w łebie, tego lata.. nad morzem, bo ja wiem? po.. yy.. pięciu latach? ostatnio, może przedostatnio, może nie do końca pamiętam, co było wcześniej, w każdym razie w sopocie byłam, kiedy heineken bodaj pierwszy dział się był w gdyni, i w sopocie byłam, kiedy bjork.. i peaches.. i sikaliśmy wtedy na skwerku gdzieś prawie blisko centrum, a z pewnością pośród przechadzających się stadnie ludzi, bo nigdzie nie było toalety, ot, taka ta polska cywilizacja.. ale to było, uhh, dawno.. kto by liczył? szlag by tę melancholię, szlag perłowy!
w łebie, w tym roku. walizka z kółeczkami przystosowana zdecydowanie do perfekcyjnie horyzontalnych przestrzeni, jakie znaleźć można na lotniskach relacji raczej międzynarodowych.. i ja po tej łebie, brukowanej nierówno, pełnej wyboistych chodników nieprzychylnych matkom z dziećmi i niepełnosprawnym, co dopiero walizeczkom niekoniecznie turystycznym.. pierwszego dnia, niedługo po świcie, czytałam książkę na ławce w parku, z nogami wspartymi o rzeczony bagaż, podczas gdy z. odsypiała.. podróż autobusem nocnym, która okazała się o tyle błędem, że chcąc zaoszczędzić dzień w podróży, straciłyśmy go jednak trochę w pościeli, kiedy się już do niej mogłyśmy zameldować i doczłapać na drugie piętro.. w międzyczasie pan hydraulik, jak z bardzo, bardzo, bardzo, niewiarygodnie obleśnego filmu określonej (że pozwolę sobie użyć ulubionego sformułowania pewnych bliźniaków) kategorii, wdarł nam się do pokoju prawie nie pukając, pod pretekstem, że przyszedł naprawiać kapiący prysznic. prysznic, rzeczywiście, kapał.. po jego interwencji w sposób bardziej zauważalny, niż przed.. a pani w recepcji, chcę wierzyć, że przez pomyłkę, podała błędne hasło do internetu.. z. napawała się tv trwam. w południe, w ramach kompletnego rozregulowania wspomnianą podróżą, wiedzione mistycznym niemalże magnetyzmem, jadłyśmy rybę (dorsza bałtyckiego), z frytkami, popijając kolą, w lokalu obsługiwanym przez conajmniej jedną bardzo ewidentną lesibjkę. bo trzeba rzec, że łeba cieszy się dosyć niechlubną reputacją miejsca, które w roku (kto by liczył, kto by pamiętał!) kampanii 'niech nas zobaczą' z hukiem wyrzuciła poza swoje bramy jednego ze swych synów, uwiecznionego na jednej z kampanijnych fotografii.. jechałyśmy tam więc niejako z sercami na ramieniu, tak to się chyba mówi, tak to napisałam i tak musi zostać.. plaże w tym czasie, a łeba ma ich oficjalnych i chronionych: trzy, pękały w szwach.. parawan przy parawanie, człowiek na człowieku, wszystko poprzetykane okazjonalnym psem.. drugi i trzeci dzień, czyli do momentu widocznej manifestacji uczulenia na słońce, plażowałyśmy w najlepsze, za wypożyczonym z recepcji parawanem, na przywiezionych ze stolicy kocu i prześcieradle. kąpiel w morzu, zaskakująco jak na moje o nim wyobrażenia - ciepłym - odbębniona. miejsce na plaży wysondowałyśmy uprzednio, znajdując odrobinę względnego odosobnienia na zachód od ujścia kanału i znajdującej się w tamtym rejonie plaży bodajże "b", którą upatrzyło sobie na lokalizację letnich imprez allegro.pl.. dni w zasadzie od trzeciego trochę mi się w pamięci zlewają, takie były błogo monotonne. pobudka, poranna dawka nerwów związanych z tym, że ja chciałam trochę wcześniej wychodzić, z. chciała trochę dłużej lenić się w pościeli, śniadanie, poprzedzone spacerem do sklepu w celu go nabycia, kawa, filtry przeciwsłoneczne.. plaża.. prysznic, masło kakaowe, obiad gdzieś na mieście, potem, z racji oszczędności, z torebki.. wieczorem z raz udało nam się złapać zachodzące słońce za jego ostatnie promienie, i owinąwszy je sobie wokół różnych wystających części ciała, popstrykałyśmy foty.. my i setki i tysiące kilka tuzinów innych urlopowiczów akurat obecnych w łebie.. kilka razy dotarłyśmy nawet na wieczorne atrakcje zapewniane przez allegro. jeden film raczej wątpliwej akcji, jeden występ jednej grupy z jednego wrocławia, cieszący się raczej wątpliwym zainteresowaniem żądnych rodzinnych rozrywek.. rodzin z dziećmi.. mi się tam podobało, chociaż siedziałyśmy akurat na podeście knajpy, w której, w ramach niekoniecznie zdrowo pojętej konkurencji, pięćdziesiąt metrów od wielkiej allegro-sceny, w najlepsze hulało okraszone piwem za pięć pięćdziesiąt karaoke.. jakaś pani dawała upust miłości, którą niewątpliwie daży kayah, a my zastanawiałyśmy się, czy w trakcie sobotniego koncertu tej ostatniej, będzie można na dwoje uszu posłuchać jej twórczości.. nie przekonałyśmy się jednak na własnej, poniekąd słońcem smagniętej, skórze, gdyż sobotni wieczór, po dniu pełnym wrażeń, spędziłyśmy chyba.. w łóżku? z., wybacz, jeśli mylę fakty. ale czterdziestopięciominutowy rejs statkiem po przybrzeżnych wodach i ta kusząca burzą aura i piwo u tych lesbijek i piwo przy rynku z panem maską i piwo jeszcze gdzieś a i obiad w knajpie u pirata i ostatni spacer plażą i pani nie-skacząca na bandżi, i historyczny obiekt z astronomicznymi cenami pobytu przy samiusieńkiej plaży i te pełne tandety stragany kompletnie mi tego dnia zawróciły w głowie.. a jakoś w okolicach czwartku odkryłyśmy też namiastkę plaży nudystów, namiastkę, bo znaleźć można było na niej jedynie, nie wysilając się szczególnie na szukanie, pięciu panów prężnie prezentujących swe wdzięki - wystających zza parawanów bądź przechadzających się nonszalancko po plaży.. pięciu, dosłownie, chyba codziennie tych samych. jeden nawet władał lornetką! trochę tylko, ale tak ciut ciut, żałuję, że nigdy nie dotarłyśmy do ruchomych wydm.. cała reszta, nawet przerywany kolejnymi stacjami kolejowymi powrót, była super. to bez wątpienia najlepsze wakacje w tym roku :*
w nocy na strychu zamieszkał przez chwilę, tak przelotnie, ale za to głośno, nietoperz. z nami tam zamieszkał. a może to my z nim? my takie śpiące, on taki krzyczący głośno, tak sobie mieszkaliśmy przez chwilę wspólnie - więc otworzyłam okno, żeby przełamać tę dziwaczną lokalową passę.. i nie wiem do dzisiaj, czy mi się powiodło. za oknem więcej jeszcze fruwających małych ssaków i myślę sobie: a co, jeśli któryś wleci mi do środka? co, jeśli on zawoła resztę tej fruwającej ferajny? wiele godzin później doszłam już do wniosku, że to by nie było takie najgorsze. ostatecznie włosy mam krótkie, ledwo odrastające takie od głowy, a one i tak we włosy wplątują się tylko w tych opowieściach miejskich i innych straszydłach niekoniecznie literackich, a w życiu tak zwanym realnym - jedzą komary! o, a komary to na strychu z dziurawym dachem to prawdziwa zmora, zwłaszcza zaś nocą, o tak. ale to było wiele godzin później, jak osiągnęłam taki konsensus z podenerwowaną tym nocnym zajściem jaźnią swą. wcześniej jeszcze przyśniłam sobie koszmar o tym, jak to on, ten nasz ówczesny współlokator, zwołał całą rodzinkę i z tą rodzinką wespół jął mnie atakować, śpiącą taką. i jak to we śnie bywa - złośliwie - nie mogłam do końca otworzyć oczu, nie mogłam do końca skontrolować własnego ciała.. no coś okropnego. a komary i tak zwalczałyśmy raidem do kontaktu..
a prawdziwą plagę komarów to miałyśmy u karaimów. to po łagodnej zimie i przy okazji tego ciepłego lata - tak mówili. kulminacja sezonu rozrodczego tych przeklętych krwiopijczych owadów i jak na złość już żaden nietoperz nie chciał z nami pomieszkiwać. inna sprawa, że my sami (w większej liczbie i bardziej zróżnicowani płciowo) nie do końca mieliśmy i nie zawsze gdzie spać..
u kóz to już komarów nie było żadnych. za to much.. uh uh..