poszłam umierać.. spróbuję zmartwychwstać jakoś w kwietniu..

Dodaj komentarz

bo może ja roztaczam wokół siebie jakąś aurę spieprzowalności. wiem, spieprzowalność nie jest faktycznym słowem. jest za to całkiem faktyczną charakterystyką moich nadprzyrodzonych zdolności, miarą mojego potencjału destrukcyjnego. zaległe wpisy z trzeciego roku. praca magisterska składana z dwumiesięcznym poślizgiem. błąd w zapisach księgowych wychwycony po dacie bilansowej (jakkolwiek czarno-magicznie by to nie brzmiało).. to tylko kropla w morzu, wierzchołek góry lodowej, ździebiełko słomy w stogu siana, i tak dalej i dalej.. marzec jawi mi się chwilowo katastrofalnie. realnie rzecz biorąc, nie wiem, jak go przeżyję. wiem, już bywały takie okresy, kiedy wydawało się, że intensywność różnych form aktywności obowiązkowej przewyższa psycho-fizyczne możliwości niżej podpisanej.. tym razem jest chyba najgorzej. nie chyba..

Dodaj komentarz

w empiku. ściana płaczu. dla zakochanych. upstrzona od sufitu do podłogi. walentynkową makulaturą. ble.

Dodaj komentarz

trochę ostatnio jestem na bakier z joggerem. trochę na bakier chyba jestem sama ze sobą. może tylko trochę na bakier jestem z własną głową, a już na pewno ten bakier to mam bardziej w głowie, niż w rzeczywistości. ale faktem pozostaje na-bakierowatość moich stosunków z joggerrem i tutaj nie ma o czym dyskutować.. tak czy siak, chciałabym to jakoś zmienić. przynajmniej odrobinę

Dodaj komentarz

czy ktoś widział kiedyś, jak wygląda koncentracja? zdolność skupienia uwagi? zdolność nauki?? zapłacę każdą cenę za taką ilość, która pozwoli mi zaliczyć wtorkowy egzamin..

1 komentarz

w warszawie dziś upały. chyba nikt nie ostrzegł kierowców autobusów i tramwajów, że może się zrobić gorąco, duszno i że trzeba się na to jakoś przygotować, conajmniej psychicznie. kierowcom autobusów i tramwajów chyba nie przysługuje klimatyzacja w ich miejscu pracy. mogą więc reagować trochę wolniej, mogą więc stanowić trochę większe zagrożenie na drodze, niż zazwyczaj. mogą, naprawdę. widziałam na własne oczy: raz jeden autobus niebezpiecznie zbliżył się do autobusu, w którym się właśnie znajdowałam a drugi raz tramwaj zbliżył się do autobusu, w którym się szczęśliwie nie znajdowałam, na tyle niebezpiecznie, że aż mu wjechał w bok. prędkości musiały być minimalne, bo autobus z wjechanym w swój bok tramwajem miał kilkudziesięcio centymetrową rysę od momentu, w którym tramwaj zaczął weń wjeżdżać do miejsca, w którym oba pojazdy skutecznie się nawzajem unieruchomiły. myślę, że ta rysa nie miała nawet pół metra, wgłębienie było zaś stosunkowo płytkie. ludzie wysiadali z autobusu, więc sprawa musiała być świeża, a skoro byłam w pobliżu i nie słyszałam spektakularnego *bum* i z resztą oba pojazdy były raczej w pionie, to znaczy, że ruch musiał odbywać w naprawdę minimalnym zakresie.. to ja się pytam, jak można się nawzajem nie zauważyć, będąc kierowcą autobusu i kierowcą tramwaju, które to oba pojazdy są gabarytowo raczej słuszne, i jadąc tempem żółwiowym przez skrzyżowanie?

2 komentarze

czasem mi się zdarza. serio serio. chociaż wolałabym być od tego wolna, wolałabym. no ale czasem jeszcze łapię się na tym, że zbiera mi się na ubolewanie. tak. i czuję się wtedy cokolwiek zażenowana. nie tylko faktem ubolewania, ale też jego przyczyną. dlatego generalnie za ludźmi nie przepadam. jest trochę takich, których lubię, są tacy, których toleruję, są przecież ci, o których towarzystwo sama zabiegam i czuję się w nim dobrze. nie mówię, że neguję ludzi jako takich. łudzę się tylko, że znakomita większość ze swoją głupotą się urodziła i nie potrafi nic z tym fantem zrobić. wtedy mi trochę łatwiej akceptować, tak, właśnie akceptować ich w tej ich bezmyślnej całości. no nie da się inaczej. to znaczy da się, ale wtedy musiałabym być taka jak oni. musiałabym ich szczerze znienawidzieć. musiałabym przyjść na ten świat z wrodzoną skłonnością do nie-mądrzenia. a jednak wydaje mi się, że z biegiem lat raczej mądrzeję, niż nie, a przynajmniej moja niemądrość nie ulega pogłębieniu..

dziś dowiedziałam się, że kradnę dzieci i robię im pranie mózgu. i że za przeciwstawienie się takiemu procederowi można pójść do więzienia. to znaczy to wszystko jest wysoko hipotetyczne, ale w zasadzie może się tak stać w polsce, skoro dzieje się na świecie. jako żywo, i byli tacy, co przyklasnęli tej opinii, dobrze gada, słusznie - mówili. u nas tak nie będzie, staniemy murem i nie oddamy swoich dzieci w ręce pedałów. dwururek, tak o chłopcach się teraz na mieście mówi. to teraz nie wiem już, śmiać się mam, czy płakać? czy to był żart, czy to była prowokacja, kto tu jest bardziej serio - ten co to stworzył, czy ci co mu rzekomo uwierzyli? ja też w pewnym sensie uwierzyłam - w autentyczność jego intencji. ale po coraz dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że tak się przecież chyba nie da? moja wrodzona zdolność do dziwienia się stanęła dziś przed nielada wyzwaniem. kto tak naprawdę produkuje takie farmazony? kim trzeba być, żeby robić to na serio a kim, żeby tylko aranżować, jeśli w ogóle, i demaskować 'prawdziwe' nastroje. które nastroje są prawdziwe a które przesadzone?

a teraz nie wiem, czy pusty żołądek, na który zmagałam się z tym tekstem z samego rana, jest katalizatorem, czy raczej inhibitorem choroby wrzodowej przewodu pokarmowego? i zastanawiam się, czy do porannej kawy powinnam poczytać coś więcej, czy jednak dać sobie z tym spokój na dzisiaj i kilka najbliższych tygodni?

4 komentarze

poszłam w tej paradzie, ale właściwie to nie wiem po co. panu z radia odmówiłam wywiadu, bo co mu miałam powiedzieć? nie chcę ślubu, i tak zamierzam wyjechać z polski bez względu na sytuację osób homoseksualnych w tym kraju? obrzydza mnie łysy polityk na platformie wykrzykujący, że będzie z 'nami' tak długo, jak giertych będzie u władzy - tylko co potem, zastanawiam się głośno.. potem znowu będzie miał 'nas' głęboko w dupie. obrzydzają mnie ustawieni wzdłuż chodników ciekawscy, którzy załapali się na darmową wycieczkę do zoo, do których to zoo samo przyszło i 'prawa' do tego przyjścia się jeszcze głośno domagało.. nie chcę być małpą w zoo, czy to miałam powiedzieć panu z radia?

ludzi tam było całe mnóstwo, kilka kolorowych platform, stosunkowo niewiele transparentów, głośna muzyka i w zasadzie ogólnie dobry nastrój. konfrontacji z kontrmanifestantami w zasadzie nie widziałam żadnej, tylko raz zwarty szereg policjantów ciasno przyciskał do ściany grupkę sfrustrowanych, krótko obciętych młodzian. wzdłuż wielotysięcznego korowodu 'naszych' gęsiego szła garstka przeciwników 'eurosodomy', której na swoich bodaj dwóch płachtach wypisali stanowcze 'halt'. dowiedziałam się też, że jako osoba homoseksualna, będę krócej żyć. zastanawiam się, czy to nie jest przypadkiem groźba? i jeszcze że jestem nietolerancyjna wobec heteroseksualnej części społeczeństwa - stąd prosty wniosek, że wszyscy moi znajomi, ci bliżsi i ci dalsi, którzy nie są lesbijkami (gejów znam garstkę, liczebnie chyba mniejszą niż wynikająca z anatomicznej konstrukcji mojej ręki liczba palców), nie są również hetero. w przeciwnym wypadku, gdyby jednak byli, musiałabym cierpieć na jakieś poważne zaburzenie - nie wiem właściwie czego? osobowości? świadomości? emocjonalne?

i jeszcze słońca było pełno, od tego słońca to mnie nawet głowa rozbolała. trochę się znowu opaliłam, ale dzięki zahartowaniu z początku maja, skóra mi nie odpadła na miejscu, nawet się nie spaliłam, chociaż miejsca po ramiączkach stanika są odpowiednio zaznaczone.

ale ja nie chcę ślubu, bo ślub jest instytucjonalizacją kłamstwa. bo każde 'kocham' prędzej czy później ulega przedawnieniu. i w każde 'kocham' wpisane jest 'ale nie tylko ciebie', podczas gdy ślub jest TYLKO i NA ZAWSZE. a jeśli nawet nie na zawsze, bo tylko do rozwodu, to po co w ogóle? więc ja ślubu nie chcę, przynajmniej nie teraz. no ale wiem, że są tacy, co chcą. są tacy co wierzą i to może dla nich poszłam na tę paradę? czy właśnie to miałam powiedzieć panu z radia?

po co właściwie chodzić na parady, jeśli jedyne o co 'walczymy' to tak naprawdę możliwość zamknięcia się w swoim własnym bąblu, we własnej bańce mydlanej? może to chodzi o tę różnicę, że to my sami się w niej zamkniemy, a nie będziemy zamykani? ale ja nie chcę się nigdzie zamykać. chcę żyć w świecie, gdzie moja seksualność i moje związki z ludźmi nie będą kontrowersją dnia, gdzie nie będzie to siłą wpisywane między wiersze w rubryce 'kwalifikacje zawodowe'. chciałabym żyć w świecie, w którym media nie będą w nieskończoność powielały mitu o nienawiści kościoła wobec homoseksualistów i vice versa. nie nienawidzę kościoła i nie nienawidzę katolików, ani z resztą wyznawców jakiejkolwiek innej religii, i znam, o zgrozo, katolików i nie tylko, którzy nie nienawidzą mnie tylko za to, że jestem lesbijką. nie chcę, by parada była politycznym manifestem opozycji wobec głupiego giertycha, bo to nie przeciwko niemu jest protest, a przeciwko ludzkiej głupocie w ogóle. więc może jednak wiem, po co poszłam w tej paradzie? a po co właściwie poszła cała parada, to już inna sprawa..

15 komentarzy

dziewczyno o perłowych włosach. czy też o perłowych oczach? a może to macicę masz perłową? perłowa dziewczyno z nie-moich snów - witaj. pozdrawiam cię i piję twoje zdrowie. piję je piwem, piję je prostacko, piję je wodą z preparatem na koncentrację, piję je kawą, piję je parą wodną z oddechów współpasażerów autobusu podmiejskiego parną, wieczorową porą.. obyśmy były obie, każda na swój sposób, szczęśliwe. gdzie indziej i jakoś inaczej. być może w równoległym wszechświecie nie-naszych snów, być może nawet jesteśmy? ja jestem jedna, ty jesteś jakaś druga, a potem to już jesteśmy razem, i wiesz, razem wymykamy się definicjom, razem śmiejemy się głośno z ich konwenansów i z ich bezmyślnego wyrachowania, z ich głupich pomysłów na prawdę. nie-naszą prawdę. i ta nie-nasza prawda z nie-mojego snu wycieka tutaj, do nas w tym jakimś 'tu i teraz', bo równoległe wszechświaty są trochę zmaltretowane na spojeniach - za często nimi wstrząsam i pękają w słabych miejscach. ta prawda, ona jest chyba tylko odrobinę bardziej zagubiona w tej nie-swojej rzeczywistości niż ja, w tej swojej, w tej całkiem prawdziwej i współczesnej, tej namacalnej, tej którą przecież codziennie oddycham, konsumuję i syntezuję. ta prawda tutaj jest prawdą-nie-koniecznie, jest więc tu tylko mrzonką, iluzją, złudzeniem, omamem i każdym innym synonimem i każdą inną bliskoznacznością, jest wszystkim tylko nie tym, czym jest naprawdę.. perłowa dziewczyno z nie-mojego snu, wiem, że nie-istniejesz. i to chyba tyle.

Dodaj komentarz

tak to już jest. zamykam oczy, bo mam oczy, zamykam, bo widzę, a jak zamykam to i tak widzieć nie przestaję, i dalej widzę, a im bardziej uporczywe jest to widzenie, tym bardziej tłumaczę samej sobie, dlaczego warto go nie chcieć a nie warto chcieć i że tak trzeba, że tak będzie lepiej.. a potem siedzę i myślę. a potem siedzę i wysłuchuję. a potem siedzę i nie potrafię się powstrzymać, brak mi cywilnej odwagi na akt samocenzury. a potem i tak, ehh, szkoda gadać, słów nie ma co marnować. słowa należy szanować, nawet jeśli się im nie wierzy. i są chyba takie chwile, kiedy tych słów należy jednak pożałować, nie wypowiadać, nie wypisywać, nie trwonić po prostu, nie wzniecać niepotrzebnej dosłowności - nie ma co. tak to już jest, że czasem lepiej, żeby czegoś nie było, że czasem tak właśnie trzeba..

Dodaj komentarz

you can do what you want to..


i tak.

Dodaj komentarz

wracam, jest dobrze w pierwszej połowie maja, tak już bardziej w tej połowie niż mniej, a tu jogger jakiś taki, jakiś taki.. nowy.. odmieniony.. czy ja wiem? odmłodzony? wzdycham i wypijam po mału trzy w jednym wzmocnione szczerym takim i od serca sypnięciem zwykłej, acz rozpuszczalnej, to jednak kawy. zawartość kawy w kawie spod znaku trzy w jednym zawsze wprawia mnie w jakiś taki zakłopotany zachwyt - jak można to jeszcze w ogóle nazywać kawą? nie można i pewnie dlatego z reguły mały druczek na małym opakowaniu obwieszcza mało zauważalną prawdę o tym produkcie - że jest to w istocie napój kawowy o smaku kawy, albo coś mniej masło-maślanego..

tymczasem zaś drukarka ogłosiła stanowczy bunt. jasna cholera..

Dodaj komentarz

nie wiem czy to od tego wiatru czy od czego? budzę się rano, raczej jestem ze snu brutalnie wyrywana - wiatr wichrzy mi sny, drze je na małe kawałki, strzępi mi resztę nocy, chociaż w zasadzie to już po świcie, więc ten świt mi mierzwi, nie daje spokoju. przewracam się z boku, na brzuch, na plecy, na bok, ręce wyginam i pod siebie chowam, pod brzuch, pod głowę, na zmianę, i nogi, w embrionie, na wznak, z głową pod poduszką nawet próbuję, i nic. wreszcie jednym okiem znajduję godzinę, siódmą trzydzieści znajduję na wyświetlaczu telefonicznym, jakieś poruszenie na dole, trzaskanie drzwiami, szemranie kluczem w zamku, kroki na betonowych płytkach, wszystko dudni zwielokrotnionym jakimś tętnieniem, pulsuje ból w zatokach..

nie wiem, czy to od tego wiatru, kawę zalewam sypaną, mieloną, własnoręcznie przed chwilą zmieloną w niemiłosiernie głośnym tego ranka młynku, zalewam wodą gorącą, już nie wrzącą, bo od momentu, gdy uwolniłam czajnik z kuchenki gazowej minęło trochę czasu, w którym to czasie zmieściłam bynajmniej nie z własnej woli czynność pozyskania mielonej kawy z kawy ziarenek uwięzionych w słoiku z wieczkiem. to jest kawa pod znakiem wolności. uwalniam kolejno te ziarneka, potem z nich uwalniam ich kawowy potencjał, z tego potencjału wyłaniam konkretną możliwość - wodą uwolnioną z kranu wyczarowuję, w nieskomplikowanym całkiem chemicznym procesie - podłą czarną kawę, w sam raz na to dzisiejsze, poranne niewyspanie, od którego uwolnić pragnę się czym prędzej..

drugą kawę robię sobie jeszcze mocniejszą. ale nie powiem gdzie i w jakich okolicznościach. na razie jeszcze nic na ten temat nie mówię. nie wiem czemu, sama nie wiem..

Dodaj komentarz

głowa mi pęka, pęka od bólu i od niedowierzania. głowa jest ciągle jeszcze w szoku lekkim. już nie wiem, co właściwie się dzieje, co mam ogarniać, co olewać, i właściwie po co? jakieś zarzuty pod moim się pojawiają adresem, jakieś szpiegostwo domowe ma miejsce, przecież nie jestem alkoholiczką! nie jestem! że się czasem szlajam, a kto się nie szlaja? z resztą czy muszę zawsze na tle tych jakichś innych? i w którąkolwiek ze stron, z jakkolwiek naświetlonej przyczyny? nie jestem winna, nie będę się tłumaczyć z własnej nie-winy! nie robię niczego, czego bym się wstydziła, co też nie znaczy, żem taka znowu bezwstydna. tfu. w ogóle to sio, z nochalem i innymi narządami do szpiegowania, sio! to moje podwórko, moja piaskownica, moja głowa, jak se zechcę to se ją pęknę i nic wam do tego! ale ja nawet nie lubię jak pęka, więc tymbardziej proszę się odpierdzielić. no.

Dodaj komentarz

a mnie już żuchwa boli od żucia gumy. zbieram się w sobie. jak się zbiorę, to wam pokażę, w pięty wam pójdzie :)

Dodaj komentarz

jestem sobie, jestem sobie, trochę jestem, a trochę się nudzę. chyba po mału odkrywam przyczynę, chyba dochodzę do sedna, sedna dochodzę, odkrywam, ja odkrywca, odkrywcza raczej. taka odkrywcza, że chyba z rok mi to zajęło, conajmniej pół. taka jestem mundra. że tylko z niesmakiem mogę cmokać na samą myśl o tej swojej - mundrości. no ale taka już jestem, jaka się urodziłam, nie miałam na to wpływu żadnego, a teraz już tylko pozostaje mi sobą być i tyle. i bez pretensji, bezpretensjonalna powinnam być, a może tylko bym chciała, sama nie wiem. i ta niewiedza i całe to nie-do-rozumienie też są częścią mnie i ja częściowo nimi i nawzajem. pozostaje się cieszyć - z czego? ano z tego, że coś tam jednak sobie wymyśliwam, że nie jestem tak całkiem pozbawiona sensu. że do czegoś tam czasem udaje mi się dotrzeć, albo że chociaż się o to czasem potykam, to też jest powód do radości, takie tam ślepe szczęście, nie należy go niedoceniać, nie należy umniejszać jego zasług czy wartości.. jeśli mi dzisiaj będzie źle ze sobą, pójdę na spacer, i tak postanowiłam.

Dodaj komentarz

właśnie.. no dobra, może z godzinę temu.. otworzyłam piwo używając małego paper clip'a i długopisu jednorazowego firmy BIC :)

Dodaj komentarz

nie wiem sceptyku, a może po prostu się wypaliłam? a może po prosu zjadła mnie rutyna? a może morze? tak, chciałabym.. no zobaczymy, zobaczymy. może po mału, po malutku, wracam do siebie? a może wracam, tylko że w jakieś inne miejsce, do którego przyzwyczajenie nie przychodzi tak samo z siebie, nieproszone. trzeba się o to przywyknięcie odpowiednio wystarać, trzeba ze spuszczoną nisko głową i wzrokiem stabilnie wbitym w podłogę godzić na wiele. na niektóre z tych wielu się jednak nie godzę i sama już nie wiem, czy tak jest lepiej, czy może jednak siak byłoby? więc ja tą myślą o nad-morzu teraz będę już żyła, aż się mi ona ziści, ta myśl, ten promyk optymizmu w codziennej rutynie. rutyna. rutyna. rutyna. ble. więc może się jeszcze nie wypalę tak do końca, skoro czasem jeszcze mi się chce? chce mi się snuć te optymistyczne wymyślania, to chyba dobry znak?

1 komentarz

bez rewelacji, ale czy są one w ogóle potrzebne. jeden może moment z zastanowieniem sam na sam. ja i zastanowienie - przy szklance piwa. mierzymy się wzrokiem i wiem już po chwili, wiem, że to jeszcze nie czas. nie czas, kto wie, może też nie miejsce? trzeba zaczekać, trzeba mi, a jutro znowu coś tam coś. przecież nie ma pośpiechu, nie ma. a że koniec świata? no i co tam, niech sobie nawet będzie, wiwat! jak on się będzie kończył, ja sobie będę myśleć: w zasadzie to się nie prosiłam. ja sobie na spokojnie wtedy wszystko przemyślę i pozałatwiam, a pozałatwiam ostatecznie, bo chyba końca świata odwołać się nie da? może jedynie można spróbować go przełożyć, jakoś opóźnić, kto wie, może nawet można go trochę przyspieszyć? kto wie? - no właśnie.. tylko swoją drogą, kto w ogóle chciałby wiedzieć? kiedyś, i to wam obiecuję, kiedyś się wreszcie zbiorę w sobie, zbiorę sobie myśli swoje, i może nawet zrobię to siedząc, a może leżąc, a może jeszcze jakoś inaczej, i wtedy coś wreszcie z sensem z siebie zrobię, obiecuję. a pocztówek z afryki jak się nie spodziewaliście, nie spodziewajcie się dalej..

Dodaj komentarz

na tej imprezie wczoraj panoszy się duszność. od pierwszych minut, i nawet desperacko zagaduję panią za barem, czy da się coś z tym ogrzewaniem zrobić? chyba nie da, bo duszność z każdą chwilą przejmuje kontrolę - z klatki piersiowej rozlewa mi się po głowie, dalej - ramiona, łokcie, dłonie, a gdy dociera i do kolan - siadam. i czekam. bo teraz to już tylko przełom i albo przy stole, albo pod nim.. jednak zostaję, przynajmniej na razie, w lekko otumanionym pionie. zbieram się w sobie, bo tak ogólnie, zabawy mi nie brakuje. poza dusznością mam w głowie całkiem dobre nastroje. i nawet trochę się nad tym próbuję zastanawiać. ale jeśli byś mnie sceptyku zapytał, co mi chodziło po głowie wtedy, nie powiedziałabym ci choćbym nawet chciała. zaś wektor moich chęci jest już kompletnie inną parą kaloszy. ale do sedna - nie mam pojęcia. i możesz wierzyć lub nie, ale to ja byłam bardziej zdziwiona. i to zdziwienie chcąc z siebie zmazać, wzruszyłam ramionami. w zasadzie żaden inny zabieg tam nie pasował. dziś zwalam to na duszność, która zapchała mi głowę ciężką watą. dziś z już porannej perspektywy myślę sobie, że może nie ma się w ogóle czym przejmować?

a sen miałam dziś o umieraniu..

Dodaj komentarz

tak sobie myślę. kiedyś: byle do wiosny. no i owszem, ta co musiała minąć, przeszła bokiem. na paluszkach: szsz-szsz-szsz.. teraz: zieleni się świat, jak zawsze o tej porze roku. i może to nie są zbyt optymistyczne myśli, ale musicie przyznać, że nie jest to też zbyt optymistyczna pora dnia..

1 komentarz

sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
sześć godzin snu
(...)

2 komentarze

jeśli będzie jeszcze jasno, kiedy wrócę do domu, to pójdę na rower - pomyślałam. ale nigdy nie jest. jasno. ani na zewnątrz, ani prawie nigdy w środku. w którymkolwiek środku, to w zasadzie nie ma znaczenia. w środku metaforycznym jest może tylko ciut chaotyczniej niż bezświetlnie. niejasno. jest. więc nie idę na rower. więc nie prowadzę się aktywnie. (...)

mija już któraś z rzędu minuta, jak zastanawiam się nad kolejnym słowem, które chciałam napisać. chcę dalej, tylko gdzieś je chwilowo zapodziałam i nie potrafię zlokalizować. nie będę wam go opisywać, bo to zakrawa na intelektualną kompromitację - kompletną. może powinnam pójść i pospać trochę, zamiast zabierać się do stukania w klawiaturę. tylko, no właśnie, w tym sęk właśnie, w tym, że wraz z wiosennym przesileniem, które albo się właśnie odbywa albo zamierza odbyć się niebawem, mnie obezwładnia bez reszty dziwna, pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że patologiczna - senność. może uderzyłam się mocno w głowę niedawno? i tylko nic o tym nie wiem.. ale dotykam się po głowie i pod wpływem tego dotykania nie stwierdzam żadnego bólu nim spowodowanego. stwierdzam natomiast ogromną potrzebę fryzjera. jest to taka potrzeba endogenna i w zasadzie niewiele ma wspólnego z obecnością włosów na głowie - dziwne? zabawne? osobliwe? nieważne..

no więc standardowo zaczynam zasypiać na wykładzie, raz przysypiam okiem lewym, raz prawym, czyli przysypiam w sposób sfingowany - próbuję oszukać swój organizm, ściemniam takie tam pół-drzemki. za to organizm pół-obrotem sprowadza mnie na ziemię. więc mi się głowa kiwa, ziewam, ziewam, ziewam, oczy przecieram, głowa się kiwa i kiwa.. przed chwilą wysiłkiem kolektywnym rozwiązaliśmy test ze slajdów, z którego z trudnością zrozumiałam poszczególne literki. na propozycję zarejestrowania sensu słów, w których skład wchodziły mój mózg zareagował już jednak agresywną anarchią. więc skupiłam się na rysowaniu kółek wokół robaczków na karcie odpowiedzi - w miejscach, o których szumiał do mnie eter. 4 barman, mówił na przykład..

a dziś, całkiem przed chwilą, zajrzałam do z brązowego szkła buteleczki niegdyś tak zachęcająco pełnej pękatych kapsułek w kolorze moczu - skończył mi się tran islandzki..

Dodaj komentarz

już prawie, już naciskałam. ale nie. to nie mój teren, nie mój świat do istnienia. oddalam się, z leciuchno podkulonym ogonem, z sierścią zmierzwioną wilgocią nieswojej nocy. tutaj przebiega ta linia, na której brzegu stojąc mówię sobie - dosyć. spoglądam na jej drugą stronę, opuszkami palców u stóp muskam ulotność tej, jedynej w swoim-moim rodzaju chwili. nasłuchuję. i uśmiecham się, bo nic nie słyszę. a im bardziej i im więcej tego nic, tym szczerzej śmieją mi się oczy. to właśnie tak jest, jak powinno być, żeby można było powiedzieć o tym czymś, że jest dobre. dobra - noc..

pamiętam dobrze, ruszały się firanki i wszystko wokół - w zasadzie nieruchomo stały tylko okna i drzwi..

Dodaj komentarz

kiedyś coś napisałam a jogger akurat dostał czkawki. trudno. się mówi. teraz już marzec na wykończeniu, a ja się nie garnę do pisania, oj nie. bo jakoś tak.. jakoś tak - że pogoda za oknem zmienna? że psy czasem hałasują, a dziś mi się śniło, że mnie jakiś usiłował pogryźć. że strzelają tu u mnie na wsi, to wszyscy wiedzą z telewizorów i komputerów. telewizory z resztą notorycznie kłamią.. i dalej, że już powoli się zbieram w sobie do zbierania materiałów, że powoli będę pisać, a za rok to nawet bronić. że zgubiłam portfel - odzyskałam wiarę w ludzi na krótki moment, kiedy odnalazł się w sekretariacie buwu. że po raz któryś z rzędu tłumaczę ludziom, że jestem lesbijką z tradycyjnej, umiarkowanie konserwatywnej rodziny i że z takich rodzin przeważnie biorą się współcześni homoseksualni, że na to nie ma reguły i z jednopłciowej pary wcale nie musi wyrosnąć taki sam 'zboczeniec'. że przerażający pan z chmielnej zmienił kombinezon z różowego na żółto-chyba-niebieski, a może -czerwony? że otworzyli mi we wsi knajpę z sushi i może nawet zaryzykuję swoim młodym życiem jeszcze dzisiaj wieczorem. że z ryby jak się wychodzi, to się śmierdzi jeszcze ze dwa dni fajkami, że po godzinie jest się już elementarną częścią ludzko-dymnej masy, że dym wchodzi w człowieka wszystkimi dostępnymi otworami, że w gruncie rzeczy nie istnieją dla niego otwory niedostępne.. że w czwartek spadł śnieg. no tak, o pogodzie już było. że nie mam więcej informacji z nowego jorku. że nie pracuję, się obijam, chociaż wolałabym inaczej. że oglądałam ostatnio głupawy film o niczym i że był on tak wkurwiająco podobny do mojego życia..

że jeśli jakieś zestawienie okoliczności, jakaś sytuacja wydaje się na pierwszy, drugi i kolejny rzut oka a nawet po wnikliwym przeanalizowaniu zbyt absurdalna, by mogła być prawdziwa, to zasadniczo znaczy, że pewnie właśnie taka jest.. że jeśli funkcjonuje jakieś potoczne przekonanie o pewnych rzeczach, że są zbyt głupie lub zbyt dziwne, by mogli je robić ludzie, to z pewnością oznacza, że właśnie je robią. bo ludzie robią nie takie rzeczy. ludzie - robią wszystko to, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, a potem robią jeszcze miliony rzeczy, które nigdy nie przyszłyby nam do głowy..

że męczy mnie czkawka egzystencjalna. że mam emocjonalną zgagę. że sentymentalna kolka nie daje w nocy spać.. i nie powiem wam o co chodzi. nie powiedziałabym nawet, gdybym sama wiedziała..

Dodaj komentarz

świetnie - myślę sobie do siebie gdzieś tam w środku. do samej siebie sobie myślę: ge-nial-nie. skwapliwie zamiatam te wszystkie paskudne niechciane myśli, wkopuję je pod dywan własnego niezdecydowania i niezachwianego zachwytu. czym? wypchajcie się, i tak wam nie powiem..

ale myślę sobie: świetnie. była taka piosenka, albo może dziecięcy wierszyk, ale nie potrafię go sobie przypomnieć. chodzi mi po głowie strzępkami jakiejś całości, jakiejś swojej zapomnianej dla mnie spójności, nieuchwytne dla mnie tu i teraz, chociaż znane kiedyś, tam..

rutyna to mnie kiedyś zabije. chyba, że ja zabiję ją prędzej. więc jednak to ona mnie, bo niby jak zabić coś, co jest wszędzie a jednocześnie nie istnieje?

Dodaj komentarz

ok godziny osiemnastej łapię kryzys i zasypiam. dziś chyba zasnę na siedząco w sali w połowie pełnej moich współstudentów i jakiejś prowadzącej..

Dodaj komentarz

jeszcze przed godziną rozmawiałam swobodnie. obecnie moje hasło w tajemniczy sposób przestało działać. niech zgniją podli jebani złodzieje kont gadu gadu..

3 komentarze

mamy spore szanse - przeżyć jeszcze jeden taki dzień..

urzekająca jest prostota pewnych słów, i pewnych ich potem kombinacji..

przekładam chusteczki - z pudełka do pudełka. z opakowania pełnego, do opakowania obecnie już pełniejącego. a w międzyczasie trochę smarkam. trochę gilami, a trochę krwią. nie wiem skąd ona tam. no chyba ze mnie. ale skąd we mnie? nie wiem..

tato zaopatrzył dom w kolorowe herbaty. jagoda z wanilią. pomarańcza z imbirem. gruszka. a dziś przyniósł jeszcze jakiś herbaciany ogród. podrzuca je do szafki z herbatami pojedynczo - każdego dnia jedna, każdego dnia inna. więc siedzę w domu i piję te kolorowe herbaty. siedzę w domu z ciekawości - jaki nowy kolor pojawi się w szafce jutro?

a skoro już o kolorach mowa, to noszę ich sporo w portfelu. mają kształt plastiku i są faktury prostokątnej, a może jakoś na odwrót. to takie moje plastikowe linki: do księgarń, perfumerii i kin. jeden do banku. i jeden do całego miasta..

Dodaj komentarz

trochę przekolorowane, trochę za-zawoalowane.. zakodowane. za-bardzo-ale-wystarczająco-jednocześnie. w takim mianowicie stopniu, że ja wiem, jeszcze wiem, i wybacz, jeśli chcę tę wiedzę zachować dla siebie. dla głębi swojego serca. to w gruncie rzeczy nic takiego, ot, sentymentalna czkawka, o której chcę pamiętać, więc ją tu opisuję. o której chcę wiedzieć sama dla siebie, więc nie opisuję jej ze szczegółami. nie dopowiadam. i tym niedopowiedzeniem być może koroduję rzeczywistość bardziej, niż bym sobie tego życzyła.. odwieczny problem proporcji..

Dodaj komentarz

Archiwum

Kategorie

Linki

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht