one.. a, jakoś tak mi się wcześniej zapomniało.. ale one, pół godziny przed końcem, zgromadziły się przed ekranem monitora i i. pokazywała im swój weselny film.. czy.. bo ja tam nie siedziałam bo wydawało mi się, że prędzej puszczę pawia, niż wytrzymam trzy sekundy seansu.. poza tym mam po uszy zaległości.. zaległości - to moja specjalność! czy to znaczy, że ukonstytuowałam się w kurniku już jako jednostka tradycyjnie aspołeczna? czy to znaczy, że zostawią mnie w świętym spokoju? zakładając, całkiem słusznie, że jestem osobą w gruncie rzeczy mało sympatyczną, którą mało obchodzą sprawy innych, w szczególności i to szczególnej - ich? czasem się zdobywam na jakieś pytanie, takie drążące, ocierające się o prywatność, chyba, ale szybko sama żałuję swojego szalonego pomysłu.. tracę skupienie i po minucie, czasem prędzej, przestaję słuchać, trochę się uśmiecham, kiwam głową, nie wiem, co powiedzieć, kiedy oczekiwana jest jakaś wypowiedź ciągnąca temat dalej.. nie mówię o sobie, jeśli tylko mogę mówienia uniknąć i to nie tylko z najbardziej oczywistej przyczyny.. po prostu - co ich to ma obchodzić? dobra, czasem wymsknie mi się jakiś strzępek informacji - tego żałuję jeszcze szybciej, bo te sępy rozszarpują ten, i tak już strzępek, jeszcze bardziej na strzępy i domagają się więcej, więcej, więcej.. wtedy, dla odmiany, przestaję się uśmiechać, tak szybko jak to możliwe schodzę na temat neutralny albo po prostu - uciekam. fizycznie. opuszczam pomieszczenie, w którym doszło do rażącego przekroczenia granic dopuszczalnego ujawnienia.. ale to są baby. prawie same baby. i one nic tylko - ple ple ple.. i w przerwach między jednym ple i drugim ple i trzecim ple, robią jeszcze trochę więcej ple.. m. ma z górki, bo od niego, jako faceta, nikt nie wymaga paplania.. może się zamknąć sam gdzieś i jest git, nikt mu gitary nie zawraca.. na szczęście młoda (bo m. jest chyba z nas najmłodsza w tej chwili), przestała wypytywać o mojego chłopaka.. rzygać mi się chce - młoda jest miłą dziewczyną, ale jej wizja świata wydaje mi się ciut zbyt infantylną jak na jej wiek.. kiedy ostatnio zaproponowała, żebyśmy (nie tylko my we dwie, raczej tak zbiorowo) rozmawiały o facetach, powiedziałam, że się wyłamuję i mogę co najwyżej rozmawiać o swoim przyszłym psie.. uff, przeszło bez echa.. w każdym razie - bez takiego głośnego.. uff, wiecie, w sensie, że nie było dodatkowych pytań.. chyba już załapała, że ich nie lubię i że i tak nie powiem jej więcej, niż chcę i że wcale niekoniecznie chcę mówić cokolwiek.. taka jest, w każdym razie, moja naiwna wersja i będę się jej trzymać dopóki rzeczywistość nie okaże się, no tak, całkiem inna.. mi naprawdę nie przeszkadzałaby ich zbiorowa świadomość mojej orientacji, pod warunkiem, że nie musiałabym z tej okazji urządzać kampanii reklamowej.. i że nie zostałabym zasypana setką idiotycznych pytań.. jestem tym zorientowanym na siebie typem narcyza, który ma w nosie wszystkich dookoła i ich potrzebę zaspakajania głodu informacyjnego - nieustannie dręczy mnie to pytanie - co to kogo do cholery obchodzi?? co innego osoby pozytywnie zweryfikowane.. tym mogę powiedzieć czasem nawet więcej, niż miałyby ochotę lub potrzebę usłyszeć, ale to całkiem inna historia.. bo tak w ogóle, wydaje mi się, że trochę zboczyłam z tematu..
tak, widok kilku dorosłych bab, z minami błogiego zachwytu oglądających spektakl według jednego z najbardziej oklepanych życiowych scenariuszy, sprawił, że poczułam się niebotycznie wdzięczna bogu za swoją, nie mieszczącą się w zakresie wąsko pojętej normy, orientację. jak dobrze nie być hetero w tym heteronormatywnym świecie.. jak dobrze, że istnieją takie strony 
ot, ciekawostka 
empik już od dobrych dwóch tygodni próbuje się wyślizgać ze sprowadzenia na polski ląd komiksu o lesbijce (prywatnym detektywie?), który rzekomo miał na stanie niewiele ponad miesiąc temu, kiedym go zamawiała, razem z trzema książkami ulki. tak se ją pieszczotliwie nazywam, ostatecznie po mału zaczynam ją utrzymywać - tyle już kasy włożyłam jej do kieszeni za pośrednictwem empiku.. dobra, zapewne z tych złotówek, które zostawiam u nich w kasie, to ona niewiele zobaczy.. nie wiem jak to działa, ale ostatecznie cokolwiek jej się musi opłacać, skoro tyle tego nawypisywała.. arrr, trochę się zapętliłam, ale to dlatego, że już dochodzi osiemnasta, jest piątek, a ja ciągle pracuję..
a. nosi na kciuku obrączkę. nie wiem co to oznacza, jeśli cokolwiek, bo na ten przykład ja - nie noszę obrączek wcale. jeśli kiedyś dam się zaobrączkować, będzie to wynikiem wytrwałych starań z., ale wtedy też raczej nie dam sobie zaobrączkować kciuka.. a. nosi na kciuku obrączkę i to może świadczyć o absolutnie - niczym. ja z reguły staram się nie przypisywać obrączce na kciuku jakichś szczególnie magicznych właściwości symbolicznych. tak wiele dziewcząt nosi dzisiaj obrączki właśnie na kciukach - nie wszystkie z premedytacją.. ale obrączka na kciuku a. wywołuje u mnie w duchu nostalgiczny uśmiech.. a. jest jedną z pierwszych moich dziecinnych miłości - nawet jeśli wówczas nieuświadomionych.. teraz spotykam czasem a. pomiędzy tutejszymi piętrami. dzisiaj nawet zawędrowała na to moje - czwarte.. i zaświeciła do mnie tą obrączką na kciuku i mrugnęła okiem..
w łebie, tego lata.. nad morzem, bo ja wiem? po.. yy.. pięciu latach? ostatnio, może przedostatnio, może nie do końca pamiętam, co było wcześniej, w każdym razie w sopocie byłam, kiedy heineken bodaj pierwszy dział się był w gdyni, i w sopocie byłam, kiedy bjork.. i peaches.. i sikaliśmy wtedy na skwerku gdzieś prawie blisko centrum, a z pewnością pośród przechadzających się stadnie ludzi, bo nigdzie nie było toalety, ot, taka ta polska cywilizacja.. ale to było, uhh, dawno.. kto by liczył? szlag by tę melancholię, szlag perłowy!
w łebie, w tym roku. walizka z kółeczkami przystosowana zdecydowanie do perfekcyjnie horyzontalnych przestrzeni, jakie znaleźć można na lotniskach relacji raczej międzynarodowych.. i ja po tej łebie, brukowanej nierówno, pełnej wyboistych chodników nieprzychylnych matkom z dziećmi i niepełnosprawnym, co dopiero walizeczkom niekoniecznie turystycznym.. pierwszego dnia, niedługo po świcie, czytałam książkę na ławce w parku, z nogami wspartymi o rzeczony bagaż, podczas gdy z. odsypiała.. podróż autobusem nocnym, która okazała się o tyle błędem, że chcąc zaoszczędzić dzień w podróży, straciłyśmy go jednak trochę w pościeli, kiedy się już do niej mogłyśmy zameldować i doczłapać na drugie piętro.. w międzyczasie pan hydraulik, jak z bardzo, bardzo, bardzo, niewiarygodnie obleśnego filmu określonej (że pozwolę sobie użyć ulubionego sformułowania pewnych bliźniaków) kategorii, wdarł nam się do pokoju prawie nie pukając, pod pretekstem, że przyszedł naprawiać kapiący prysznic. prysznic, rzeczywiście, kapał.. po jego interwencji w sposób bardziej zauważalny, niż przed.. a pani w recepcji, chcę wierzyć, że przez pomyłkę, podała błędne hasło do internetu.. z. napawała się tv trwam. w południe, w ramach kompletnego rozregulowania wspomnianą podróżą, wiedzione mistycznym niemalże magnetyzmem, jadłyśmy rybę (dorsza bałtyckiego), z frytkami, popijając kolą, w lokalu obsługiwanym przez conajmniej jedną bardzo ewidentną lesibjkę. bo trzeba rzec, że łeba cieszy się dosyć niechlubną reputacją miejsca, które w roku (kto by liczył, kto by pamiętał!) kampanii 'niech nas zobaczą' z hukiem wyrzuciła poza swoje bramy jednego ze swych synów, uwiecznionego na jednej z kampanijnych fotografii.. jechałyśmy tam więc niejako z sercami na ramieniu, tak to się chyba mówi, tak to napisałam i tak musi zostać.. plaże w tym czasie, a łeba ma ich oficjalnych i chronionych: trzy, pękały w szwach.. parawan przy parawanie, człowiek na człowieku, wszystko poprzetykane okazjonalnym psem.. drugi i trzeci dzień, czyli do momentu widocznej manifestacji uczulenia na słońce, plażowałyśmy w najlepsze, za wypożyczonym z recepcji parawanem, na przywiezionych ze stolicy kocu i prześcieradle. kąpiel w morzu, zaskakująco jak na moje o nim wyobrażenia - ciepłym - odbębniona. miejsce na plaży wysondowałyśmy uprzednio, znajdując odrobinę względnego odosobnienia na zachód od ujścia kanału i znajdującej się w tamtym rejonie plaży bodajże "b", którą upatrzyło sobie na lokalizację letnich imprez allegro.pl.. dni w zasadzie od trzeciego trochę mi się w pamięci zlewają, takie były błogo monotonne. pobudka, poranna dawka nerwów związanych z tym, że ja chciałam trochę wcześniej wychodzić, z. chciała trochę dłużej lenić się w pościeli, śniadanie, poprzedzone spacerem do sklepu w celu go nabycia, kawa, filtry przeciwsłoneczne.. plaża.. prysznic, masło kakaowe, obiad gdzieś na mieście, potem, z racji oszczędności, z torebki.. wieczorem z raz udało nam się złapać zachodzące słońce za jego ostatnie promienie, i owinąwszy je sobie wokół różnych wystających części ciała, popstrykałyśmy foty.. my i setki i tysiące kilka tuzinów innych urlopowiczów akurat obecnych w łebie.. kilka razy dotarłyśmy nawet na wieczorne atrakcje zapewniane przez allegro. jeden film raczej wątpliwej akcji, jeden występ jednej grupy z jednego wrocławia, cieszący się raczej wątpliwym zainteresowaniem żądnych rodzinnych rozrywek.. rodzin z dziećmi.. mi się tam podobało, chociaż siedziałyśmy akurat na podeście knajpy, w której, w ramach niekoniecznie zdrowo pojętej konkurencji, pięćdziesiąt metrów od wielkiej allegro-sceny, w najlepsze hulało okraszone piwem za pięć pięćdziesiąt karaoke.. jakaś pani dawała upust miłości, którą niewątpliwie daży kayah, a my zastanawiałyśmy się, czy w trakcie sobotniego koncertu tej ostatniej, będzie można na dwoje uszu posłuchać jej twórczości.. nie przekonałyśmy się jednak na własnej, poniekąd słońcem smagniętej, skórze, gdyż sobotni wieczór, po dniu pełnym wrażeń, spędziłyśmy chyba.. w łóżku? z., wybacz, jeśli mylę fakty. ale czterdziestopięciominutowy rejs statkiem po przybrzeżnych wodach i ta kusząca burzą aura i piwo u tych lesbijek i piwo przy rynku z panem maską i piwo jeszcze gdzieś a i obiad w knajpie u pirata i ostatni spacer plażą i pani nie-skacząca na bandżi, i historyczny obiekt z astronomicznymi cenami pobytu przy samiusieńkiej plaży i te pełne tandety stragany kompletnie mi tego dnia zawróciły w głowie.. a jakoś w okolicach czwartku odkryłyśmy też namiastkę plaży nudystów, namiastkę, bo znaleźć można było na niej jedynie, nie wysilając się szczególnie na szukanie, pięciu panów prężnie prezentujących swe wdzięki - wystających zza parawanów bądź przechadzających się nonszalancko po plaży.. pięciu, dosłownie, chyba codziennie tych samych. jeden nawet władał lornetką! trochę tylko, ale tak ciut ciut, żałuję, że nigdy nie dotarłyśmy do ruchomych wydm.. cała reszta, nawet przerywany kolejnymi stacjami kolejowymi powrót, była super. to bez wątpienia najlepsze wakacje w tym roku :*
tak się nazywa kolejna książka, która już niebawem będzie czekała na mnie aż przyjdę i ją odbiorę z empikowego salonu.. już więcej nie popełnię błędu zamawiania czegokolwiek dostarczanego kurierem. nie z empiku w każdym razie. bo przecież są cywilizowane firmy kurierskie, z którymi można się dogadać - jak z ludźmi. ups do tych firm nie należy. a jedyny minus jaki do tej pory w empiku zauważyłam jest współpraca z tą właśnie firmą. no dobrze, no to może jestem jeszcze ciągle rozgoryczona tą sytuacją - na ich szczęście książki już mam w swoim posiadaniu - i z całą pewnością moja ocena nie jest nawet w najmniejszym stopniu obiektywna. ale tak to już jest z pierwszym wrażeniem - zostawia trwały ślad w psychice, jest prawie niemożliwe do zweryfikowania. a w tym przypadku skutecznie zniechęciło mnie do podejmowania jakiejkolwiek współpracy z ups albo z firmą z nimi współpracującą..
to w tytule, to wg tych ludzi uśmiech agenta. oto, jakie 'pożyteczne' rzeczy robię, zamiast tego, co powinnam.. co w zasadzie powinnam mieć już dawno zrobione. e tam..
ale oto oto - czego to się człowiek nie dowiaduje kompletnie przypadkiem, surfując w necie w pewne ponure, czwartkowe popołudnie w grudniu - alice walker (to ta pani od koloru purpury, za który dostała pulitzera, który spilberg zaadaptował na film, w którym ślicznie zagrała whoopi goldberg, a teraz nawet jest taki musical na broadway'u - o ile broadway już przestał strajkować, obawiam się, że nie jestem na bieżąco) - wdech/wydech - że alice walker miała romans z tracy chapman.. hihi, czy to nie urocze? 
który uważa, że związek dwóch kobiet jest łatwym związkiem. że niby łatwiej jest się dogadać. że jest jakaś utopijna wspólna płaszczyzna emocjonalno-itelektualna, że to rzeczywistość jest bez nieporozumień, niedomówień i w ogóle - sielanka. no więc wyobraźcie sobie - gucio prawda. i tylko tyle w tym momencie jestem skłonna powiedzieć w miarę publicznie.
rita mae brown - sudden death
zamówiłam sobie prezent na gwiazdkę :) zamówiłam sobie w empiku, z tak zwanego importu, dwie pozycje literackie
a czemu na gwiazdkę? bo to towary są na zamówienie - nie wiem konkretnie jak działa ten system, ale generalnie data realizacji tegoż ambitnego zamówinia wypada jakoś na początku grudnia, plus czas dostawy książek do salonu, to tak sobie myślę, że akurat na gwiazdkę powinny dotrzeć. i wiesz co, sceptyku? (tak tak, sceptyk wrócił, ma się dobrze, nawet wyśmienicie) akurat sobie wczoraj rano myślałam: fajnie by było zamówić sobie te książki. trzymam je w schowku internetowej wersji empiku już od dobrego miesiąca, czekając, aż pojawi się przy nich choć cień potencjalnej dostępności (bo do tej pory zmieniali system i jeszcze nie oferowali niczego z importu). ale kurczaki pieczone, drogawe takie są, a tu się miesiąc kończy, z kasą krucho, wypłata w połowie listopada, inne wydatki na głowie (dosłownie: czapkę bym se kupiła, może jest jeszcze jakaś szansa dla mych schorowanych zatok?) no i w ogóle to mogliby mi jakiś rabacik podrzucić, jak to mają czasem w zwyczaju robić wśród wielu upierdliwych reklam w skrzynce tlenowej.. i co? i co widzę wczoraj wieczorem, przy okazji sprawdzania poczty? ha ha! jasnowidze jakieś, czy co? rabacik, trzask prask - niby piętnaście zeta przy tych zaporowych cenach w empiku to niewiele, ale sam rozumiesz, gdzie indziej ja w polsce zdobędę to albo to ?? w schowku czeka na mnie jeszcze cała kolekcja literackich zmagań z rzeczywistością tej pani .. ale to może już na jakieś inne święta? może na samą gwiazdkę przyślą rabacik ekstra? może powinnam sobie założyć jeszcze ze cztery konta na tlenie? bosz.. nienawidzę się za to owcze uleganie ich strategii marketingowej - podli szubrawcy żerujący na tragedii człowieka ogarniętego manią kupowania książek.. nie wystarczy już, że księgarnie murowane omijam szerokim łukiem - musieli wedrzeć się do mojego domowego azylu i z ekranu monitora opleść mnie macką promocji..
ja to się nie znam, ale jak kątem oka widzę, jak na dole ekranu, na szarym pasku, przelatuje biały napis o takiej mniej więcej treści: premier (wszyscy wiedzą o kogo chodzi) powiedział, że skoro szef po (wszyscy wiedzą, co to za jeden) koniecznie (wyłuszczenie moje własne) musi się z nim spotkać, to on nie odmówi.. - to ja się wtedy zaczynam zastanawiać, czy oni tuska nie przekupili, żeby ten swoim skrajnie idiotycznym zachowaniem kompromitował formację, na której czele stoi, tym samym nabijając sondażową kabzę pisu.. (śmisu).. ehh.. gdyby to był facet z klasą, to by raz jeden powiedział, że on jest gotów rozmawiać, że jego sztab nawiąże kontakt z ich sztabem i to by wystarczyło.. a on? skacze i ujada jak, nie przymierzając, jamnik z kaktusem w odbycie, i teraz kaczka ma nad nim kolosalną przewagę.. swoją desperacką arogancją sprawił, że równie arogancki, obłudny kaczor, teraz może wypowiadać takie kwestie ku uciesze swojego mściwego, węszącego wszędzie antypolskie spiski elektoratu.. i cała grupka jego bezkrytycznych fanów teraz głaszcze się po brzuszkach i klepie po kolanach, ekstatycznie skandując: nasz człek! ale pokazał temu wermachtowcowi! juhuuu..
i czy ktoś jeszcze pamięta, kiedy 'nasz' premier oświadczał, jakiś czas (rok?) temu, że w chamstwie to oni tamty panom nie dorównują? i ja już zrozumiałam, że on, biedaczek, wtedy ubolewał, że nie potrafi tak jak tamci chłopcy, że jest po uszy zatopiony w swoim kompleksie niższości (co, biorąc pod uwagę jego wzrost, oznacza, że ten kompleks jeszcze wtedy taki znowu głęboki nie był..). no, to teraz się w nim już ostatecznie utopił. nie ma większego aroganta w polsce..
ale ja się na tym nie znam.. nie sympatyzuję.. nie silę się na udawany obiektywizm.. mówię jak widzę.. a jeśli miałabym wyjeżdżać z tego kraju, to nie dla jakiegoś idioty, polityka (nie będę wymieniać z nazwisk, ale chyba wiadomo, że chodzi w równym stopniu o nich wszystkich), ale dlatego, że mentalność tego narodu jeszcze długo nie pozwoli ludziom wyjrzeć poza ramy swoich ultrapatriotycznych, konserwatywnych, pogrzebanych w konwenansach tyłków, by z przymróżeniem oka spojrzeć na:
dlaczego u nas tak nie można? 
z cyklu: żałosne i żenujące, ukazała się dziś w prasie informacja następująca
pomyślałam więc, że zacznę śledzić z namaszczeniem elementy homoseksualnej propagandy, jaką uprawia nasz rząd - bo z tego co zauważyłam, to głównie jego członkowie parają się tym jakże szczytnym zajęciem 