suka rozkłada się na kanapie, piłka jeżyk w jednej łapie, na węzełek pyskiem kłapie.. piłkę czasem z kanapy zrzuca i po nią zbiega, goni, dopada, zabiera z powrotem na kanapę.. no kocham tę sukę, ale przecież kiedyś trzeba jeść.. więc musi zadowolić się własną inwencją twórczą..
kurwa mać.
w zasadzie na tym powinnam poprzestać.
w zasadzie może nie powinnam pisać pod wpływem emocji, które jeszcze ciągle w dużym stężeniu krążą wraz z krwią mi w organizmie..
kurwa kurwa kurwa, że zacytuję anonimowego mściciela z głuchołazów..
nie wiem jak zacząć? może od tego: jeszcze w południe posłałam gabi smsa z zapytaniem o wolne etaty u niej w kurniku.. ale, o zgrozo, u niej redukcja etatów cuchnącym oddechem dybie zza winkla.. greta teraz siedzi i proponuje, że popyta u siebie.. może potwierdzę takie zapotrzebowanie..
brązowe oczy dała ciała na całej linii. tym samym zasłużyła już permanentnie na przemianowanie. więc - wisienka. wyłożyła się potwornie, tracąc resztkę autorytetu w kurniku - z kretesem.. może chodziło o to, żeby tupnąć nogą, potrząsnąć jakoś ciałem pracowniczym, wyrwać z marazmu ostatnich miesięcy.. może ma jakieś napięcia okołokresowe? może chciała pokazać, kto tu rządzi? może jej odbiło? nie wiem. końcowy efekt jest, w najłagodniejszej wersji językowej - opłakany.. najpierw ona, potem, na zakończenie, xyz, dały czadu - opieprzając wszystkich za wszystko, waliły na oślep i nawet nie patrzyły, jak puchnie.. a ciało pracownicze - puchło w oczach.. v. nawet wybiegła z sali z płaczem. ja byłam na granicy - wytrzymałości.. pięści zaciskały się w nerwowym odruchu w sposób absolutnie niekontrolowany.. para szła uszami.. nie tędy droga, wisienko.. nie tędy droga, xyz. tak - się - tego - nie - robi. kropka.
dwa punkty kulminacyjne, które zdegradowały wisienkę doszczętnie:
- zrobiła awanturę młodej za wizytę m., któregoś pięknego dnia w kurniku.. jakiś tydzień po tym, jak sama, osobiście, przyjęła gościa w osobie pani z dzieckiem.. podjęła ją nawet kawą. i tortem. i ponad godzinną pogawędką o dupie maryni.. chyba - nie wiem. starałam się w tym czasie pracować. co zakładało przebywanie w innym pomieszczeniu i w innym towarzystwie. ale dzisiaj dostało nam się kolektywnie po uszach. za to, że olewamy swoje obowiązki..
- opierdzieliła nas za załatwianie pobocznych interesów w trakcie pracy - niecałe pięć godzin po tym, jak w sposób skrajnie agresywny sterroryzowała mnie wprost w porzucenie tego, co akurat robiłam i oddanie jej jednego papierka. na miesiąc temu!
w trakcie zebrania, delektując się głębią jej siedzących na przeciwko brązowych oczu, na bieżąco rachowałam swoje sumienie.. raz jeden pokiwałam głową z pokorą, w trakcie wywodu xyz, ale po namyśle muszę stwierdzić, że nie mam o to do siebie pretensji. grzechu warta potwierdziła potem moje odczucia. oczywiście na gorąco wszystko przedyskutowałyśmy już pięć metrów za zatrzaśniętymi drzwiami kurnika.. emocje jeszcze ciągle formują zbitą gulę w gardle, powodują pieczenie spojówek. mówię szybciej. jestem na wkurwionym haju..
- wyprowadzam się..
- dokąd?
- do warszawy
- gdzie?
- do zuzy..
- pomyśl jeszcze o tym
- już postanowione, jutro jadę malować (mocne ugryzienie w język, żeby nie powiedzieć: nasz) pokój..
- jak długo będziesz tam mieszkać?
- długo..
- to znaczy, możemy sprzedać mieszkanie w warszawie?
- to wasze mieszkanie..
tak to już jest. nie pomnę, ile razy to słyszałam, albo coś w podobie. w zasadzie pani promotor też tego nie powiedziała, ale dała dosyć jasno do zrozumienia. najpierw powiedziała, co porobiłam źle (a dosyć sporo spaprałam i nie ma co zwalać na pośpiech), potem wychwaliła pod niebiosa mój sposób pisania, a w rezultacie wyszedł powtarzany do znudzenia refren piosenki przewodniej mego żywota - żem zdolna, ale leniwa..
psuje mi się kółko w myszy. ale czego się spodziewać po myszy za dwadzieścia pięć zeta?
spadł.. bo to już listopad.. i kiedyś musi zacząć padać.. śnieg..
gdzieś w polsce:
ok godziny 23:20 - w okolicach jednego z bardziej znanych klubów studenckich w jednym z miast stołecznych jednego z kontynentów na jednej z planet jednego z układów planetarnych i tak dalej - nie ma czynnego punktu sprzedaży biletów komunikacji miejskiej..
ok godziny 23:28 - na jeden z wielu opustoszałych przystanków tramwajowych podjeżdża jeden z ostatnich tego dnia tramwajów.. wsiadają do niego - jedna pani o bliżej nieokreślonej charakterystyce, trzech potencjalnie-studentów prawdopodobnie po jakiejś imprezie prawdopodobnie o charakterze studenckim, no i my..
godzina 23:29 - pan motorniczy oznajmia dwukrotnie, że nie posiada (się ze smutku?) na sprzedaż biletu nie tylko studenckiego, ale w ogóle żadnego (ja: poproszę bilet studencki; on: mgl mgl mgl.. ja: studencki! on: nie mam!)..
godzina 23:29 (jak ten czas powoli leci..) - ma miejsce pojedyncze najsympatyczniejsze wydarzenie w mojej karierze gościa z prowincji w wielkim mieście - jeden z potencjalnie-studentów wręcza mi nieskasowany bilet w cenie złotego i dwudziestu setnych.. żaden z potencjalnie-studentów nie chce przyjąć ode mnie ekwiwalentu tej ceny w bilonie..
godzina 23:29 - kasuję bilet..
ja to się nie znam, ale jak kątem oka widzę, jak na dole ekranu, na szarym pasku, przelatuje biały napis o takiej mniej więcej treści: premier (wszyscy wiedzą o kogo chodzi) powiedział, że skoro szef po (wszyscy wiedzą, co to za jeden) koniecznie (wyłuszczenie moje własne) musi się z nim spotkać, to on nie odmówi.. - to ja się wtedy zaczynam zastanawiać, czy oni tuska nie przekupili, żeby ten swoim skrajnie idiotycznym zachowaniem kompromitował formację, na której czele stoi, tym samym nabijając sondażową kabzę pisu.. (śmisu).. ehh.. gdyby to był facet z klasą, to by raz jeden powiedział, że on jest gotów rozmawiać, że jego sztab nawiąże kontakt z ich sztabem i to by wystarczyło.. a on? skacze i ujada jak, nie przymierzając, jamnik z kaktusem w odbycie, i teraz kaczka ma nad nim kolosalną przewagę.. swoją desperacką arogancją sprawił, że równie arogancki, obłudny kaczor, teraz może wypowiadać takie kwestie ku uciesze swojego mściwego, węszącego wszędzie antypolskie spiski elektoratu.. i cała grupka jego bezkrytycznych fanów teraz głaszcze się po brzuszkach i klepie po kolanach, ekstatycznie skandując: nasz człek! ale pokazał temu wermachtowcowi! juhuuu..
i czy ktoś jeszcze pamięta, kiedy 'nasz' premier oświadczał, jakiś czas (rok?) temu, że w chamstwie to oni tamty panom nie dorównują? i ja już zrozumiałam, że on, biedaczek, wtedy ubolewał, że nie potrafi tak jak tamci chłopcy, że jest po uszy zatopiony w swoim kompleksie niższości (co, biorąc pod uwagę jego wzrost, oznacza, że ten kompleks jeszcze wtedy taki znowu głęboki nie był..). no, to teraz się w nim już ostatecznie utopił. nie ma większego aroganta w polsce..
ale ja się na tym nie znam.. nie sympatyzuję.. nie silę się na udawany obiektywizm.. mówię jak widzę.. a jeśli miałabym wyjeżdżać z tego kraju, to nie dla jakiegoś idioty, polityka (nie będę wymieniać z nazwisk, ale chyba wiadomo, że chodzi w równym stopniu o nich wszystkich), ale dlatego, że mentalność tego narodu jeszcze długo nie pozwoli ludziom wyjrzeć poza ramy swoich ultrapatriotycznych, konserwatywnych, pogrzebanych w konwenansach tyłków, by z przymróżeniem oka spojrzeć na: