w miarę jasno do zrozumienia adresatce tupnięcia, że nie godzę się z jej sposobem postępowania (to, że ona tego raczej nie zrozumiała, to już całkiem inna sprawa).. nie, nikt mnie nie pocałował (w przyjacielski sposób!) i raczej nie wydarzyło się nic, co można by, mrużąc szczelnie zamknięte powieki, podciągnąć pod ten jeden element sennej wersji zdarzeń.. ale za to.. (w sobotę, to ja rzucam robotę..) ale za to, albo mi się zaczynają halucynacje, albo widuję i słyszę coraz więcej uśmiechu.. tak, uśmiech to jest to, czego w tym miejscu, paradoksalnie, brakuje najbardziej. ciągle tylko napięta atmosfera.. a mnie obecnie rozpiera mega kosmiczny wkurw i jeśli całego tego napiętego do granic wytrzymałości powietrza jakoś nie zmącę śmiechem - obawiam się, że tym razem może pójść na noże..
tymczasem są takie znaki na niebie, ziemi i pewnej obudowie pewnego monitora, mogące zwiastować pojawienie się na scenie dziewczynki z odległej, zaczarowanej krainy.. z szelmowskim uśmiechem przypominam sobie, jakiej książki jest a. autorką i nie mogę, nie potrafię, nie znajduję w sobie siły (ani, szczerze powiem, ochoty), żeby przestać głupawo chichotać.. ramionami wstrząsają opętańcze spazmy - ale w oczach mam dwie studnie po brzegi wypełnione bladym strachem i paniką.. nie chcę skandalu, nie chcę niezdrowej fascynacji, nienawidzę, nie znoszę, nie toleruję konfrontacji.. jeśli a. pojawi się gdziekolwiek w fizycznym pobliżu - muszę wymyślić sposób na pozostanie głęboko w cieniu.. nawet, jeśli będzie to oznaczało również sabotaż tablicy informacyjnej.. nie cofnę się przed niczym..
odżywają duchy przeszłości. dopominają się odkurzania..
anonimowa czy nie, to w zasadzie bez znaczenia. grzech, który popełniam patrząc w gwiazdy pod tylko sobie znanym kątem i tak pozostaje bez zmiany..
niby to nowy rok, a wszystko po staremu. może tylko pogoda trochę brzydsza..
nie zapiszę się na naszą klasę.. jestem aspołeczną ignorantką i bardzo sobie cenię ten stan rzeczy..
niby wszystko takie samo, ale jednocześnie.. przecież nic nie jest już takie, jak kiedyś. ot, choćby młodzież - z każdym rokiem coraz gorsza. chleb? z każdym dniem bardziej waciany. jajka - stemplowane i z ptasią grypą. wędliny - coraz bardziej słone albo całkiem bez smaku. dziewczyny - agresywniejsze z dnia na dzień. sex - coraz mniejsze tabu. można tak wymieniać i wymieniać. a ja ciągle mam wrażenie jakiejś dziwnej stagnacji. wszystko po staremu.. tylko pogoda trochę brzydsza niż wczoraj..
akurat.
siedzimy razem na kanapie..
tyle rzeczy dziwnych mi się w życiu dzieje, nie chce mi się wierzyć. sceptyk rozumie lepiej niż kiedykolwiek.. dziś wygrałam w chińczyka, w scrabble i w monopol. szkoda, że piętnaście minut przed północą w moim mafijnym mieście nie potrafię znaleźć czynnej kolektury - kto wie? przedzieram się przez dym i przez mgłę, dostaję zadyszki.. ten dziwny cień po drugiej stronie ulicy - kto wie?
siedzimy razem na kanapie, obejmuje mnie ramieniem. przedzieram się przez pijackie opary najdziwniejszego deja vu.. myślę sobie - czemu ja? czemu tutaj - czemu teraz? czemu w ogóle? ktoś może nawet wie, o co w tym chodzi, ale ja nie pytam. nie jestem za rozgrzebywaniem historii i przywoływaniem do życia duchów minionej epoki. niech spoczywają w spokoju - tamte czasy i tamtych czasów bohatery.. tu i teraz - wszystko jest inne. sens - już nie ten sam i nigdy nie będzie.. w zasadzie: nie powinnam się tym aż tak pzejmować..
jeszcze chwilę temu wiedziałam, że chciałabym coś napisać - to znaczy wiedziałam, co.. ale już nie pamiętam.. i choćbym siedziała całą noc, to se nie przypomnę..
tymczasem sceptyk..
a w ogóle.. gubię się w tym wszystkim. gubię się w profetyczności własnych myśli. gubię się w brzemienności własnych pretensji. nie potrafię się odnaleźć w niefrasobliwości własnej pamięci.. przeglądam się w ekranie monitora (wyświetlacza?), zaglądam głęboko w oczy, które tam widzę i zastanawiam się, czy i one widzą mnie? i konstatuję, po jakimś czasie i z nieuzasadnionym rozczarowaniem, że nie. przeklinam się w duchu i wirtualnie, a już całkiem rzeczywiście wracam ciągle w to samo miejsce. wychodzę z siebie by zrozumieć - co jest takiego szczególnego w tym konkretnym układzie gwiazd? nie rozumiem. wychodzę, błądzę, krążę i zawsze, niezawodnie, wracam - ciągle tu. sukulenty i jadowite skorupiaki, egzystencjalna pustynia..
a sceptyk.. pół żartem, pół serio..
świecie, ja wiele jestem w stanie zrozumieć, wiele potrafię też zaakceptować nie wnikając w przyczyny.. ale.. ale.. ale z całą pewnością.. no doprawdy.. żeby w ministerstwie nauki (czy jak mu tam teraz, hgw..) nie potrafili czytać po angielsku?? dlaczego, świecie, nawet to przeklęte ministerstwo wysłałeś na krucjatę przeciwko mojemu pomyślnemu zakończeniu tych studiów, które podjęłam ponad cztery lata temu? dlaczego, o przebrzydły, stawiasz przede mną swoje oblicze do-góry-nogami i jeszcze się parszywie z tego wszystkiego cieszysz? dlaczego, o plugawy, testujesz moją wytrzymałość na absurd swojej egzystencji? twojej, tak, twojej, bo nie mojej. do niedorzeczności mojego tu na tym globie pobytu zdążyłam już przywyknąć i nabawiłam się odrobiny więcej rozumu, niż żeby wnikać w lub kwestionować cokolwiek związanego z tym zagadnieniem.. lecz teraz? czy dajesz mi w ten sposób do zrozumienia, że jednak dosyć już tej egzystencjalnej apatii, dosyć obojętnej pobłażliwości dla twej inwencji twórczej w zakresie urozmaicania mi żywota całymi sekwencjami zdarzeń jak najbardziej codziennych? już pal sześć to przeklęte ministerstwo - jestem skłonna twierdzić (i nawet iść w zaparte), że czegoś podobnego się nawet spodziewałam, bo ostatnio było już zbyt sielankowo, nadmierny był przestój w tym departamencie.. ba, jestem nawet skłonna twierdzić (przejść cały maraton zaparcia), że wielce bym była rozczarowana i zdziwiona, gdyby to się prędzej czy później nie stało. no i się stało i kropka. ale.. ale.. no z całą pewnością, doprawdy.. TEGO to już chyba za wiele?
przed snem, żeby zasnąć, myślałam sobie coś.. wiedziałam, że chciałam, że miałam to coś powiedzieć, tu.. ale, no tak, no tak, nie pamiętam już co to było.. coś o tym, że to takie oczywiste, symptomatyczne takie, czy może że na odwrót, a potem, że chyba jednak nie. coś o potencjalnym prawdopodobieństwie scenariusza, że im dziwniejszy, im bardziej abstrakcyjny i nie-do-pomyślenia, tym większą ma szansę na autentyczność, na faktyczność swojego przebiegu.. a potem, że jednak w życiu to babka wróży na dwoje i może być i tak, i może być inaczej. i jednak życie nie byłoby życiem, gdyby można je było ubrać w banał schematu i odczytywać jego koleje według wzoru z obrazka, o nie. to tak to nie działa.. ja chyba po prostu mam gorączkę, wieczorem chyba też ją miałam, ostatnio odczuwam w sobie jej urodzaj.. biorę głęboki wdech. zamykam oczy. może w ten sposób uda mi się coś jeszcze zamknąć, może nawet wykorzenić?
zajrzałam właśnie tam, gdzie nie zaglądałam już od dawna. ot, po prostu zahibernowałam tę opcję w sobie na jakiś czas, przyduszając lekko poduszką w nadziei, że starczy na dłużej.. i w zasadzie sama nie wiem czemu. był taki moment, że pękła już ta dziwna formacja nie-rzeczywistości, o której lubiłam myśleć, że to bańka mydlana. ale to było coś bardziej solidnego w całej swojej niematerialności. ach, głupia głupia głupia. zwyczajna idiotka. jej też chętnie wręczyłabym bilet, dokądkolwiek, koniecznie w jedną stronę, i niech ją w trakcie trafi ciężki szlag..