nie wiem, czy to już come back, tym bardziej mam wątpliwości co do jego rozmiarów.. przez moment stanął w ogóle pod znakiem zapytania, bo okazuje się, że sześć miesięcy wystarczy, żeby zapomnieć hasło używane regularnie przez kilka lat z rzędu.. no tak, ale przecież tyle haseł trzeba teraz pamiętać, a najlepiej, żeby były jak najmniej słownikowe, żeby nie daj bóg jakiś haker nie wtargnął człowiekowi w jego wirtualny świat. są hasła do komputerów, do skrzynek pocztowych, do banków, do fejsbuka, do innych społeczności, jeśli ktoś jeszcze czuje niedosyt, do komunikatorów wszelkiej maści, do allegro, do zarządzania telefonem i internetem, do internetu w ogóle.. dobrze, żeby każde było inne, niepowtarzalne, urozmaicone o cyfry i niestandardowe kombinacje liter małych i wielkich, no bo ci hakerzy.. więc w każdym razie nie wiem, czy to już powrót, czy tylko joggerowa czkawka. rozleniwiłam się nieziemsko. nie postawiłam nawet kropki w celach czysto relaksacyjnych. pisałam, owszem, mejle w sprawach służbowych i sporadycznie - osobistych. komunikowałam się na gygy. tworzyłam programy usprawniania i sprawozdania. pisałam wnioski konkursowe o finansowanie, dofinansowanie i ogólnie żeby ktoś dał kasę, co to się przecież, no tak - należy.. ręcznie (!) wypełniałam niezliczone rubryczki. napisałam setki smsów swego czasu.. więcej grzechów - nie pamiętam. ale to akurat nietrudne. ja do niepamiętania to mam talent.. w zasadzie nie powiem, żebym czegoś żałowała. chociaż w to może niektórym trudno uwierzyć. jeśliby mi ktoś jeszcze rok, może dwa lata temu powiedział, że tak będzie, sama bym nie uwierzyła. za chiny ludowe.. czekam aż sceptyk wróci, jeśli jeszcze żyje, stamtąd, dokąd go diabli posłali te w przybliżeniu pół roku temu, i wyznaczy mi jakąś pokutę.. ale naprawdę, zastrzelcie mnie, nie wiem..
no tak. jakoś tak to wyszło, że już dawno nie pisałam. o kurniku. o życiu. o czymkolwiek. szczerze? nie chciało mi się. samej z siebie, dla siebie, przez siebie, zwyczajnie.. do kurnika się już w zasadzie przyzwyczaiłam i nauczyłam nie dziwić.. trochę przez ten czas pozmieniało się w dynamice współżycia kurnikowego.. jakoś w połowie grudnia zrobiłam pierwszy krok w kierunku uelastycznienia swoich stosunków z wisienką, co oczywiście było, jest i będzie ze wszech miar niestosowne.. ona twierdzi, że nie łączy wolnego czasu z pracą, zuza twierdzi, że to już regularny romans.. sceptyk twierdzi, że mnie pojebało.. no i - jak zwykle, ma rację.. bo niewykluczone, że, przynajmniej z mojej strony, nosi to jakieś znamiona co najmniej flirtu. no i nie żebym szukała usprawiedliwienia dla siebie, ale przecież zuza notorycznie flirtuje z całym internetem i jakoś nikt nie widzi w tym nic złego.. czy ja nie mogę pozwolić sobie na niewinny, wirtualny, kompletnie jednostronny flirt - z własną szefową? tak, wiem, sceptyku..
tymczasem w niedzielę stuknęła nam okrągła czwórka.. liczona od daty pierwszej półoficjalnej randki. pierwszego regularnego pocałunku.. pierwszego wspólnego wyjścia do kina.. pierwszego wspólnego wieczoru w lemadame.. pierwszych czułości przy akompaniamencie harfy.. to była dosyć niesamowita pierwsza randka..
potem nie obyło się bez wyboi.. ale gdyby nie one, przypuszczalnie nie przetrwałybyśmy do dziś.. zdeklarowana poligamistka z kwestionującą monogamistką..
suka rozkłada się na kanapie, piłka jeżyk w jednej łapie, na węzełek pyskiem kłapie.. piłkę czasem z kanapy zrzuca i po nią zbiega, goni, dopada, zabiera z powrotem na kanapę.. no kocham tę sukę, ale przecież kiedyś trzeba jeść.. więc musi zadowolić się własną inwencją twórczą..
sylwester przyszedł, minął, jest nowy rok. ot, garść truizmów. nic oryginalnego pod tym słońcem, chociaż dzisiaj to pod tą śniegową czapą, co zawisła kilka dni temu nad stolicą i chyba nad resztą kraju też.. sylwester był dobry, w zasadzie okazał się kilkudniowy, bardzo sympatycznie rozegrany.. suka przeżyła, bezproblemowo.. gdybym chciała tak chronologicznie, to musiałabym zacząć od kuchni. w kuchni ściany pobielone w tempie ekspresowym - dwa dni przed padł szalony pomysł. i trzeba to powiedzieć: padł na żyzny grunt mojej własnej, bo w głowie co na moim karku ulokowanej, bezrefleksyjnej ignorancji. remontu się tak nie robi. za niecałe sto złotych. przez dwa dni. na biało. jak na sylwestra zaprasza się gości. którzy zwłaszcza planują kuchnię eksploatować. dosyć intensywnie, bardzo nawet. dwie pizze, pełno sushi, jakieś szpinakowe zawijańce, uszka grzybowe - a to jeszcze nawet nie połowa.. reszta, mniej lub bardziej szczęśliwie, dotarła w stanie już do spożycia.. stół się uginał, krzeseł chwilami brakowało i oprócz tych kilku planszówek, rozgrywaliśmy też raz na jakiś czas komórki do wynajęcia.. suka ledwo żywa, ale szczęśliwa niemożliwie, po drugiej zaległa pod stołem.. m&m podzieliły między siebie kanapę i materac i po kilkugodzinnej przerwie na sen, w składzie drastycznie okrojonym, przeciągnęłyśmy sylwestra na nowy rok.. a, tak tak, zapominam trochę. nie, nie upiłam się do nieprzyzwoitości, nawet tak nie planowałam zrobić. oprócz tego, że w stanie bardzo już wskazującym potrafię zachować pozory (jako takie), nie posiadam głowy z kategorii mocnych. a skoro zuzę zmorzyła gruźlica niewiele po północy, na mnie spadł zaszczyt pełnienia honorów pani domu. poza tym, całkiem serio, nie chciałam się upijać. skromnie, niemalże ascetycznie, robiliśmy w mniej więcej stałym składzie: w salonie cytrynki, w kuchni tequillę.. łyknęłam dzięki temu roczną chyba dawkę witaminy c. no i gitowo, bo następnego dnia zima przyszła. a suka chyba se pęcherz przeziębiła, bo ciągle sika. niestety. jest jeszcze szczeniakiem, więc średnio dwa razy dziennie robi awarię hydrauliczną.. pierwszego dnia nowego roku i drugiego dnia sylwestra, wieczorem, nastąpiła wymiana gości. i w ten sposób sylwester ujrzał trzeci dzień, a drugi dzień nowego roku załapał się jeszcze na naszego sylwestra.. wieczorem tego dnia zrobiłyśmy jeszcze poprawkę poprawki. cały czas dojadane resztki ze stołu nie przetrwały tak długo. zastąpiły je lepiej zakonserwowane gryzaki z torebek. obecnie po sylwestrze została tylko brudna stolnica. dziś już obyło się bez gości, bo ci, których bezskutecznie zapraszamy od jeszcze przed sylwestrem, zaprosili swoich własnych, tym samym wystawiając nas niejako do wiatru. ale ja nie znam całej tej historii. a wiatr? wieje. sypie śniegiem po twarzy, po oczach, po wszystkim innym też, dlatego dobrze to sobie pozakrywać. spacerowałyśmy z suką po tej śnieżycy przed chwilą.. teraz doliczam kolejny dzień do kolekcji 2009 i wsłuchuję się w nią, szalejącą za oknem..
p.s. nie wyszłyśmy o północy na fajerwerki. nie widzę w tym nic specjalnego. oni ciągle strzelają, dziś też strzelali. suka, na szczęście, też ich olewa. suka jest całkiem mądra, jak na swoje pięć miesięcy. i nawet jak na te dwie awarie hydrauliczne dziennie.. suka zagania mnie do łóżka a śnieżyca - skłania do refleksji. ale nie chce mi się o tym pisać. więc mówię: dobranoc i dzień dobry, na wypadek, gdybyśmy się jutro nie widzieli, również: dobry wieczór i do widzenia. salut! i jeszcze: cheers!
gry z kategorii logicznych, karcianych, zręcznościowych, wesołych
więc: taką, taką, taką, taką, i taką..
mi niestety apetyt rośnie w miarę spożywania i łatwo się uzależniam, trudno też jest mi się czasem opanować.. wewnętrzne dziecko dorwało się do steru i, o zgrozo, do portfela.. sceptyk, jak to sceptyk - stuka się palcem w czoło.. welcome back, sceptyku! puka i stuka, huku przy tym sporo, takiego wirtualnego.. on dobrze wie, mój stary dobry sceptyk, jak to się skończy.. ja tymczasem szykuję się do mydlanej przejażdżki na własnej nadziei - że jednak będzie inaczej.. ostatecznie, sceptyk nie jest nieomylny - jest tylko wirtualnym zrzędą, gnieżdżącym się od czasu do czasu gdzieś z tyłu mojej głowy, trochę za uszami, który na dodatek głównie rechoce złośliwie.. dobranoc..
ponieważ internet jest głównym źródłem pożywienia dla mojego wewnętrznego dziecka, zamówiłam właśnie kilka gier planszowych - w ramach rekompensaty za idiotyczne podarunki (vide: "zestaw smrodów"), którymi rok rocznie bezrefleksyjnie obdarza mnie moja własna rodzina.. szczęśliwie chyba zrozumieli, że pięćdziesiąty komplet ozdobnych świec jest już odrobinę passe.. wczoraj z resztą zniosłam wszystkie otrzymane w ubiegłych latach świece, nigdy dotąd niepalone, by ostatecznie unaocznić im bezzasadność obdarzania mnie tymi przedmiotami.. efekt tego będzie zapewne taki, że za rok uzupełnią moją 'kolekcję' o kilka dodatkowo ozdobnych sztuk.. ech.. kolejną i zupełnie odrębną kategorią kolekcji prezentów nietrafionych jest wzmiankowany już "zestaw smrodów". określenie to jest zapożyczone z żargonu współpracowniczek mamy a. zapożyczenia dokonałam wczoraj, po okazaniu tegorocznej zdobyczy - wody toaletowej o bliżej nie określonym, hmm, smrodku, kremu do rąk, który, nie powiem, akurat się przyda, i czegoś na kształt błyszczyka.. w poprzednich latach zaliczyłam już komplet próbek mydeł i szamponów renomowanej firmy na a., zestaw małego elfa w kąpieli (z cyklu modnego wówczas eko-etno), mini kosmetyczkę w, muszę przyznać, twarzowym kolorze spranego różu, zawierającą komplet mazideł służących pokrywaniu tych wszystkich powierzchni ciała na kobiecie, o które powinna bezwzględnie dbać, jako rzecze każde pismo kobiece, howgh.. czasem się trochę za bardzo przejmuję i wtedy robi mi się przykro - bo ja, inwestując w prezenty gwiazdkowe, staram się przynajmniej w minimalnym stopniu myśleć o osobie, dla której będą one przeznaczone.. prezenty, które dostaję od swoich najbliższych, można natomiast podarować absolutnie każdemu, bez względu na stopień powinowactwa i sympatii.. co roku powtarzam sobie: zestaw kosmetyków i czekoladki. zestaw kosmetyków i czekoladki. i co roku nie mam sumienia, żeby iść na tak absolutną, tandetną łatwiznę.. ale tegoroczna woda toaletowa chyba przelała czarę goryczy.. za rok, bezwzględnie: komplet czekoladek i kosmetyki. w tej właśnie kolejności..
za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg, zaraz się zapowietrzę od przyspieszonego stukania w klawiaturę, za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg, za oknem śnieg!!! padaj, śnieżku, padaj 
mama, ale chyba w porozumieniu z kimś, kimkolwiek naprawdę, zafundowała mi zaskakująco fajną książkę. to miłe było z jej strony..
śnieg śnieg śnieg śnieg...
a ja dogadzam właśnie wewnętrznemu bachorowi, kupując mu gry.. książki kupiłam mu już przed świętami 
życia codziennego ciąg dalszy. zwiozłam już dwa regały i stolik. większość ubrań. i prawie wszystkie książki. poprzednio były porozrzucane po kilku różnych półkach, obecnie zajmują cały jeden regał i kilka półek zlokalizowanych na innych meblach. większość - i taka jest smutna prawda - stoi nietknięta. nieprzeczytana. nieskalana wzrokiem niczyim. a może to nie takie smutne, jak mogłoby się wydawać. wychodząc z domu mogę przeciągnąć palcem po ich grzbietach i na pewno znaleźć jakąś do zabrania w podróż.. bo dni spędzam, no tak, na podróżowaniu.. stąd tam. stamtąd gdzie indziej. skądinąd znowu tu.. zataczam koła, kreślę nieforemne ósemki.. są dni, kiedy podróżuję szlakiem nieskończoności. gonię własny ogon.. doganiam go. jem kolację. i rano od nowa. koło. nieskończoność. koło. nieskończoność. przetykana jednym, czasem dwoma posiłkami.. trochę tracę przez to na wadze.. niedużo. zu trwa w postanowieniu, że na zimę trzeba jeść treściwie. syto. więc bez obawy.. zostanie jeszcze trochę miejsc na dietę wiosenną.. do zwiezienia: szafa i regał. duże. wymagające dużego transportu. nie obejdzie się bez pakowania szpargałów w pudła i worki, które wylądują gdzieś na strychu - na wiecznym zapomnieniu. i znowu ta wieczność. to taka wieczność niekonieczna. bo przecież przyjdzie taki dzień, będzie jakaś godzina i jest to nieuniknione - znacząca koniec ich obecności na strychu.. co do zapomnienia - tutaj strzał trafił w dziesiątkę. ja zapominam na dobre.. jeśli coś się samo nie upomni, zginie w otchłani spraw istniejących gdzieś tam, może równolegle, stanowczo zaś poza moją świadomością..
na śniadanie kawa. parówka. czyli luksus - obfitość czasu. parówka: na ciepło. kawa: bez fusów zaparzona.. powoli nabieram w płuca względną stagnację tych kilku porannych godzin.. przede mną regularny cyklon aktywności, odpowiedzialności, obowiązków i całkowitych dupereli.. loka straciła apetyt..
ping pong z szefem:
on: łooa, a co to?
ja: a papier..
jagna - magik 
szaro-niebieskookie holenderki..
przyszła do nas nie wiem skąd (no dobra, wiem, od kogo.. prawie..)
zawróciła w głowie tak dokładnie
teraz już rozumiem, to jest to
jedna LOKA i już przepadłeś :P
| Od my name is.. my name is.. |
no to prace remontowe głęboko w lesie w toku.. psie szczenię głęboko w fazie rem.. nie wszystko na swoim miejscu, ale i tak nie jest źle..
ten tydzień, pamiętacie, o którym powiedziałam wczoraj, że zapowiadał się spokojnie, i że nawet już się zaczął? no więc właśnie ten tydzień - jeszcze wczoraj - dobiegł końca.. szczegóły nie są takie istotne, chociaż istotnie, to w nich pogrzebany jest diabeł.. zaraz po wejściu v. poczęstowała mnie tą informacją i mogłabym przysiąc, że po prostu był to jej pomysł na odegranie się za wszystkie te razy, kiedy mówiłam coś zupełnie niedorzecznego z kamiennym, w moim mniemaniu, wyrazem twarzy, żeby, no wiecie, sobie pożartować, pośmiać się razem, i tak dalej, i dalej.. więc, rozumiecie, zaczęłam się śmiać, bo to nawet całkiem udany żart tak z samego rana jej wyszedł.. eksport odwołany, powiedziała. było to o tyle zabawne, że jak można odwołać eksport już, no tak, wyeksportowany.. no ale można.. w, tak tak, słusznie się domyślacie, atmosferze wielce stresującej i napiętej.. tym bardziej, że to atmosfera samego środka nocy była.. jutro to dopiero będzie cyrk - na kółkach!
z samego rana pogrzebałam nie tylko nadzieje na tydzień względnego wytchnienia, lecz także nadzieję, jakże złudną, że ciocia dobra rada obraziła się na mnie, nie wiedzieć czemu (ale dziękować za to bogu), śmiertelnie i przestanie się w związku z tym odzywać - w moim kierunku.. ale z ciocią dobra rada nie da się na wojenną ścieżkę wejść z premedytacją i jakkolwiek skutecznie.. to ona ustala reguły gry.. ona wybiera moment, w którym się obraża - bez względu na starania i płonne nadzieje sukcesu drugiej strony.. ona wybiera moment, w którym broń odwiesza do szafy z miotłami.. a może to dlatego, że pracowałyśmy, te ostatnie dwa dni, w nieznacznie okrojonym składzie i każde ucho było jednakowo cenne? w takim razie to nawet dobrze, że od jutra skład jest pełen. z naddatkiem nawet.. z samego rana została bowiem dosyć brutalnie naruszona moja nietykalność interpersonalna - gdy ciocia dobra rada postanowiła uraczyć mnie jakąś przypowiastką ze swojego życia.. niestety, akurat byłam w trakcie wykonywania jakiejś czynności, której nie mogłam tak po prostu porzucić i wyjść.. niestety.. póki co, mój stan można oszacować na stabilny, ale jeśli jutro jej ataki się powtórzą, a kto wie, nawet mogą się nasilić - może pomyślę o spisaniu jakiejś woli swojej ostatniej?
próbowałam dziś, w przerwach między pracą i pracą, ustawić tor do mini-golfa, ale ograniczenia materiałowe w połączeniu z limitami czasowymi dały skutek dosyć opłakany.. jutro powtórka z rozrywki? nie nie nie, jutro - cyrk na kółkach..
znowu trochę się chowałam przed światem.. głównie w wyniku godzinnej wizyty w 'urzędzie'.. heh, ten urząd myśli, że boję się stracić tę pracę z powodu przyczyny swojej dzisiejszej w nim wizyty.. ten urząd może się mylić w bardzo niewielkim stopniu, jednocześnie jednak nie zna nawet połowy obaw, które żywię w stosunku do swojej przyszłości w kurniku.. nawet jednej trzeciej.. może i jednej tysięcznej, prawdę powiedziawszy.. potencjalny romans z brązowymi oczami, jeśli zwłaszcza wziąć pod uwagę jego absolutną nieprawdopodobność (ok, takiego słowa nie ma - no i?), nie przechodzi nawet eliminacji do rankingu źródeł tych obaw.. no to jestem neurotyczką - no i co się gapisz?
dobra, obiecałam m., że coś zrobię i powinnam się zabrać.. tak tak, wzięłam trochę kurnika do domu - wy tak nie robicie?
dziś był dzień komplementów.. i niecodziennych propozycji. i gróźb.. zacznę od tych przyjemniejszych momentów, czyli kilku baardzo, ale to bardzo przyjemnych uwag, poczynionych przez o. i m. i nawet i., która gościnnie dołożyła swoje trzy grosze.. najpierw o., w zasadzie też gościnnie, skomplementowała moją fryzurę, stwierdzając, że mi pasuje. no ba. potem m. powiedziała coś, co wyjęte z kontekstu przyczyniłoby się do rozpłomienienia mego lica w rumieńcu - rumieniec z resztą na koniec dnia pojawił się na mym obliczu, ale z innego powodu. a m. powiedziała, że tak jej się podoba to co mam na głowie, że nie może się napatrzeć. i co przechodzę obok, to ona mi się przygląda.. narcyzm pięćset/osiemset normalnie.. i., wpadając z niezapowiedzianą ogółowi wizytą, też przywitała, chyba mnie, nie wiem, bo witała się prawie zbiorowo, uwagą, że fryzura ekstra i w ogóle. och i ach, no wreszcie!
z niecodziennych propozycji, m. z samego rana złożył mi taką, że w pierwszym odruchu i myśląc, że to żart, zaakceptowałam ją, ale on się położył i naprawdę chciał, żebym mu chodziła po plecach.. więc oznajmiłam, że ryzykuje zmiażdżenie pod ciężarem sześćdziesięciu pięciu kilo żywej wagi, dzieciom poleciłam, żeby nie robiły tego w domu, i między ósmą a dziewiątą, przespacerowałam mu się wzdłuż collumna vertebralis, na jego własne, wyraźne życzenie.. sprawiał wrażenie zadowolonego, może oprócz tych momentów, kiedy musiałam awaryjnie zeskoczyć, żeby zaradzić jakiemuś mini-kryzysowi w naszym bezpośrednim otoczeniu..
brązowe oczy zagroziła natomiast, kilkakrotnie, że mnie zabije. a może, że zamorduje? nie wiem, czy była mowa o gołych rękach, ale już samo sugerowanie chęci popełnienia na mnie czynu karalnego podlega chyba kodeksowi karnemu? do brązowych oczu wreszcie dotarło, że mi nie wolno pozwalać na zamawianie czegokolwiek. zastanawiam się też jak moje szaleństwa są odbierane wśród reszty kurnika? boję się myśleć, oni już chyba niedługo sami zaczną podejrzewać mnie o to, o czym ja sama mogę tylko grzesznie marzyć.. a brązowe oczy może i traktuje mnie lekko ulgowo, ale to dlatego, że ja generalnie roztaczam wokół siebie aurę czaru nie do odparcia. i, w odróżnieniu do prawie wszystkich pozostałych, nieustannie się uśmiecham. m. nawet wyraziła serdeczne zdziwienie moim nieuzasadnionym według niej optymizmem. spytała, czy mi się przypadkiem czasem nie odechciewa, z czego wywnioskowałam, że jej i owszem. ale co ja na to poradzę, że ona wydaje się być jeszcze bardziej znerwicowana niż ja?
z innych ciekawostek - i. powolutku zaczyna odczuwać zmęczenie materiału wywołane zbyt częstą i nadmierną ekspozycją na działanie cioci dobra rada. tak wcześnie w roku? to nie wróży niczego dobrego w kwestii relacji interpersonalnych. i. odkryła amerykę, zgłębiając prawdziwą naturę zatrudnienia cioci dobra rada. brawo i! w pewnym momencie ciocia dobra rada wparowała do okupowanego przez cztery z nas pokoju zwierzeń i wyraziła głośne zdziwienie nagłą ciszą, jaka zapanowała na okoliczność jej przybycia.. pospieszyłam więc z wyjaśnieniem tej niezręcznej sytuacji.. plotki - zaproponowałam. a kto was tam wie, może i plotki - skwitowała. i se poszła. pod koniec dnia natomiast stał się istny cud (może tylko odrobinę podyktowany ponad półgodzinną obecnością brązowych oczu na zwołanym przez m. obowiązkowym zebraniu). s.r. doczekała się konserwacji swej horyzontalnej powierzchni. a potem kilka powierzchni zorientowanych pionowo dostąpiło tego samego niewątpliwie zaszczytu. musimy częściej zapraszać brązowe oczy do kurnikowego epicentrum - kto wie, może nawet zacznie świecić czystością?
tymczasem jutro spodziewam się kolejnej dostawy. na szczęście okazuje się, że nie tylko ja wygenerowałam jakieś horrendalne koszty już w pierwszym miesiącu działalności kurnika. mam wspólniczkę w napędzaniu koniunktury firmom zajmującym się działalnością momentami ocierającą się o niszowość - i jest nią m., która tak fantastycznie skomplementowała mnie dzisiaj. w najbliższym czasie, a z rozmowy telefonicznej, którą przeprowadziłam w poniedziałek wynika, że co najmniej do końca tego tygodnia, przespaceruję się jeszcze raz zaświecić oczami przed tymi brązowymi i tymi c. oni mnie wyleją szybciej, niż mnie przyjęli i nawet nie będą tęsknić.. a ta jutrzejsza przesyłka, ona jest niekompletna, to znaczy tam nie ma wszystkiego, co zaplanowałam, że zamówię i jak ja mam im to powiedzieć?
pod koniec dnia oblałam się rumieńcem, bo zostałam wyrwana do odpowiedzi, kilkakrotnie, a mnie takie sytuacje niezmiernie stresują no więc się rumienię. nie, żebym nie wiedziała co mam powiedzieć - wystarczy, że w ogóle każe mi się mówić.. ogólnie ten dzień, mimo jego niewątpliwie miłych momentów, zmęczył mnie, co było z resztą w zupełności do przewidzenia i nawet przewidziane zostało.. a zatem - dobranoc..
ot, ciekawostka 
jest taki jeden pan, mijam go na korytarzach czwartego piętra sporadycznie. on prawie nigdy nie patrzy mi w oczy, prawie zawsze wzrok wbija w podłogę. wymieniamy się uprzejmościami i idziemy każde w swoją stronę, do swoich spraw, które nigdy nie dzielą wspólnej płaszczyzny.. nie wiem nawet, jak ten pan ma na nazwisko. czy imię. kiedyś ponoć spowodował niewielki pożar czwartego piętra - ponoć zostawił włączoną suszarkę. na weekend. i puff.. ten pan dziś się do mnie zwrócił. na szczęście przy ludziach - bo tak całkiem bezpośrednio, z imienia, że nie powiem, nieznacznie wytrąciło mnie to z równowagi.. ten pan, okazuje się, ma bardzo łagodny głos i pozornie, również resztę usposobienia.. ten pan powiedział, że czyni jakieś zakusy na kawałek sprzętu, który od dobrego roku zalega na podłodze na tym moim końcu korytarza, na ostatnim piętrze.. ale ponoć nie wolno mi dać się zwieść jego łagodności - sprzęt ma pozostać na swoim miejscu. po raz z pewnością kolejny wytłumaczono mi nawet, czemu. i tak zapomnę. to takie merytorycznie nieistotne, że nie ma po co sobie głowę zawracać. niech stoi, póki się nikt nie potyka.. a jak kiedyś zniknie, nie będę po nim płakać.. gorzej, jak ktoś się nagle spyta, co się z nim stało.. cóż, wzruszę ramionami i pokażę palcem na tego pana.. a potem się okaże, że sprzęt podzielił los suszarki i czwarte piętro się z tego powodu nie zawali..
szybka burza mózgu, zanim pozapominam.. urodziło się dziecię.. więc potem była sobota. acha, nauczyłam się robić sushi, chociaż jeszcze bez ryby, to znaczy bez tej surowej, bo w paluszku tak zwanym krabowym jest mięso właśnie z ryby, ale przetworzone tak czy inaczej, więc chwilowo tylko z warzywami i tylko maki. ale ryż się klei i nawet smakuje i nie dostaję cholery, jak roluję, więc chyba polubię, a co.. zjadłyśmy to sushi, no za ostre było, za dużo wasabi, to chyba tylko taki jeden mankament.. trochę zostało i, o zgrozo, chyba poszło na zmarnowanie.. sobota.. była, hym, chyba pracująca. nie jestem do końca pewna, nikt nie jest. potem budowałyśmy z klocków ja drewnianych ona plastikowych a igor w tym czasie się na nas gniewał i uciekł na korytarz a potem do pokoju matki, wozić poduszkę na klękosiadzie. ja nie wiem, całe zgraje megamózgów siedzą i projektują najfantastyczniejsze na świecie zabawki dla dzieci, żeby były rozwojowe i grały i śpiewały i świeciły i tańczyły, szeleściły, miały mnogie i różnorodne faktury, kształty i kolory, tysiące zastosowań.. i co? w zderzeniu z rzeczywistością, zawsze przegrywają z kawałkiem mebla i materiału.. i ultrapłodną, dziecięcą fantazją, rzecz jasna.. potem były zakupy i świętowanie - że urodziło się to dziecię najpiękniejsze na świecie. trochę alkoholu, ale w sumie, całkiem przyzwoicie. trochę tostów i owoców zuzinego pomysłu i wykonania.. trochę gadania, śmiechów, toastów. agnieszka wspominała swój dwudziestoczterogodzinny poród i mi sie odechciało kiedykolwiek mieć dzieci.. ale potem układałam z olą budowle z klocków do jengi i pomyślałam, że fajnie by było tak ze swoim układać.. zróbmy sobie dzidzię, zu??
w niedzielę, nad ranem, wymienialiśmy się poglądami i sekretami rodzinnymi. marteen dał mi jasno do zrozumienia, że pewien aspekt mojego życia jest elementem całkiem publicznej wiedzy - skoro oni wiedzieli już dwa lata temu? ta cała pompa z coming outem przy okazji sylwestra była zdecydowanie - wyolbrzymiona.. w ogóle, o czym ja mówię? jaki coming out? przed kim? z czym? skoro wszyscy wiedzą. i przecież ja wiem, że wiedzą, bo wiem, jak działa ta rodzina - że nawet jeśli wiedzą, to na takie tematy się zwyczajnie - nie rozmawia. z resztą to nawet nie musi być temat tabu społecznego. to może być jakakolwiek emocja wykraczająca poza obszar mimiki twarzowej - to, czego nie widać, nie istieje. don't ask - don't tell.. jak już się wygadam, przypuszczalnie zwolnią mnie dyscyplinarnie - z rodziny.. ale póki siedzę cicho, wszystko jest cacy.. nie jest cacy. mam już dosyć takiego cacy. z resztą, przecież z gośką i marcinem dało się jak z ludźmi, może reszta też okaże się conajmniej cywilizowana? już niedługo, już niebawem, byle do końca września.. potem wreszcie - życie..
ja wiem, na wypalenie zawodowe jeszcze zdecydowanie za wcześnie - jeśli zwłaszcza wziąć pod uwagę, że ledwo co zdążyłam się zawodowo zaktywizować - ale widok cioci dobra rada, z dziką lubością i premedytacją ciskającą różnymi przedmiotami dookoła i komentarzem, że 'sobie poukładamy', bo do końca dnia jeszcze dużo czasu - no zwalił mnie z nóg.. zwątpiłam..
poza tym - bardzo dużo nieistotności.. i szum komunikacyjny, w którym gdzieś zaginął mój nieśmiały komunikat o chęci wzięcia udziału w pewnym przedsięwzięciu.. pomyślałam, że to byłby miły gest z mojej strony, ale może nie powinnam się wychylać? posiedzę sobie cichutko, jak mysz pod miotłą, przestanę się rzucać w oczy, może boży świat o mnie zapomni i jakoś dotrwam do kolejnych wakacji? albo chociaż do nowego roku? to nie będzie łatwe, biorąc pod uwagę, że swoim ostatnim działaniem przyczyniłam się do wygenerowania kilku tysięcy kosztów - zakupu sprzętu, którego zakup skłonna jestem cokolwiek kwestionować, ale mnie tam nikt nie słucha i kto wie, może to nawet lepiej? gdyby zaczęli na serio słuchać, mogliby się przekonać, że merytorycznie niewiele mam im do powiedzenia.. nie, to oczywiście nieprawda - po prostu zmęczenie generuje zwątpienie a pewności siebie to i tak zawsze mi ciut brakowało, więc to normalka, że czuję się jak malutki robaczek, cichutko popiskujący - tylko mnie nie zgniećcie.. chlip chlip..
o mały włos bym zapomniała - do pracy dotarłam dziś z silnym postanowieniem szerzenia nachalnej propagandy. na włosach zawiązałam sobie kitkę a posłużyła mi do tego celu bransoletka tęczowych koralików, którą ukradłam wczoraj wieczorem z. jednak tęczowa symbolika nie jest bynajmniej powszechnie odbierana jako jakikolwiek rodzaj jakiejkolwiek propagandy.. bo wszyscy zauważyli kitkę - to było z mojej strony niezmiernie szczwane, gdyż, podobnie jak z kiecką, kitka na moich tradycyjnie już krótko obciętych włosach jest swego rodzaju ewenementem, którego no zwyczajnie nie sposób nie zauważyć.. m. zauważyła i jej się spodobało. e. zauważyła i też jej się spodobało. p. zauważyła i o dziwo, skomentowała twierdząc, że jej się podoba a następnie wyraziła smutek w związku z moim komunikatem, że zamierzam kitkę niebawem za pośrednictwem fryzjera - zlikwidować. h. zauważyła. v. zauważyła. więc generalnie oczy kurnika na chwilę udało mi się zwrócić na siebie - i zwłaszcza na ten jeden, tęczowy szczegół - i gucio.. w każdym razie na głos nikt nie dał do zrozumienia, że czai.. może ktoś czai? aaaa.. wiem, zakrawa to wszystko na, delikatnie rzecz ujmując, rozdwojenie jaźni. z jednej strony - wpadam w histerię z powodu a. z drugiej, silę się na nachalną propagandę, uprawianą co prawda cokolwiek subtelnie - ale jednak.. no i dowiedziałam się, skąd wzięła się a. to znaczy nie dowiedziałam się. to znaczy podejrzałam, od kogo ten namiar. już zapomniałam, tak mało powiedziało mi to nowe nazwisko. ale było tam, centralnie na monitorze, nie wiem, czemu nie widziałam go za pierwszym razem.. moje szare komórki mają zaiste fascynującą zdolność wybitnie wybiórczej rejestracji rzeczywistości..
zyskuję kolejne dowody świadczące o tym, że z. się myli.. mój instynkt, jakkolwiek szczątkowy by nie był, raczej nie zawodzi mnie w tym przypadku.. hipoteza, którą przyjęłyśmy kilka dni temu na kanapie, może jawić się jako wynik perfekcyjnie logicznej dedukcji, ale jest to sposób patrzenia na sprawę z naszej, dosyć specyficznej, perspektywy. punktów widzenia jest jednak, oprócz naszego, jeszcze trochę i kto jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, który z nich jest obiektywnie słuszny? ja wiem jedynie, że ten, przed którego akceptacją wzbraniam się z całej siły, co z. skłonna jest uznać za dowód na jego słuszność - z każdym dniem zdaje się być coraz mniej prawdopodobny. jeśli kiedykolwiek zdarzyło mi się myśleć inaczej, było to wynikiem najzwyklejszego w świecie urojenia.. to że na kogoś trochę lecę nic o tym kimś nie świadczy.. to, że z reguły lecę na osoby o inklinacji co najmniej biseksualnej też wiosny nie czyni.. w ogóle tego typu dywagacje wydają mi się coraz bardziej nie na miejscu i męczące, zwłaszcza w kontekście kurnika. więc tak sobie myślę, że może już dosyć. swoją drogą, jeśli spotkam kiedykolwiek a. na korytarzu, chyba po prostu wybuchnę śmiechem.. jej obecność w całym tym zamieszaniu ciągle jawi mi się jako kompletny absurd..
Tyś jest mój Bóg / Uzdrawiasz mnie / Ty jesteś mym lekarzem / I wszystkie żebra już zdrowe są / I cieszę się z rodziną / (...)
bohaterką dnia zdecydowanie została k., kiedy ustawiła ciocię dobra rada w pionie, niewiele przed południem. myślałam, że para rozsadzi jej głowę od środka.. o dziwo jednak podkuliła ogon i zrobiła swoje, a świat? no nie zawalił się.. niesamowite..
poza tym - dzień.. yy.. niewiele mi z niego zapadnie w pamięć. mało kogo widziałam, bo z nosem wlepionym w monitor, całe przedpołudnie spędziłam na składaniu zamówień.. nie wiem, gdzie ten czas mi uciekł dzisiaj.. oddałam protokół - z kilkudniową obsuwą, ale a. ma najwyraźniej inne, ciekawsze rzeczy na głowie.. z resztą dziś konferowała hen hen, w stolicy.. mało kogo widziałam nawet na oczy, poza dwoma panami montującymi meble - co z resztą było przyczyną większego niż zwykle zamieszania w kurniku.. olaboga.. jakieś ciemne chmury zdają się formować szyk gdzieś w okolicy.. w trakcie przerwy v. opowiadała, półgębkiem, o jakichś plotkach.. dziś mi się wyjątkowo nie chce..
mam całkiem poważne podstawy by domniemywać, że dziwka szatana kradnie mi papier..
dowiozłam siostrze do szpitala kolor purpury. ten oryginalny. z faktyczną purpurą na obrazku.. niech w oczekiwaniu na marcelka pogimnastykuje trochę szare komórki..
poza tym śmiertelnie zakochałam się w pewnej purpurowej lodówce - przy okazji wybierania pralki najlepiej nadającej się do zaspokojenia z. i moich potrzeb, yyy, pralniczych? wspominałam już, że lodówka, w której się zakochałam, jest fantastycznie purpurowa?
a. nosi na kciuku obrączkę. nie wiem co to oznacza, jeśli cokolwiek, bo na ten przykład ja - nie noszę obrączek wcale. jeśli kiedyś dam się zaobrączkować, będzie to wynikiem wytrwałych starań z., ale wtedy też raczej nie dam sobie zaobrączkować kciuka.. a. nosi na kciuku obrączkę i to może świadczyć o absolutnie - niczym. ja z reguły staram się nie przypisywać obrączce na kciuku jakichś szczególnie magicznych właściwości symbolicznych. tak wiele dziewcząt nosi dzisiaj obrączki właśnie na kciukach - nie wszystkie z premedytacją.. ale obrączka na kciuku a. wywołuje u mnie w duchu nostalgiczny uśmiech.. a. jest jedną z pierwszych moich dziecinnych miłości - nawet jeśli wówczas nieuświadomionych.. teraz spotykam czasem a. pomiędzy tutejszymi piętrami. dzisiaj nawet zawędrowała na to moje - czwarte.. i zaświeciła do mnie tą obrączką na kciuku i mrugnęła okiem..
kiedy b. powiedział, że dyrektorką jest tam taka fajna babka, w duchu krzyknęłam, że nawet nie wie jak bardzo.. ale potem przyszło opamiętanie.. ostatecznie, nie wiem, którą z nich b. mógł mieć na myśli.. ogólnie chyba się trochę nie dogadaliśmy. skwitowałam tylko, że ta obecna, owszem, jest bardzo fajna, a tej wcześniejszej nie miałam możliwości poznać.. w tym samym czasie w duchu - gryzłam się bardzo mocno w język..
w łebie, tego lata.. nad morzem, bo ja wiem? po.. yy.. pięciu latach? ostatnio, może przedostatnio, może nie do końca pamiętam, co było wcześniej, w każdym razie w sopocie byłam, kiedy heineken bodaj pierwszy dział się był w gdyni, i w sopocie byłam, kiedy bjork.. i peaches.. i sikaliśmy wtedy na skwerku gdzieś prawie blisko centrum, a z pewnością pośród przechadzających się stadnie ludzi, bo nigdzie nie było toalety, ot, taka ta polska cywilizacja.. ale to było, uhh, dawno.. kto by liczył? szlag by tę melancholię, szlag perłowy!
w łebie, w tym roku. walizka z kółeczkami przystosowana zdecydowanie do perfekcyjnie horyzontalnych przestrzeni, jakie znaleźć można na lotniskach relacji raczej międzynarodowych.. i ja po tej łebie, brukowanej nierówno, pełnej wyboistych chodników nieprzychylnych matkom z dziećmi i niepełnosprawnym, co dopiero walizeczkom niekoniecznie turystycznym.. pierwszego dnia, niedługo po świcie, czytałam książkę na ławce w parku, z nogami wspartymi o rzeczony bagaż, podczas gdy z. odsypiała.. podróż autobusem nocnym, która okazała się o tyle błędem, że chcąc zaoszczędzić dzień w podróży, straciłyśmy go jednak trochę w pościeli, kiedy się już do niej mogłyśmy zameldować i doczłapać na drugie piętro.. w międzyczasie pan hydraulik, jak z bardzo, bardzo, bardzo, niewiarygodnie obleśnego filmu określonej (że pozwolę sobie użyć ulubionego sformułowania pewnych bliźniaków) kategorii, wdarł nam się do pokoju prawie nie pukając, pod pretekstem, że przyszedł naprawiać kapiący prysznic. prysznic, rzeczywiście, kapał.. po jego interwencji w sposób bardziej zauważalny, niż przed.. a pani w recepcji, chcę wierzyć, że przez pomyłkę, podała błędne hasło do internetu.. z. napawała się tv trwam. w południe, w ramach kompletnego rozregulowania wspomnianą podróżą, wiedzione mistycznym niemalże magnetyzmem, jadłyśmy rybę (dorsza bałtyckiego), z frytkami, popijając kolą, w lokalu obsługiwanym przez conajmniej jedną bardzo ewidentną lesibjkę. bo trzeba rzec, że łeba cieszy się dosyć niechlubną reputacją miejsca, które w roku (kto by liczył, kto by pamiętał!) kampanii 'niech nas zobaczą' z hukiem wyrzuciła poza swoje bramy jednego ze swych synów, uwiecznionego na jednej z kampanijnych fotografii.. jechałyśmy tam więc niejako z sercami na ramieniu, tak to się chyba mówi, tak to napisałam i tak musi zostać.. plaże w tym czasie, a łeba ma ich oficjalnych i chronionych: trzy, pękały w szwach.. parawan przy parawanie, człowiek na człowieku, wszystko poprzetykane okazjonalnym psem.. drugi i trzeci dzień, czyli do momentu widocznej manifestacji uczulenia na słońce, plażowałyśmy w najlepsze, za wypożyczonym z recepcji parawanem, na przywiezionych ze stolicy kocu i prześcieradle. kąpiel w morzu, zaskakująco jak na moje o nim wyobrażenia - ciepłym - odbębniona. miejsce na plaży wysondowałyśmy uprzednio, znajdując odrobinę względnego odosobnienia na zachód od ujścia kanału i znajdującej się w tamtym rejonie plaży bodajże "b", którą upatrzyło sobie na lokalizację letnich imprez allegro.pl.. dni w zasadzie od trzeciego trochę mi się w pamięci zlewają, takie były błogo monotonne. pobudka, poranna dawka nerwów związanych z tym, że ja chciałam trochę wcześniej wychodzić, z. chciała trochę dłużej lenić się w pościeli, śniadanie, poprzedzone spacerem do sklepu w celu go nabycia, kawa, filtry przeciwsłoneczne.. plaża.. prysznic, masło kakaowe, obiad gdzieś na mieście, potem, z racji oszczędności, z torebki.. wieczorem z raz udało nam się złapać zachodzące słońce za jego ostatnie promienie, i owinąwszy je sobie wokół różnych wystających części ciała, popstrykałyśmy foty.. my i setki i tysiące kilka tuzinów innych urlopowiczów akurat obecnych w łebie.. kilka razy dotarłyśmy nawet na wieczorne atrakcje zapewniane przez allegro. jeden film raczej wątpliwej akcji, jeden występ jednej grupy z jednego wrocławia, cieszący się raczej wątpliwym zainteresowaniem żądnych rodzinnych rozrywek.. rodzin z dziećmi.. mi się tam podobało, chociaż siedziałyśmy akurat na podeście knajpy, w której, w ramach niekoniecznie zdrowo pojętej konkurencji, pięćdziesiąt metrów od wielkiej allegro-sceny, w najlepsze hulało okraszone piwem za pięć pięćdziesiąt karaoke.. jakaś pani dawała upust miłości, którą niewątpliwie daży kayah, a my zastanawiałyśmy się, czy w trakcie sobotniego koncertu tej ostatniej, będzie można na dwoje uszu posłuchać jej twórczości.. nie przekonałyśmy się jednak na własnej, poniekąd słońcem smagniętej, skórze, gdyż sobotni wieczór, po dniu pełnym wrażeń, spędziłyśmy chyba.. w łóżku? z., wybacz, jeśli mylę fakty. ale czterdziestopięciominutowy rejs statkiem po przybrzeżnych wodach i ta kusząca burzą aura i piwo u tych lesbijek i piwo przy rynku z panem maską i piwo jeszcze gdzieś a i obiad w knajpie u pirata i ostatni spacer plażą i pani nie-skacząca na bandżi, i historyczny obiekt z astronomicznymi cenami pobytu przy samiusieńkiej plaży i te pełne tandety stragany kompletnie mi tego dnia zawróciły w głowie.. a jakoś w okolicach czwartku odkryłyśmy też namiastkę plaży nudystów, namiastkę, bo znaleźć można było na niej jedynie, nie wysilając się szczególnie na szukanie, pięciu panów prężnie prezentujących swe wdzięki - wystających zza parawanów bądź przechadzających się nonszalancko po plaży.. pięciu, dosłownie, chyba codziennie tych samych. jeden nawet władał lornetką! trochę tylko, ale tak ciut ciut, żałuję, że nigdy nie dotarłyśmy do ruchomych wydm.. cała reszta, nawet przerywany kolejnymi stacjami kolejowymi powrót, była super. to bez wątpienia najlepsze wakacje w tym roku :*
nie sądzę, żebym była najbardziej złośliwą osobą na świecie, dlatego z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że kika stanowczo nadużywa zwrotu "absolutnie".. ot, taki amerykański manieryzm - taki, że gdyby nie to, w życiu bym nie pomyślała, że nie jest stąd. z resztą co ja tam wiem, może właśnie, że jest stąd? tak czy siak..
rezerwacja zrobiona, zaliczka wpłacona (mam nadzieję, że pani mi ją potwierdzi i nie wysłałam kasy do willi krzaka..), bilety autobusowe upatrzone, aparat fotograficzny zakupiony (pod wpływem chwili, impulsu, w granicach rozsądku i limitu na koncie).. teraz tylko kostium, torba plażowa i klapki.. juupii 
niech jakiś dobry człowiek tego świata, niech on mi zabierze, niech ktoś zlikwiduje, nie wiem, potnie, spali, podepcze choćby, moją kartę, bez czytelnego podpisu, z podpisem ledwie tylko widocznym, ale zawsze niezawodną, to znaczy zawsze dopóki mam coś na koncie, a ostatnio, puk puk puk, tak się składa, że mam, i ona działa i czyni rzeczy haniebne i karygodne, więc niech ktoś się wreszcie zlituje i ukruci ten straszliwy proceder, bo przecież zbankrutuję w końcu i co wtedy? a na pralkę trzeba odłożyć. niech szlag trafi internet. no i chuj.
o czwartej już nie śpię. nie wiem czemu. nerwy, sumienie, kurz, trochę wszystkiego i nic szczególnego, a może i w tej kwestii się mylę.. oglądam idiotyczny film traktujący o idiotycznych ludziach i ich idiotycznie fikcyjnych perypetiach. idę do sklepu. chwiejnym z niewyspania krokiem, prawie jak po nocy pijaństwa i uciech przede wszystkim zdrożnych. a ja nawet snów nie miałam tej nocy, nie tylko zdrożnych, ale żadnych w ogóle. idę i robię zakupy za trochę ponad 16 złotych. śniadanie w ogrodzie, z pieskami. i dogania mnie nocna senność. ale mam czerwonego byka, który, jeśli wierzyć reklamom, jeszcze mnie dziś uskrzydli. tyle, że ja im nie wierzę, w każdym razie nie dosłownie, bo słowom już od jakiegoś czasu nie daję przesadnej wiary. to nienajlepiej - dla mnie i o mnie.. ale tak już jest, czasem, i tyle. szczytem dokonań kulinarnych, bo o tym traktuje przecież ta notka, jest póki co kanapka z pasztetem i druga - z nutellą.
kto chce, bym ją kochała, nie może być nigdy ponura.. musi potrafić mnie trochę utuczyć - na konfiturach..
przez pomyłkę, może roztargnienie, wsypałam cukier do kawy..
nieprawda, wcale nie o pawiach. no, może trochę. to, że po łazienkach chodzą pawie, to wiemy, tak? że wrzeszczą, wiemy. no i git. wszystko jasne. i to tyle, jesli chodzi o pawie. ja w zasadzie w innej sprawie. ja z petycją - że nie chcę, że mam dosyć, że przesyt czuję tym wielkim bratem, który zawładnął moim życiem zawodowym w ostatnich miesiącach. bo gdzie się nie obejrzę: intrygi, plotki, szepty, wielkie oczy, zaciśnięte usta.. ocipieć można. z. ma absolutną rację, kiedy mówi, że nie jestem dziewczynką. ja się do tego nie nadaję. no i jeszcze te nagabywania o choćby skrawki, marne zrzynki prywatnego.. a mnie coś skręca i ściska od środka (dzisiaj to nawet dosłownie, że bez interwencji farmakologicznej się nie dało), bo co mnie kurwa obchodzi jej facet, ich wspólnota, ich księża, ich plany na przyszłość, i tak dalej.. skoro nie pytam - czy ja proszę o zbyt wiele - to chyba można przyjąć takie nieśmiałe, lecz jakże niedalekie prawdzie zalożenie, że guzik, GUZIK mnie to kurwa obchodzi!!! dobra, okresu to może jeszcze nie mam, ale w kościach czuję, że to już ten czas.. a może jednak to z niewyspania?
po parku spacerując, opowiadamy sobie z p. i h. o żółtych ptakach, poutykanych w dziuplach po 15, z dziobami to krótkimi i wąskimi, to szerokimi i płaskimi, z oczami na zmianę czarnymi i żółtymi i o tym, co jedzą na śniadanie, obiad i kolację.. to też trochę z niewyspania.. a kiedy pytam, jakie to one mają brzuchy i czy może przypadkiem białe, p. bez skrępowania pokazuje mi parę spacerowiczów w wieku conajmniej dojrzałym, z wydatnie zaokrąglonymi ku przodowi tułowiami, na których fałdy ubrania układają się w taki fortunny sposób, że jaśniejsze ich fragmenty bezbłędnie podkreślają każdą krągłość. nie mogę powstrzymać śmiechu, zwłaszcze, że spacerowicze stoją pół metra od nas i doskonale wszystko słyszą..