zasypiam na siedząco.. druga kawa całkiem wskazana.. dwa tygodnie względnej laby, kto wie, może odeśpię? do zobaczenia w nowym roku. tyle.

Dodaj komentarz

dni nie starcza na życie.. między kurnikiem i czwartym piętrem, pomiotem szatana i sporadycznym myciem okien, pozostaje raptem kilka godzin snu.. a kiedy tu żyć? kiedy realizować się? dokształcać? ukulturalniać?

weekend z a. należał, nie powiem, do interesujących co najmniej.. seks wkroczył do kurnika z monstrualnym przytupem i jeszcze długo z niego nie wyjdzie. a. udało się przekonać v. do czegoś, co onegdaj wzbudziło jej święcie szczere oburzenie.. a. została ogólnie dobrze odebrana, niektórzy nawet odnieśli wrażenie, że jakoś dobrze z a. żyję - ja. co nie jest prawdą. a widziałam, poza uczelnią, tylko przy jednej okazji i był to pewien festiwal, powiedzmy, kulturalny.. raz jeden, w ciemnej sali, patrzyłyśmy przez zadymione powietrze na ekran, na którym pary kobiece oddawały się mniej, niż mogłoby się wydawać, skomplikowanej ars amandi.. nie siedziałyśmy nawet obok siebie.. niemniej a. powitała mnie radosnym okrzykiem - ach, to ty! i ty tutaj - pracujesz! i tylko dwa razy wysłała na szczęście zawoalowaną aluzję do posiadanej przez się wiedzy - w realiach kurnika, skąd inąd, tajemnej.. ale to był tamtem weekend. i minął cały tydzień. kurnik jak stał na głowie - tak stoi. czasem robi dodatkowo fikołki.. może uda mi się w środę do kina, wreszcie, przy trzecim chyba podejściu, pojechać..

zostałam, między innymi - ja, obarczona zaszczytnym obowiązkiem przygotowania imprezy wigilijnej. jak tłumaczyła mi już wielokrotnie v. - de facto wszyscy są zaangażowani w równi, czyli że każdy jest urobiony po łokcie i często nie wie, w co wsadzić ręce.. brązowe oczy ciągle zmienia koncepcję - a to że tu, a to że tam, a to że gotujemy sami, a to znowu, że jednak zamawiamy.. nie, to nie ona, to xyz w całej swojej okazałości.. brązowe oczy, którą lada moment przechrzczę w ogóle na "wisienkę na torcie" ^.^ spełnia mniej więcej taką funkcję - dekoracyjną.. nie powiem, źle się z niej nie wywiązuje.. niestety de facto, powinna też, przynajmniej trochę, nami pozarządzać. ta jej aktywność przejawia się jednak sporadycznym wytknięciem czegoś palcem i huknięciem - co z tego, że potwornie efekownym? nie wie do końca, czy chce się z nami spoufalać, czy jednak być tą panią siejącą postrach wzbudzającą respekt z oddali swojego gabinetu.. przedwczoraj na przykład przyszła i oznajmiła, że jej podpadłam - nie wysyłając jej pewnego mmsa.. dotyczył on, no dobra, to już opowiem - porodu o., z którą nie jestem bynajmniej spokrewniona.. ale już z jej dzieckiem - owszem. cały kurnik ma mnie więc za wyrodną ciocię, bo nie chodzę codziennie do szpitala i nie donoszę najświeższych wiadomości z dzidziusiowego frontu na bieżąco.. bo im się one należą, rozumiecie, najbardziej na świecie.. no jeszcze brązowym oczom to nawet tak.. razem z o. i v. niejedno wiadro soli tam skonsumowały, a może to zupełnie nietrafiona analogia jest, wszystko jedno. dziś pociągnęłam v. trochę za język. v. jest taką uroczą gadułą gdy ją odpowiednio podejść. więc v. dostała ode mnie zdjęcie bobasa, gdy tylko ja je otrzymałam, co i tak było rażącym naruszeniem jego prywatności, ale wyszłam z założenia, że skoro v. trzyma sztamę z brązowymi (bo w zasadzie nawet rozważałam możliwość przesłania kopii i jej), to i tak jej pokaże. co też skwapliwie poczyniła. jej i całej reszcie kurnika. czego powinnam się była spodziewać. więc tylko umiarkowanie byłam zirytowana, gdy ciocia dobra rada powitała mnie okrzykiem - ja też widziałam b!

tak czy siak.. o czym to ja? umieram z przemęczenia.. a przyszły tydzień.. byle do piątku..

acha.. m. na zwolnieniu, z niejasnych przyczyn, które wegług v. powinnam znać od podszewki. bo, pozwolę sobie zacytować, "myślałam, że utrzymujecie kontakt".. więc chyba wywiad v. w postaci bliskiej dosyć relacji z o. zawiódł, ku mojej ogromnej uciesze, na całej linii.. a może to o. trzymana jest w ciemnościach przez swojego męża? a przy okazji sama jest ociemniała. albo to wyparcie - popularna w całej rodzinie metoda radzenia sobie z niechcianymi informacjami.. tyle że w o. nie płynie (już) nasza krew.. z resztą, czort wi.. przodków mamy z jednego regionu.. ot i taka dygresja mi wyszła, na zakończenie.. więc m. na zwolnieniu, nie wiem do kiedy, tymczasem w poniedziałek szykuje się mała awantura.. może nie awantura, może nie bunt (o którego wzniecanie zostałam z resztą, bardzo krzywdząco, posądzona), ale jakieś niepokoje z pewnością.. w ogóle.. przyszły tydzień? muszę wziąć do ręki kalendarz i rozpisać go sobie na dni, bo coś mi się zdaje, że jest już zapełniony od deski do deski a ja nie pamiętam za cholerę - czym?

Dodaj komentarz

nie jest tajemnicą i nie od dziś, że ze śmiercią nie radzę sobie w zasadzie wcale, nie lubię cmentarzy, nie chadzam na nie, jeśli nie muszę, swojej śmierci się boję, że będzie w płomieniach.. śmierć bliskich jawi mi się jako okrutna jakaś abstrakcja, śmierć bliskich jest dla mnie absolutnym tabu. emocjonalnie, na śmierć kogoś z rodziny, reaguję dwubiegunowo - albo emocji nie wiążę z tym wydarzeniem żadnych, albo wpadam w histerię.. nic pośredniego. z jednego stanu, bezpośrednio, bez przystanków w międzyczasie, przechodzę w drugi. i z powrotem.. nie lubię, nie potrafię lubić, o śmierci myślenia - bo w ten sposób jeszcze bardziej osadzam ją w rzeczywistości. śmierć jest - naturalnym końcem życia. tyle wiem i tyle jestem w stanie zaakceptować. myślenie o niej sprawia, że jest jeszcze trochę bardziej - a po co komu jeszcze więcej śmierci? i nie piszę o tym tylko dlatego, że właśnie kończy się październik, markując tym swoim kończeniem początek sezonu zniczowego.. nomen omen w tym roku sezon ze zniczami został zepchnięty do lamusa - wystawy sklepów już życzą wszystkim wesołych świąt bożego narodzenia, supermarkety już zaczęły bombkową ofensywę.. piszę tak, bo jutro pogrzeb babci.. i tutaj już zaczynam dławić się łzami..

1 komentarz

kawę wypijam zrobioną w ekspresie. nie chce mi się dzisiaj pisać pamiętnika. ten padający deszcz nastraja mnie jakoś tak beznadziejnie. próbuję unikać świata. odwiedzam gośkę i dzidziusia i marcina, nie wiem, czemu w tej kolejności. w sklepie robię zakupy za złotych trzydzieści. specyfik w puszce do włosów, papier do kibla, waciki.. smak tęczy. akcent nostalgiczny. w kurniku trochę normalizacji. w zasadzie nie ma o czym pisać. z powodzeniem udało mi się prawie wszystkich uniknąć. walę głową w wirtualny mur bardzo upierdliwej skazy swego charakteru - ale to trochę później. chcę się schować.. łapię fazę, którą chyba lidka ostatnio nazwała - wsobną.. pomału zawalam.. rozważam załamanie nerwowe jako całkiem sensowne wyjście z sytuacji.. witaj z powrotem, jesienna depresjo.. jutro poszukam tego sklepu, co sprzedaje bomby witaminowe..

ps. jogger uparcie odrzuca ten wpis.. to jakiś znak?

Dodaj komentarz

sobotni obowiązek - odbębniony. przy okazji uraczyłam się jednym, chyba dosyć celnym, strzałem prosto w pięty cioci dobra rada.. nie będzie mi tu próchno od chłopczyc wymyślać.. z resztą, pal sześć, ja nawet mogę być chłopczycą.. tylko nie taką, jak ona chce.. więc odszczeknęłam jej raz, a chyba - dobrze. i przez resztę dnia już do mnie nie podchodziła.. poza tym - mroźno dosyć, pustawo, na szczęście obyło się bez deszczu, ale za to, w wyniku ogólnego wyczerpania zasobów entuzjazmu wśród wszystkich zgromadzonych i z błogosławieństwem brązowych oczu - ferajna opuściła posterunek niecałą minutę po zakończeniu obowiązkowego punktu programu.. zimno było - mówiłam już, że było zimno? v. z watą w uchu, wszyscy szczękali zębami, no nie było sensu dłużej siedzieć.. więc wszyscy rozeszli się w swoje strony - żeby tradycji stało się za dość, ja musiałam oczywiście wybrać stronę doskonale przeciwną od tej, w którą podążyła cała reszta. ciągle nieznacznie zachodzę w głowę, ile właściwie wie k. i ile wie o. i ile, w związku z tym, wiedzą pozostali i kto konkretnie to są ci pozostali, i im dłużej o tym myślę, tym bardziej w głowie mi się - kręci. m. ciągle pamięta naszą rozmowę o ciastkach - m. poświęca zdecydowanie za dużo uwagi zdecydowanie nieistotnym elementom naszych rozmów.. muszę, po prostu, przestać z nią rozmawiać na tematy niezwiązane z pracą.. pozwolić jej wytworzyć sobie jakąś wizję mnie i nie weryfikować jej - nigdy. w przeciwnym przypadku.. może z. ma rację i przeciwny przypadek będzie musiał oznaczać ni mniej ni więcej, niż postawienie ich wszystkich przed potrzebą podjęcia pewnej decyzji - decyzji, nie czarujmy się, dla mnie raczej niekorzystnej. no i teraz jest ta druga strona medalu - no bo czy ja chcę pracować w tym środowisku i z tymi ludźmi, w głębi duszy przecież dobrymi, ale w obliczu tej jednej, jedynej kwestii, tak naprawdę - bezwartościowymi? już sam fakt, że tak się męczę - ciągłym rozmyślaniem, wpadaniem w panikę na każdym kroku, znaczy, że nie jest to sytuacja komfortu psychicznego.. więc albo przestanę o tym myśleć całkiem i pozwolę rzeczom dziać się, biec ich własnym torem, czekając na zderzenie z nieuniknionym, ale nie przyspieszając go.. albo pójdę na ideologiczne noże z całym kurnikiem i systemem, w którym jest osadzony.. och, wybory, och, dylematy..

w ramach propagandy, ale takiej mocno zawoalowanej, sprowadziłam ze stolicy i wmieszałam w tłum - z.

Dodaj komentarz

no to może rzeczywiście czas zacząć pisać pamiętnik - taki z prawdziwego zdarzenia? no i może joggerek, który mam już od pięciu lat, jest właśnie idealnym miejscem startu? ostatecznie, moje życie nie zaczyna się w tej chwili i to, co było do tej pory, no było i nie ma co udawać czego innego, zaczynając w nowym miejscu. więc tu właśnie, na fundamencie całego, zaszyfrowanego mniej lub bardziej chaosu minionych pięciu lat - kolejna metamorfoza. jagniołowy pamiętnik czas zainicjować :)

ten wątek będzie nosił nazwę "z życia", i tego właśnie dotyczyć będzie. bo gdzieś poza lub gdzieś pomiędzy wszelkimi bocznymi torami, którymi dojeżdżam do rozmaitych miejsc pracy i pobytu (oraz tej szatańskiej domeny, którą są księgarnie świadczące usługi za pośrednictwem internetu), toczy się - właśnie ono. moje życie. cokolwiek zaniedbane ostatnimi czasy..

najbardziej zaniedbana ma pełne prawo czuć się moja ukochana - zuzia.. koniec z inicjałami. przynajmniej w tym wątku. przynajmniej w stosunku do zuzki. przypuszczalnie mojej przyszłej - małżonki? hihi, jak to brzmi.. niedorzecznie, kompletnie niedorzecznie, zwłaszcza w kontekście tego kraju i zamieszkującego go narodu.. więc może - partnerki? bratniej duszy? kochanki? póki co, wszystko się zgadza.. już niebawem - współlokatorki :) to niebawem, no tak, flirtuje bezwstydnie z naszym przeznaczeniem, robiąc dwa kroki w kierunku ziszczenia się, i nieubłagany jeden w tył.. kusi, zwodzi, nęci, mruga okiem.. mi brakuje cywilnej odwagi, żeby się wynieść z domu w obliczu - babcinego stanu zdrowia, rozgrzebanego remontem mieszkania, jutrzejszego porodu gośki.. i pozostaje jeszcze ciągle niepoprawiona praca dyplomowa, którą wypadałoby - no właśnie, poprawić. oprawić. oddać. obronić. i mieć z głowy.. a w perspektywie - remont mieszkania zuzki, ostateczny coming out w rodzinie, niewykluczone, że też w co najmniej jednej pracy.. czy to takie dziwne, że wyhodowałam sobie jakiś rodzaj nerwicy i notorycznie wpadam w histerię?

z tego wszystkiego - nawalam towarzysko i nie tylko. obiecałam dziś kino - zuzi, i grecie i wreszcie - sobie. ale zawiodłam, najbardziej chyba zuzkę. nie pierwszy raz i, kochanie - nie ostatni. jestem notorycznym nawalaczem. (o - nawalacz jest faktycznym, słownikowym, słowem? czego to się człowiek może dowiedzieć przypadkiem) o - chyba czas na samokrytykę. nawalaczka (ha, nawalaczka nie jest słowem!), histeryczka, panikara, znerwicowana, nieodpowiedzialna, niefrasobliwa, niesłowna i nie wiem już.. może starczy na razie. to i tak sporo - do poprawy. chwilowo święcę jeden, skromny tryumf - trzy miesiące bez papierosów. trzy miesiące to dobry początek na dobrej drodze, no nie? to teraz się trochę tym pocieszę.. adieu..

Dodaj komentarz

od czego zacząć? może od tego, że mam drugą, po cioci dobra rada, ksywę dla jednej z powtarzających się w rozmaitym natężeniu literek pracujących, wraz ze mną, w kurniku.. brązowe oczy - ktoś chce zgadywać, o kogo chodzi? brązowe oczy kompletnie znudził już mój widok i przestała chcieć mnie, no cóż, na oczy oglądać. dobrze, mi to nawet na rękę. tylko co ja zrobię, co ja poradzę - przecież nie szukam pretekstów, żeby ją odwiedzać - one same mnie znajdują.. najpierw ta sprawa z o., nie, najpierw h. mnie o coś tam męczy i zagaduje, potem ta sprawa z o., nie, jeszcze inaczej. najpierw chcą, żeby im powiedzieć, czego mi potrzeba, potem same mi mówią, czego mi potrzeba, potem ja marnuję wzrok i czas i zaczynam pielgrzymować.. trochę tego jest i sorry - nie da się za jednym razem.. jeszcze coś tam wisi, jeszcze w co najmniej dwóch sprawach będę odwiedzać c. i to jest nieuniknione - brązowe oczy też. ostatecznie, to jej oczy świecą przed tymi na samej górze, a struktura szefów szefów zdaje się być dosyć rozbudowana jak na jedno małe - koło.. ale nie znam się na administracji - ot, jeden z wielu paradoksów w moim życiu. więc najpierw całe to pielgrzymowanie, potem h. i jej konszachty na mieście, na koniec ta sprawa z o., która co prawda nie jest nawet moją sprawą.. ale chciałam upewnić się, że zostanie doprowadzona do końca. teraz zajął się nią m., tak jak bozia przykazała, i ja już się więcej nie interesuję. i tak interesowałam się za bardzo. niepotrzebnie. niepotrzebnie. niepotrzebnie. no niestety, jak poczuję się odpowiedzialna, to na zabój. koniki oddałam w obce ręce z niejaką ulgą ale też i cieniem trwogi, złowieszczo wiszącym mi nad serduchem. lubię mieć rzeczy robione po swojemu. ktoś inny - zrobi to w inny sposób. i ja się boję, że źle.. nie, nie nadaję się do pracy w zespole.. solo - to co innego. wolnym strzelcem powinnam zostać, zaszyć się w jakiejś pustelni, nie odpowiadać przed nikim i za nic.. amen.

k. zaczyna się buntować. że już nie chce być tą złą, która notorycznie wszystkich bierze pod włos. nie wiem, czy jej się uda, mam wrażenie - że to trochę leży w jej naturze, a warunki panujące w kurniku tylko sprzyjają uwydatnianiu tej jej konkretnej cechy. lubię k. chociaż k. zaczyna się coraz bardziej niecierpliwić w obliczu mojej niewymuszonej pierdołatowości. nie wymuszam jej, jestem, to znaczy potrafię być pierdołą do kwadratu - kompletnie się nie starając. na przykład w kontaktach z ludźmi jestem pierdołą.. k. dzisiaj zwątpiła. ja też i doprowadziłam do zwątpienia nawet m. k. jutro nie ma i idę o zakład, że będzie to dzień, w którym zostanę skonfrontowana w sprawie mundurków. chociaż mogę się mylić. m. zaczyna być coraz częściej angażowany w różne inicjatywy brązowych oczu - na zdrowie! ja mam swój szubrawy plan w sprawie obowiązkowego umundurowania. plan o kryptonimie "niespieralna plama". mogę mieć mundurek i jest mi idealnie obojętne, w jakim kształcie i kolorze, bo zwyczajnie nie zamierzam go nosić. mundurek, czego z resztą nie omieszkałam oznajmić k., przestał być dla mnie problemem jakiś czas temu i w zasadzie mniej więcej w tym samym momencie zniknęła z mojej głowy w ogóle jego idea. mundurku nie ma, jest tylko matrix..

mówiłam już o poczuciu humoru, którym tryska m.? to nawet fajnie, że je ma. trochę się z nim jeszcze nie oswoiłam, ale rozbraja mnie czasem i to dobrze. to znaczy że nie odbieramy na całkiem odmiennych falach i jest git. dosyć.

dzisiejszą propagandę dozowałam wszystkim, którzy akurat znaleźli się w zasięgu dźwięku płynącego z głośnika mojego telefonu - kanadyjskie bliźniaczki zrobiły wrażenie szczególnie na m., która z resztą poprosiła, żebym zrzuciła je na komputer. khe khe, zapowiada się dłuższa przygoda bliźniaczek w kurniku? pożyjemy, zobaczymy. zwłaszcza, że już zaplanowałam, że nagram piracką płytę i będę ją przemycała codziennie rano do sprzętu grającego..

tymczasem brązowe oczy zagroziła w którymś momencie, że jednak ześle mnie pod koniec września na mazury. z jej poczuciem humoru też jest mi się ciągle ciężko oswoić. zaczynam podejrzewać samą siebie o jego brak.. jak się nad tym zastanowić, nie zawsze też łapię żarty, które produkuje j.

natomiast najbliższa sobota zapowiada się deszczowo i barbarzyńsko wręcz monotonnie. w głębi duszy chcę wierzyć, że brązowe oczy w głębi swojej duszy sprzeciwia się całemu temu przedsięwzięciu ale nie ma za bardzo wyjścia i musi forsować jego wykonanie - cała obsada kurnika jest solidarnie zbulwersowana. cztery chętne dusze, czternaścioro niezadowolonych pod przymusem, jeden autokar, jeden festyn ludowy.. ktoś się dziwi, że na pokładzie panuje atmosfera kumulująca się w jakąś formę buntu?

Dodaj komentarz

k. mówi, że wtedy w piątek nie wydarzyło się nic. i to absolutnie nic. co by usprawiedliwiało ich obecność na spendzie. i że mi się kosmicznie upiekło. kosmicznie - w rzeczy samej, czułam się podróżując pomiędzy światami tego dnia.. tutaj, tam, potem tam, i z powrotem.. kiedy ja gramoliłam się resztką sił do burakowozu, oni właśnie kończyli się gromadzić.. k. obarczyła mnie też winą za zamieszanie z planami, więc jej wytłumaczyłam, że to nie ja zrobiłam panikę, tylko a. a może i ja, ale ona nie musi tego wiedzieć. bo faktycznie usposobienie mam dosyć histeryczne. więc może jakaś mini mini panika rzeczywiście mogła mi się wymsknąć - każdemu się zdarza! poza tym wyjaśniłyśmy sobie nawzajem, że żadna z nas nie sugerowała a. - a. pozostaje więc niezmiernie nurtujące pytanie - skąd w takim razie a. wyczarowała - a.? no ale właśnie, k. tym pytaniem o a. potwierdziła jej wkroczenie na scenę.. na razie tylko w weekendy, więc jest szansa, że nasze drogi fizycznie się nie przetną i uniknę chociaż te trochę zakłopotania, w które, jak znam życie i samą siebie - niewątpliwie wprawiłoby mnie spotkanie a. gdzieś na terenie kurnika.. no pozostaje ciągle kwestia niezaprzeczalnej obecności mojej podobizny, wraz z wyjaśniającym wszelkie wątpliwości wizualne podpisem, na tablicy informacyjnej.. pozostaje mi łudzić się, że jej performance odbywać się będzie na jakimś neutralnym gruncie - och, święta naiwności.. w zasadzie, nie wiem, może nie powinnam się tym aż tak stresować? ostatecznie, a. wcale nie musi mnie wyautować w pierwszej sekundzie po ujrzeniu mnie czy to na żywo czy na fotografii.. ostatecznie, chyba jest na tyle inteligentną osobą, żeby wiedzieć, jakie niezdrowe i zupełnie niepotrzebne emocje jest w ludziach w stanie wywołać jeden element mojego PRYWATNEGO życia.. bo jak się okazuje, dla ludzi generalnie ta sfera w ogóle nie należy do świętości - na ziemię w tym temacie ciągle sprowadza mnie wspomnienie incydentu z inauguracji roku - tej kuriozalnej celebracji zamążpójścia i. kuriozalnej - bo i. jest członkiem personelu.. i skoro personel można oficjalnie i na oczach ogółu gloryfikować, można mu też urządzić oficjalne spalenie na stosie - w wyniku regularnego witchhuntu, w którego prawdopodobieństwo już, za zasługą z. doszczętnie uwierzyłam.. bo ostatecznie - nie ma się co czarować. to jest tylko prowincjonalne małe miasto, z prowincjonalną mentalnością małych ludzi - co z resztą nie znaczy wcale, że w wielkich miastach tego kraju jest inaczej.. ech, czy kiedykolwiek będę mogła przestać a nawet w ogóle nie zaczynać myśleć o tym, że w polsce nie wszystko i nie wszystkim jeszcze wolno?

Dodaj komentarz

zawiesiłam się.. coś między histerią, katatonią, paraliżującą paniką.. i odwiesić się nie mogę.. kto mi powie, gdzie mam guziczek reset?

1 komentarz

tu remont, tam remont, kto wymyślił lato?? po co komu te remonty, po co to odnawianie, prostowanie, malowanie, wymiany podłóg i innych elementów wystroju wnętrz? po co komu te wnętrza takie dogłaskane, piękne, cacy.. po co zwłaszcza, że po drodze tyle kurzu, tyle niewygody, tyle zamiatania, ścierania, wynoszenia, pakowania, przesuwania, rozkręcania.. po co komu szwagier, jeśli nawet nie można mu pozrzędzić na ten i inne tematy, tak za uchem, tak dla zaspokojenia tego wewnętrznego, sfrustrowanego całą tą sytuacją, i na dodatek jeszcze tamtą i chyba setką wątków pobocznych na doczepkę, małego, złego na świat i jego odwieczne fundamenty sceptyka?

1 komentarz

nie wiem czemu, ale tak właśnie się czuję..

Dodaj komentarz

nieprawda, wcale nie o pawiach. no, może trochę. to, że po łazienkach chodzą pawie, to wiemy, tak? że wrzeszczą, wiemy. no i git. wszystko jasne. i to tyle, jesli chodzi o pawie. ja w zasadzie w innej sprawie. ja z petycją - że nie chcę, że mam dosyć, że przesyt czuję tym wielkim bratem, który zawładnął moim życiem zawodowym w ostatnich miesiącach. bo gdzie się nie obejrzę: intrygi, plotki, szepty, wielkie oczy, zaciśnięte usta.. ocipieć można. z. ma absolutną rację, kiedy mówi, że nie jestem dziewczynką. ja się do tego nie nadaję. no i jeszcze te nagabywania o choćby skrawki, marne zrzynki prywatnego.. a mnie coś skręca i ściska od środka (dzisiaj to nawet dosłownie, że bez interwencji farmakologicznej się nie dało), bo co mnie kurwa obchodzi jej facet, ich wspólnota, ich księża, ich plany na przyszłość, i tak dalej.. skoro nie pytam - czy ja proszę o zbyt wiele - to chyba można przyjąć takie nieśmiałe, lecz jakże niedalekie prawdzie zalożenie, że guzik, GUZIK mnie to kurwa obchodzi!!! dobra, okresu to może jeszcze nie mam, ale w kościach czuję, że to już ten czas.. a może jednak to z niewyspania?

po parku spacerując, opowiadamy sobie z p. i h. o żółtych ptakach, poutykanych w dziuplach po 15, z dziobami to krótkimi i wąskimi, to szerokimi i płaskimi, z oczami na zmianę czarnymi i żółtymi i o tym, co jedzą na śniadanie, obiad i kolację.. to też trochę z niewyspania.. a kiedy pytam, jakie to one mają brzuchy i czy może przypadkiem białe, p. bez skrępowania pokazuje mi parę spacerowiczów w wieku conajmniej dojrzałym, z wydatnie zaokrąglonymi ku przodowi tułowiami, na których fałdy ubrania układają się w taki fortunny sposób, że jaśniejsze ich fragmenty bezbłędnie podkreślają każdą krągłość. nie mogę powstrzymać śmiechu, zwłaszcze, że spacerowicze stoją pół metra od nas i doskonale wszystko słyszą..

2 komentarze

na noc zajadam się jabłkiem. przedtem pochłaniam kiwi. a jeszcze wcześniej - banana. nosiłam się przelotnie z zamiarem skonsumowania pomarańczy. albo mandarynki. ale nie wyglądały obiecująco, wyglądały na przedwcześnie dojrzałe. albo tak, jakby nigdy nie były dojrzałe, chociaż już się psuły. do niedawna żyłam przekonaniem, że najadanie się przed snem powoduje przykre sny. dwie noce z rzędu na czczo.. dwa męczące, wyczerpujące sny później i wiem już, że jestem stanowczo zbyt przesądna..

już kiedyś udało mi się witaminami przepędzić depresję. na nerwicę dostałam jakieś tabletki, ale przestałam je brać. zuzia mówi, że to tylko stres..

Dodaj komentarz

za oknem niebo już całkiem zainfekowało przemarzniętą prawie do zera ziemię.. świat bieleje. zgodnie z wczorajszym życzeniem - żeby przestał padać deszcz. żeby było zimniej, żeby spadł śnieg. czary mary..

Dodaj komentarz

wczoraj ubzdurałam sobie coś - przerażającego, na pierwszy rzut oka. o własnym zdrowiu. i stąd nowa kategoria, bo czasem i mnie dopada demon powszechnej w polsce hipochondrii. to kołatanie serca. przerażające tym bardziej, kiedy zdałam sobie sprawę, że pojawiło się jakoś w związku z którymś kolejnym przeziębieniem. nie wszystkie przeziębienia jestem w stanie wyleżeć należycie. no i to kołatanie serca. to dziwne uczucie, jakby mi się klatka piersiowa zapadała od środka. ciśnienie w zasadzie w normie. tylko tętno nieregularne.. tym razem nie obejdzie się bez wizyty u lekarza - hipochondria czy nie. należy mi się z enefzetu - dla ukojenia spanikowanych nerwów: wizyta. tylko kiedy? no kiedy? może jutro rano?

Dodaj komentarz

jest samo południe. świat za oknem chyba nie wie co to znaczy.. jest tak szaro i ciemno. dosłownie czuję jak życie we mnie gnije z powodu niedoboru energii słonecznej. z nadmiaru wilgoci. z uogólnionej stęchlizny atmosferycznej..

1 komentarz

stopy mnie bolą, podeszwowo. to przez niewygodne buty. bynajmniej nie nowe. buty sprzed lat, oo, może trzech? może dwóch? raczej trzech.. różowe. z podeszwą zdartą szczególnie przy zewnętrznej krawędzi, co bardzo przejrzyście wskazuje na pewną ułomność anatomiczną w mej budowie, mianowicie chodzi o nieznaczną (w moim mniemaniu) szpotawość kolan. szpotawość to jest to, co mają m.in. piłkarze - ot, takie nogi, jak to się potocznie ujmuje, na beczce prostowane.. co jest, jak sobie teraz o tym myślę, chyba oksymoronem? bo i jak prostować na beczce? ale mniejsza o to, mój bol stóp, ten podeszwowy, jest rozlokowany proporcjonalnie po całej owych stóp powierzchni, przynajmniej na jej całość rozlewa się w sposób pulsujący.. auć..

1 komentarz

przez blisko pół godziny modliłam się do półki z herbatkami ekologicznymi. w końcu zdecydowałam się na zakup mieszanki o dźwięcznej nazwie 'bomba witaminowa'.. może to wszystko to przez brak witamin? teraz popijam kawę swoją mieszanką wybuchową :P

2 komentarze

jebać system i to tyle w temacie mojego niedawnego konfliktu z prawem.. no, może jeszcze: życzę ziobrze opryszczki na fiucie.. howgh..


w ogóle to nieprawda, że zakupy poprawiają humor.


no i jeszcze, że zrobiło się zimno a do zimy jeszcze trochę a mój przewidujący organizm zaczął robić sobie zapasy (tłuszczu) na zimę jakoś w połowie lipca - to zwiastun zimy wszystkich zim..

Dodaj komentarz

było słońce ale już nie ma.. prawie wlazłam w ogromną pajęczynę na podwórku, kiedy parkowałam rower pod domem.. może spod okna nie ukradną..

Dodaj komentarz

nie wiem, nie chcę. mam to serdecznie w nosie. big fuckin' deal. a w ogóle to rzeczywiście. siki siki siki. nie ma dziwnych zbiegów okoliczności. cheers.

Dodaj komentarz

Archiwum

Kategorie

Linki

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht