sylwester przyszedł, minął, jest nowy rok. ot, garść truizmów. nic oryginalnego pod tym słońcem, chociaż dzisiaj to pod tą śniegową czapą, co zawisła kilka dni temu nad stolicą i chyba nad resztą kraju też.. sylwester był dobry, w zasadzie okazał się kilkudniowy, bardzo sympatycznie rozegrany.. suka przeżyła, bezproblemowo.. gdybym chciała tak chronologicznie, to musiałabym zacząć od kuchni. w kuchni ściany pobielone w tempie ekspresowym - dwa dni przed padł szalony pomysł. i trzeba to powiedzieć: padł na żyzny grunt mojej własnej, bo w głowie co na moim karku ulokowanej, bezrefleksyjnej ignorancji. remontu się tak nie robi. za niecałe sto złotych. przez dwa dni. na biało. jak na sylwestra zaprasza się gości. którzy zwłaszcza planują kuchnię eksploatować. dosyć intensywnie, bardzo nawet. dwie pizze, pełno sushi, jakieś szpinakowe zawijańce, uszka grzybowe - a to jeszcze nawet nie połowa.. reszta, mniej lub bardziej szczęśliwie, dotarła w stanie już do spożycia.. stół się uginał, krzeseł chwilami brakowało i oprócz tych kilku planszówek, rozgrywaliśmy też raz na jakiś czas komórki do wynajęcia.. suka ledwo żywa, ale szczęśliwa niemożliwie, po drugiej zaległa pod stołem.. m&m podzieliły między siebie kanapę i materac i po kilkugodzinnej przerwie na sen, w składzie drastycznie okrojonym, przeciągnęłyśmy sylwestra na nowy rok.. a, tak tak, zapominam trochę. nie, nie upiłam się do nieprzyzwoitości, nawet tak nie planowałam zrobić. oprócz tego, że w stanie bardzo już wskazującym potrafię zachować pozory (jako takie), nie posiadam głowy z kategorii mocnych. a skoro zuzę zmorzyła gruźlica niewiele po północy, na mnie spadł zaszczyt pełnienia honorów pani domu. poza tym, całkiem serio, nie chciałam się upijać. skromnie, niemalże ascetycznie, robiliśmy w mniej więcej stałym składzie: w salonie cytrynki, w kuchni tequillę.. łyknęłam dzięki temu roczną chyba dawkę witaminy c. no i gitowo, bo następnego dnia zima przyszła. a suka chyba se pęcherz przeziębiła, bo ciągle sika. niestety. jest jeszcze szczeniakiem, więc średnio dwa razy dziennie robi awarię hydrauliczną.. pierwszego dnia nowego roku i drugiego dnia sylwestra, wieczorem, nastąpiła wymiana gości. i w ten sposób sylwester ujrzał trzeci dzień, a drugi dzień nowego roku załapał się jeszcze na naszego sylwestra.. wieczorem tego dnia zrobiłyśmy jeszcze poprawkę poprawki. cały czas dojadane resztki ze stołu nie przetrwały tak długo. zastąpiły je lepiej zakonserwowane gryzaki z torebek. obecnie po sylwestrze została tylko brudna stolnica. dziś już obyło się bez gości, bo ci, których bezskutecznie zapraszamy od jeszcze przed sylwestrem, zaprosili swoich własnych, tym samym wystawiając nas niejako do wiatru. ale ja nie znam całej tej historii. a wiatr? wieje. sypie śniegiem po twarzy, po oczach, po wszystkim innym też, dlatego dobrze to sobie pozakrywać. spacerowałyśmy z suką po tej śnieżycy przed chwilą.. teraz doliczam kolejny dzień do kolekcji 2009 i wsłuchuję się w nią, szalejącą za oknem..
p.s. nie wyszłyśmy o północy na fajerwerki. nie widzę w tym nic specjalnego. oni ciągle strzelają, dziś też strzelali. suka, na szczęście, też ich olewa. suka jest całkiem mądra, jak na swoje pięć miesięcy. i nawet jak na te dwie awarie hydrauliczne dziennie.. suka zagania mnie do łóżka a śnieżyca - skłania do refleksji. ale nie chce mi się o tym pisać. więc mówię: dobranoc i dzień dobry, na wypadek, gdybyśmy się jutro nie widzieli, również: dobry wieczór i do widzenia. salut! i jeszcze: cheers!
gry z kategorii logicznych, karcianych, zręcznościowych, wesołych
więc: taką, taką, taką, taką, i taką..
mi niestety apetyt rośnie w miarę spożywania i łatwo się uzależniam, trudno też jest mi się czasem opanować.. wewnętrzne dziecko dorwało się do steru i, o zgrozo, do portfela.. sceptyk, jak to sceptyk - stuka się palcem w czoło.. welcome back, sceptyku! puka i stuka, huku przy tym sporo, takiego wirtualnego.. on dobrze wie, mój stary dobry sceptyk, jak to się skończy.. ja tymczasem szykuję się do mydlanej przejażdżki na własnej nadziei - że jednak będzie inaczej.. ostatecznie, sceptyk nie jest nieomylny - jest tylko wirtualnym zrzędą, gnieżdżącym się od czasu do czasu gdzieś z tyłu mojej głowy, trochę za uszami, który na dodatek głównie rechoce złośliwie.. dobranoc..
ponieważ internet jest głównym źródłem pożywienia dla mojego wewnętrznego dziecka, zamówiłam właśnie kilka gier planszowych - w ramach rekompensaty za idiotyczne podarunki (vide: "zestaw smrodów"), którymi rok rocznie bezrefleksyjnie obdarza mnie moja własna rodzina.. szczęśliwie chyba zrozumieli, że pięćdziesiąty komplet ozdobnych świec jest już odrobinę passe.. wczoraj z resztą zniosłam wszystkie otrzymane w ubiegłych latach świece, nigdy dotąd niepalone, by ostatecznie unaocznić im bezzasadność obdarzania mnie tymi przedmiotami.. efekt tego będzie zapewne taki, że za rok uzupełnią moją 'kolekcję' o kilka dodatkowo ozdobnych sztuk.. ech.. kolejną i zupełnie odrębną kategorią kolekcji prezentów nietrafionych jest wzmiankowany już "zestaw smrodów". określenie to jest zapożyczone z żargonu współpracowniczek mamy a. zapożyczenia dokonałam wczoraj, po okazaniu tegorocznej zdobyczy - wody toaletowej o bliżej nie określonym, hmm, smrodku, kremu do rąk, który, nie powiem, akurat się przyda, i czegoś na kształt błyszczyka.. w poprzednich latach zaliczyłam już komplet próbek mydeł i szamponów renomowanej firmy na a., zestaw małego elfa w kąpieli (z cyklu modnego wówczas eko-etno), mini kosmetyczkę w, muszę przyznać, twarzowym kolorze spranego różu, zawierającą komplet mazideł służących pokrywaniu tych wszystkich powierzchni ciała na kobiecie, o które powinna bezwzględnie dbać, jako rzecze każde pismo kobiece, howgh.. czasem się trochę za bardzo przejmuję i wtedy robi mi się przykro - bo ja, inwestując w prezenty gwiazdkowe, staram się przynajmniej w minimalnym stopniu myśleć o osobie, dla której będą one przeznaczone.. prezenty, które dostaję od swoich najbliższych, można natomiast podarować absolutnie każdemu, bez względu na stopień powinowactwa i sympatii.. co roku powtarzam sobie: zestaw kosmetyków i czekoladki. zestaw kosmetyków i czekoladki. i co roku nie mam sumienia, żeby iść na tak absolutną, tandetną łatwiznę.. ale tegoroczna woda toaletowa chyba przelała czarę goryczy.. za rok, bezwzględnie: komplet czekoladek i kosmetyki. w tej właśnie kolejności..
za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg, zaraz się zapowietrzę od przyspieszonego stukania w klawiaturę, za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg!!! padaj, śnieżku, padaj 
mama, ale chyba w porozumieniu z kimś, kimkolwiek naprawdę, zafundowała mi zaskakująco fajną książkę. to miłe było z jej strony..
śnieg śnieg śnieg śnieg...
a ja dogadzam właśnie wewnętrznemu bachorowi, kupując mu gry.. książki kupiłam mu już przed świętami 
życia codziennego ciąg dalszy. zwiozłam już dwa regały i stolik. większość ubrań. i prawie wszystkie książki. poprzednio były porozrzucane po kilku różnych półkach, obecnie zajmują cały jeden regał i kilka półek zlokalizowanych na innych meblach. większość - i taka jest smutna prawda - stoi nietknięta. nieprzeczytana. nieskalana wzrokiem niczyim. a może to nie takie smutne, jak mogłoby się wydawać. wychodząc z domu mogę przeciągnąć palcem po ich grzbietach i na pewno znaleźć jakąś do zabrania w podróż.. bo dni spędzam, no tak, na podróżowaniu.. stąd tam. stamtąd gdzie indziej. skądinąd znowu tu.. zataczam koła, kreślę nieforemne ósemki.. są dni, kiedy podróżuję szlakiem nieskończoności. gonię własny ogon.. doganiam go. jem kolację. i rano od nowa. koło. nieskończoność. koło. nieskończoność. przetykana jednym, czasem dwoma posiłkami.. trochę tracę przez to na wadze.. niedużo. zu trwa w postanowieniu, że na zimę trzeba jeść treściwie. syto. więc bez obawy.. zostanie jeszcze trochę miejsc na dietę wiosenną.. do zwiezienia: szafa i regał. duże. wymagające dużego transportu. nie obejdzie się bez pakowania szpargałów w pudła i worki, które wylądują gdzieś na strychu - na wiecznym zapomnieniu. i znowu ta wieczność. to taka wieczność niekonieczna. bo przecież przyjdzie taki dzień, będzie jakaś godzina i jest to nieuniknione - znacząca koniec ich obecności na strychu.. co do zapomnienia - tutaj strzał trafił w dziesiątkę. ja zapominam na dobre.. jeśli coś się samo nie upomni, zginie w otchłani spraw istniejących gdzieś tam, może równolegle, stanowczo zaś poza moją świadomością..
na śniadanie kawa. parówka. czyli luksus - obfitość czasu. parówka: na ciepło. kawa: bez fusów zaparzona.. powoli nabieram w płuca względną stagnację tych kilku porannych godzin.. przede mną regularny cyklon aktywności, odpowiedzialności, obowiązków i całkowitych dupereli.. loka straciła apetyt..
empik wreszcie przysłał książki. profesor właśnie zamawia sobie kapsułę ewakuacyjną z czwartego piętra. o, jedna firma odmówiła współpracy. nie, nie bądźcie tacy, zabierzcie mojego szefa stąd - gdziekolwiek będzie chciał! żebym mogła już pójść do empiku odebrać swoją paczuszkę.. promyk szczęścia w dzisiejszym dniu. udało się, ktoś go stąd zabierze - "możliwie jak najprędzej".. będę miała swój komiks i trzy kolejne ulki. jedna o czarodzieju, jedna o kotach i jeszcze jedna już nie pamiętam o czym, tak dawno składałam to zamówienie.. gorzej, bo to czwarta część komiksu a te jemioły w empiku twierdzą uparcie od jakiegoś czasu, że nie mają dostępu do piątej, mimo, że kolejne, od szóstej wzwyż, ponoć są w ich zasięgu.. o, agnieszka się do mnie właśnie uśmiechnęła. ona się do mnie często uśmiecha, musi mnie lubić? do dziwki szatana się raczej nie uśmiecha, stąd wiem, że gdyby i mnie z jakichś przyczyn nie lubiła - zdecydowanie by się do mnie nie uśmiechała.. no dobrze, w zasadzie nie ma powodu, żeby mnie nie lubić, chociaż ja nigdy nie wiem, o co chodzi z interakcjami międzyludzkimi.. znacznie lepiej sobie radzę z książkami..
po pierwsze: ma sympatyczny rozmiar i dobrze leży w ręku..
po drugie: ma miłe w dotyku kartki i przyjemny zapach..
po trzecie: dobrze się czyta, z uśmiechem w duszy i na twarzy..
po czwarte: już zaczęłam szukać the virgin suicides..
czy to już jest stan, który powinno się leczyć?
przez chwilę, czyli niedługo, chyba przez jakieś trzy, może cztery dni, miałam czyste konto. żadnych zamówień w realizacji, żadnych przesyłek z księgarni z tanimi książkami w białymstoku, niczego w stanie oczekiwania na odbiór czy zapłatę.. i chyba ten stan sprawił, że poczułam się jakoś tak.. bo ja wiem? nago? smutno - że żadna książka nie czeka w kolejce do zapukania do mojego domu, do, skąd inąd, swojego nowego - domu. i z tego smutku i z tej nagości dzisiaj - zmieniłam właśnie ten stan rzeczy. trzy, do tej pory bezpańskie, książki, za pośrednictwem tego wytworu szatana, którym jest internet, zostały skierowane prosto w moje szeroko rozpostarte, żądne zadrukowanych stron ramiona.
a w pracy piknik, grill, kaszanka i kiełbasa, emocje, eh, emocje..
a w pracy, która jest, ekhem, odskocznią, cyrk na kółkach - normalka 
gdzie jest mój śnieg? zamawiałam przed świętami - na święta. no i gdzie on jest? dostarczaniem śniegu w tym kraju zajmuje się ups, czy co?
znalazłam dziś przypadkiem w internecie przefajny serwis. nazywa się biblionetka i już założyłam sobie w nim konto. nasza klasa? e tam, nasza klasa jest przereklamowana, poza tym jest już w niej jedna osoba, co się nazywa tak jak ja. więcej mnie tam nie trzeba. tymbardziej zaś nie trzeba tam - mnie samej. więc się do klasy nie zapisuję - hola hola, przecierpiałam swoje w podstawówce i potem w ogólniaku, jeśli z kimś chciałam zostać w kontakcie, to zostałam - po co cała reszta ma wiedzieć, co w mojej trawie piszczy? to moja trawa i nic im do tego. ale taki serwis z książkami, to już co innego..
założyłam sobie też, i tylko sceptyk raczy wiedzieć po co, osobnego bloga dla trenowania zdolności recenzenckich, których nie mam za grosz, ale przecież trening czyni miszcza.. o: tutaj
a w ogóle to należy mi pogratulować - przeżyłam święta!
tak się nazywa kolejna książka, która już niebawem będzie czekała na mnie aż przyjdę i ją odbiorę z empikowego salonu.. już więcej nie popełnię błędu zamawiania czegokolwiek dostarczanego kurierem. nie z empiku w każdym razie. bo przecież są cywilizowane firmy kurierskie, z którymi można się dogadać - jak z ludźmi. ups do tych firm nie należy. a jedyny minus jaki do tej pory w empiku zauważyłam jest współpraca z tą właśnie firmą. no dobrze, no to może jestem jeszcze ciągle rozgoryczona tą sytuacją - na ich szczęście książki już mam w swoim posiadaniu - i z całą pewnością moja ocena nie jest nawet w najmniejszym stopniu obiektywna. ale tak to już jest z pierwszym wrażeniem - zostawia trwały ślad w psychice, jest prawie niemożliwe do zweryfikowania. a w tym przypadku skutecznie zniechęciło mnie do podejmowania jakiejkolwiek współpracy z ups albo z firmą z nimi współpracującą..
empik do mnie napisał. że wysłał książki. uśmiecham się szeroko w stronę okna - gdzieś z tamtej strony do mnie przyjadą. kto wie, może nawet jeszcze dziś? czy to zbytek nadziei? czy jest to nadmiar naiwności? resztę zamówień kieruję do salonu na marszałkowskiej. tylko w tym tygodniu mogłam zaczekać, aż paczka 'sama' do mnie przyjdzie. oczywiście - powinnam pisać. a ja zamiast pisać - czekam. poza tym gotuję obiad. pierwszy obiad, który ugotowałam od.. miesiąca? dwóch? trzech? nie pamiętam, kiedy ostatnio coś gotowałam.. myślę, co mogłabym jeszcze porobić, żeby było z pożytkiem - żeby sankcjonowało wyzute z czarnych literek połacie nowych, wordowych dokumentów.. a raczej ich kompletny brak..
skończyłam. czytać. powinnam w zasadzie.. nie, właśnie nie powinnam - czytać. w ogóle. w ogóle to powinnam pisać. siedzieć i pisać. rozdział za rozdziałem. jeszcze mogę zdążyć. jeszcze mogłoby się udać. profesor powiedziała, że to brzmi ciekawie. zawsze tak mówi. jest taka uprzejma. tylko raz oznajmiła, że nie sądzi, żebym się zmieściła w terminie. raz ucieszyła się na piśmie, że dałam znak życia. i raz osobiście dała wyraz swej radości, że zjawiłam się - żywa i z krwi i kości. powinnam pisać pisać pisać.. ale ja bym chciała czytać czytać czytać. więc zamówiłam jeszcze dwie książki. i oglądam transmisję z obrad sejmu..
empik ciągle jeszcze nie dostarczył mojego sobotniego zamówienia. napisali, że w 48 godzin wysyłają. kurierem. zapłaciłam z góry. a oni nic i nic. maniakalnie sprawdzam pocztę w oczekiwaniu na jakąkolwiek informację o postępach w realizacji zamówienia - i nic. i nic. i nic. rano - nic. wczoraj - nic. cały dzień - nic. kiedy wbrew wszelkiej logice sprawdziłam już w niedzielę - nic. teraz - nic. gdzie moje książki?! jestem na głodzie. zatrzymuję rozprostowane w palcach dłonie poziomo nad klawiaturą - zaczynają drżeć. kończę czytać kolor purpury, boję się, że skończę, zanim kurier zapuka do drzwi..
to już oficjalne - jestem definitywnie uzależniona nie tylko od internetu, ale też, co ważniejsze i, przy okazji, straszniejsze, bo bardziej dotkliwe, zważywszy na notorycznie cierpiący na tym i tak nie najlepszy stan moich finansów - od kupowania książek w empiku. w internetowym empiku. książek z importu. ale też książek krajowych. takich, które kurier dostarcza prosto do drzwi. następnym krokiem w tym szaleństwie będzie internetowy zakup nowego regału. na te wszystkie książki. uwielbiam książki. a w polityce napisali o takim urządzeniu, które będzie przez powietrze ściągać elektroniczne książki chyba z amazona. za dziesięć dolców za sztukę. bluźniercy. książki należy kochać. przytulać. kartkować. wąchać. całować na dobranoc. no dobrze. może z tym całowaniem to przesada.
dwie kolejne książki.. niecierpliwość wzięła górę. chrzanić ich rabaty. tym razem na gwiazdkę neil gaiman i ann bannon 
kolekcja kubków na parapecie liczy ich sobie już cztery. piję herbatę już prawie nałogowo. już jestem skłonna twierdzić, że herbatą wyleczyłam namiastkę grypy z zeszłego tygodnia. tak właśnie już rozpowiadam na mieście. z sześciu chyba różnych herbat owocowych już mogę wybierać codziennie i już szafka kuchenna od nich w szwach - pęka.. no ale co ja na to poradzę, że lubię? i co zrobię, że tylko przy parapecie się fajnie siedzi, bo pod nim jest kaloryfer, który - grzeje?
moje zamówienie już jest w empiku czeka na mnie aż przyjdę i je odbiorę ale fajnie.. uff.. a to nawet nie sezon gwiazdkowy jeszcze.. a może to już? koniec listopada.. nigdy nie potrafię się dopasować sezonowo do reszty społeczeństwa.. a może już zrobię prezenty, żeby potem mieć z głowy? myślę sobie - świeczki dla wszystkich.. któż nie lubi dostawać ładnych, ekstrawagancko ukształtowanych, pachnących, kolorowych świeczek, których potem żal palić? :P
empik już skompletował moje zamówienie. ja sama prawie o nim zapomniałam, a oni rach ciach, wcale nie na gwiazdkę, tylko już.. już prawie, bo jeszcze jednak muszę poczekać - w przybliżeniu, ok 48 godzin.. roboczych. tylko nie wiem jak się godziny robocze przekładają na godziny zwyczajne i czy to znaczy, że najdalej za dwie doby będę mogła sfinalizować całe przedsięwzięcie, płacąc za książki w momencie ich odbioru z salonu, czy w sformułowaniu owym kryje się jakiś haczyk - na przykład, że robocze to są tylko od-do i w zależności od rozpiętości czasoprzestrzennej, jaką to od-do w sobie zawiera, potrwać to może nawet sześć dni? (przy założeniu, że roboczych godzin się w dobie mieści osiem..) tak czy inaczej, dadzą znać. wyślą mejla. kocham ich za to.. i nienawidzę jednocześnie. bo już w tym miesiącu miałam nie kupować książek.. a na domiar złego, teraz z utęsknieniem wyczekuję kolejnych rabatów, bym mogła dokonać kolejnych zakupów - świnie wstrętne, elektronicznie perfidne..
zamówiłam sobie prezent na gwiazdkę :) zamówiłam sobie w empiku, z tak zwanego importu, dwie pozycje literackie
a czemu na gwiazdkę? bo to towary są na zamówienie - nie wiem konkretnie jak działa ten system, ale generalnie data realizacji tegoż ambitnego zamówinia wypada jakoś na początku grudnia, plus czas dostawy książek do salonu, to tak sobie myślę, że akurat na gwiazdkę powinny dotrzeć. i wiesz co, sceptyku? (tak tak, sceptyk wrócił, ma się dobrze, nawet wyśmienicie) akurat sobie wczoraj rano myślałam: fajnie by było zamówić sobie te książki. trzymam je w schowku internetowej wersji empiku już od dobrego miesiąca, czekając, aż pojawi się przy nich choć cień potencjalnej dostępności (bo do tej pory zmieniali system i jeszcze nie oferowali niczego z importu). ale kurczaki pieczone, drogawe takie są, a tu się miesiąc kończy, z kasą krucho, wypłata w połowie listopada, inne wydatki na głowie (dosłownie: czapkę bym se kupiła, może jest jeszcze jakaś szansa dla mych schorowanych zatok?) no i w ogóle to mogliby mi jakiś rabacik podrzucić, jak to mają czasem w zwyczaju robić wśród wielu upierdliwych reklam w skrzynce tlenowej.. i co? i co widzę wczoraj wieczorem, przy okazji sprawdzania poczty? ha ha! jasnowidze jakieś, czy co? rabacik, trzask prask - niby piętnaście zeta przy tych zaporowych cenach w empiku to niewiele, ale sam rozumiesz, gdzie indziej ja w polsce zdobędę to albo to ?? w schowku czeka na mnie jeszcze cała kolekcja literackich zmagań z rzeczywistością tej pani .. ale to może już na jakieś inne święta? może na samą gwiazdkę przyślą rabacik ekstra? może powinnam sobie założyć jeszcze ze cztery konta na tlenie? bosz.. nienawidzę się za to owcze uleganie ich strategii marketingowej - podli szubrawcy żerujący na tragedii człowieka ogarniętego manią kupowania książek.. nie wystarczy już, że księgarnie murowane omijam szerokim łukiem - musieli wedrzeć się do mojego domowego azylu i z ekranu monitora opleść mnie macką promocji..