nie jest tajemnicą i nie od dziś, że ze śmiercią nie radzę sobie w zasadzie wcale, nie lubię cmentarzy, nie chadzam na nie, jeśli nie muszę, swojej śmierci się boję, że będzie w płomieniach.. śmierć bliskich jawi mi się jako okrutna jakaś abstrakcja, śmierć bliskich jest dla mnie absolutnym tabu. emocjonalnie, na śmierć kogoś z rodziny, reaguję dwubiegunowo - albo emocji nie wiążę z tym wydarzeniem żadnych, albo wpadam w histerię.. nic pośredniego. z jednego stanu, bezpośrednio, bez przystanków w międzyczasie, przechodzę w drugi. i z powrotem.. nie lubię, nie potrafię lubić, o śmierci myślenia - bo w ten sposób jeszcze bardziej osadzam ją w rzeczywistości. śmierć jest - naturalnym końcem życia. tyle wiem i tyle jestem w stanie zaakceptować. myślenie o niej sprawia, że jest jeszcze trochę bardziej - a po co komu jeszcze więcej śmierci? i nie piszę o tym tylko dlatego, że właśnie kończy się październik, markując tym swoim kończeniem początek sezonu zniczowego.. nomen omen w tym roku sezon ze zniczami został zepchnięty do lamusa - wystawy sklepów już życzą wszystkim wesołych świąt bożego narodzenia, supermarkety już zaczęły bombkową ofensywę.. piszę tak, bo jutro pogrzeb babci.. i tutaj już zaczynam dławić się łzami..

1 komentarz

nogi mnie bolą - tak chyba na burzę..

Dodaj komentarz

nie wiem, czy jest coś gorszego, niż wygląd statecznej trzydziestki (gdzieś w połowie jej świetności) w wieku lat 25.. czyli średnio dziesięć lat starzej. i to na własne życzenie. i to przy dołożeniu wszelkich starań. i to z uśmiechem zadowolenia z osiągniętego efektu na twarzy. o co chodzi? o co chodzi z tym irracjonalnym dążeniem do dorosłości, dojrzałości? najpierw - stawanie na głowie, żeby już i statecznie, i poważnie, i odpowiedzialnie (w przerwach na przecinki nabieram powietrza). a potem nostalgiczne wlepianie oczu duszy we wsteczne lusterko - w poszukiwaniu straconego dzieciństwa, młodości. i wreszcie - strach, bo to już śmierć zagląda do ogródka. kto wie, może za te czterdzieści lat, o ile jeszcze będzie świat, na którym będzie można żyć - może śmierć zacznie na progu potykać się o wycieraczkę z napisem 'nieśmiertelność'?

i nie zrozumcie mnie źle, ja przecież nic nie mam do trzydziestek (z jedną nawet sypiam).. ja tylko nie rozumiem, dlaczego ludzie tak kurczowo chcą trzymać się środka? dlaczego uparcie zaprzeczają, że w życiu równie wartościowy jest jego początek i koniec? a przez wartościowy chcę też powiedzieć - naturalny. zgodny z logiką i nawet pożądany. ja sobie nieśmiertelności nie zamawiam.. swoje życie chcę przeżyć, a nie schować w banku, czekając - na co? czym w życiu jest ta lepsza koniunktura?

no ale dobra, w zasadzie nie powinnam się czepiać. i chyba tego nawet nie robię. tylko tak na głos się zastanawiam. każdemu wedle zapotrzebowań.. na zdrowie!

Dodaj komentarz

dzisiejszy sen dopadł mnie, kiedy kończyłam się ubierać. niespodziewanie zjawił się z powrotem w głowie. może był na spacerze, może wyszedł na papierosa, grunt, że wrócił w całej okazałości i nieprędko wsiądzie w jakikolwiek pojazd zwany - zapomnieniem. w tym śnie - najpierw mam za długie paznokcie u stóp. takie białe i grube końcówki. bleee. próbuję je ukryć, zwijam palce, chcę je schować gdzieś pod śródstopiem najlepiej, czyli hen hen.. na ławce obok mnie, bo znajduję się razem z ławką i z tym dwiema dziewczynami na korytarzu przed drzwiami i wygląda to jak parter na wydziale - one dwie. nie wiem, kim są, ale bardzo nie chcę, żeby widziały te moje paznokcie. i one wchodzą do tego pokoju. razem, a może pojedyńczo? sen się tutaj trochę myli w zeznaniach, ale może dlatego, że to chyba taka nieistotna jego część, raptem prolog. a może nawet nie. one tam wchodzą i giną we wnętrzu, ja, nie wiedzieć czym powodowana, też próbuję się tam dostać i bóg jeden raczy wiedzieć, jak idę, skoro stopy starannie zwijam w rulonik, palce do samiusieńkiego środka.. ale idę, wchodzę, tam są jakieś takie obleśne fotele, czerwono chyba obite, jakby je ktoś tam postawił jeszcze w latach siedemdziesiątych i na śmierć o nich zapomniał.. pokój okazuje się raptem przedsionkiem? no cel zasadniczy całego tego pomieszczenia ukrywa się gdzieś za kolejnymi drzwiami i pal je licho, tam już nie zaglądam. z powrotem na korytarzu, i kiedy już nie istnieje problem paznokci, na ławce, trochę dalej i pod oknem - grupa dziewcząt. i a. nie powiem wam, która a. - i tak jej nie znacie. przegląda jakieś prace pisemne. siadam na skraju rzeczonej ławki, przysłuchuję się i przyglądam. a. wstaje, zabiera plik prac, przechodzi obok mnie, idzie tym korytarzem. na ławce zostało kilka skoroszytów, więc zbieram je wszystkie i pędzę (pędzę!) za nią. za rogiem doganiam a. i dysząc i sapiąc (no może przesadzam) komunikuję, choć nie pamiętam dokładnie jakich słów używam, że jeszcze kilka, ze zapomniała. witamy się. te prace już teraz tracą kompletnie znaczenie. wita mnie. obejmuje czule. i całuje w ucho. i znowu. i znowu. przytula, wita i całuje w ucho. energicznie, radośnie, śmiejąc się, ciesząc. trochę zaskoczona takim przebiegiem spraw i, nie ma co ukrywać, zwyczajnie zawstydzona, przynajmniej na początku - stawiam opór.. bez pewności siebie i w zasadzie szybko przestaje, bo szybko zaczyna mi się podobać jak ta sytuacja rozwija się dalej. wchodzimy do klasy. do klasy! i tutaj w zasadzie powinnam przestać i spalić się ze wstydu.. wchodzimy do klasy. zamykamy drzwi za sobą. żeby nikt nie słyszał, nie widział. że bezcześcimy i - jak! kolejne sprzęty szkolne (szkolne!) - ławki, biurka i tablice.. a teraz, już w świetle dnia tak się zastanawiam, czy bardzo będę się rumienić, jeśli kiedyś spotkam a. przypadkiem na ulicy..

Dodaj komentarz

I wanna live for today
I wanna roll in the hay
But I'm floating away
I got nothing to say

Dodaj komentarz

anonimowa czy nie, to w zasadzie bez znaczenia. grzech, który popełniam patrząc w gwiazdy pod tylko sobie znanym kątem i tak pozostaje bez zmiany..

Dodaj komentarz

głupie ups i głupii kurierzy ups. aaarrrgghhh.. kurzajki na ich nosy!!!

3 komentarze

wczorajszy dylemat rozwiązałam ot, spakowaniem obu książek do torby.. w autobusie i trochę na ławce pod salą ćwiczeń czytałam ritę mae.. książki o etyce jeszcze nie dotknęłam, ale jej obecność w torebce dobrze mi robi na głowę, a raczej na znajdujące się w niej poczucie, że coś jednak robię w kierunku pracy dyplomowej. nawet jeśli tym czymś jest tylko noszenie książki o etyce w torebce, to jest to już i tak znacznie więcej, niż nie noszenie niczego z etyką związanego.. eehhh..

Dodaj komentarz

moje zamówienie już jest w empiku czeka na mnie aż przyjdę i je odbiorę ale fajnie.. uff.. a to nawet nie sezon gwiazdkowy jeszcze.. a może to już? koniec listopada.. nigdy nie potrafię się dopasować sezonowo do reszty społeczeństwa.. a może już zrobię prezenty, żeby potem mieć z głowy? myślę sobie - świeczki dla wszystkich.. któż nie lubi dostawać ładnych, ekstrawagancko ukształtowanych, pachnących, kolorowych świeczek, których potem żal palić? :P

Dodaj komentarz

empik już skompletował moje zamówienie. ja sama prawie o nim zapomniałam, a oni rach ciach, wcale nie na gwiazdkę, tylko już.. już prawie, bo jeszcze jednak muszę poczekać - w przybliżeniu, ok 48 godzin.. roboczych. tylko nie wiem jak się godziny robocze przekładają na godziny zwyczajne i czy to znaczy, że najdalej za dwie doby będę mogła sfinalizować całe przedsięwzięcie, płacąc za książki w momencie ich odbioru z salonu, czy w sformułowaniu owym kryje się jakiś haczyk - na przykład, że robocze to są tylko od-do i w zależności od rozpiętości czasoprzestrzennej, jaką to od-do w sobie zawiera, potrwać to może nawet sześć dni? (przy założeniu, że roboczych godzin się w dobie mieści osiem..) tak czy inaczej, dadzą znać. wyślą mejla. kocham ich za to.. i nienawidzę jednocześnie. bo już w tym miesiącu miałam nie kupować książek.. a na domiar złego, teraz z utęsknieniem wyczekuję kolejnych rabatów, bym mogła dokonać kolejnych zakupów - świnie wstrętne, elektronicznie perfidne..

Dodaj komentarz

stopy mnie bolą, podeszwowo. to przez niewygodne buty. bynajmniej nie nowe. buty sprzed lat, oo, może trzech? może dwóch? raczej trzech.. różowe. z podeszwą zdartą szczególnie przy zewnętrznej krawędzi, co bardzo przejrzyście wskazuje na pewną ułomność anatomiczną w mej budowie, mianowicie chodzi o nieznaczną (w moim mniemaniu) szpotawość kolan. szpotawość to jest to, co mają m.in. piłkarze - ot, takie nogi, jak to się potocznie ujmuje, na beczce prostowane.. co jest, jak sobie teraz o tym myślę, chyba oksymoronem? bo i jak prostować na beczce? ale mniejsza o to, mój bol stóp, ten podeszwowy, jest rozlokowany proporcjonalnie po całej owych stóp powierzchni, przynajmniej na jej całość rozlewa się w sposób pulsujący.. auć..

1 komentarz

kaczuszko, wiesz maki są tak duże duże duże..
a ty masz krótkie nóżki - jak zwykle u kaczuszki..
kaczuszko, wiesz maki są czerwone tak jak róże..
kaczuszki są nieduże - i tak już w życiu jest..

2 komentarze

mam taką kategorię wpisów, co się zowie, że to są wpisy bez kategorii. mam też drugą kategorię z serii wybrakowanych, czyli że bez tytułu. właśnie przysiadłam do napisania notki, której jeszcze w głowie nie mam więc nie wiem za bardzo, do jakiej będzie pasowała kategorii. na takie właśnie okoliczności stworzyłam tę pierwszą. ta notka jednak zapewne nie będzie tez posiadać tytułu, jak tak wiele innych spośród notek mych, więc aż sama się prosi o zahaczenie tej właśnie opcji. tylko czy wtedy ciągle będzie to notka bez kategorii?? i tak właśnie powstała niniejsza notka - ambiwalentna..

Dodaj komentarz

jakieś człowieki przyszły, weszły drzwiami i wyszły oknem. po drodze odsunięta została szafka z dokumentami skutecznie uniemożliwiająca otwarcie okna na wymaganą do przejścia przezeń człowieka szerokość. oraz jeszcze przemieszczono dwie sterty papierów leżących luzem i papierów poupychanych chaotycznie w przypadkowe zupełnie tekturowe teczki, bo te zagradzały drogę do okna, leżąc spokojnie i niewzruszenie na parapecie. usłyszałam też jakąś uwagę, że trzeba podłożyć coś pod klamkę w drzwiach - klamka się rozpada, o czym z resztą przelotnie rozmawiałam wcześniej z mamą. jej klamka też się rozpada. ale inaczej niż ta tutaj. nie powiem, że moja. nic tu nie jest mojego. i chwała niebiosom. człowieki zniknęły na namiastce balkonu biegnącego wzdłuż całej fasady budynku, coś mamrotały pod nosem tłumacząc mi, po co wychodzą, ale nic nie zrozumiałam. zjawiły się tak nagle i teraz o ich obecności gdzieś tam w przestrzeni przypomina mi już tylko minimalnie przemeblowany koniec pokoju bezpośrednio przylegający do lekko uchylonego okna.. no i ten goły parapet..

jest kilka minut później, wszystko wraca do normy, a człowieki w ramach rewanżu za w ich mniemaniu sympatyczne przeze mnie potraktowanie naprawiły mi klamkę w drzwiach. nie mi, tutaj. tę tutejszą.. w międzyczasie bowiem p. prówała się dostać do pokoju ale krnąbrność klamki skutecznie uniemożliwiającej jej otwarcie drzwi i zajrzenie do środka celem sprawdzenia, czy jestem, spowodowała, że odeszła bez nadziei na załatwienie swojej sprawy. pognałam za nią, wytłumaczyłam, że mam popsutą klamkę i zobowiązałam się do załatwienia jej. teraz się za to zabiorę :)

a człowieki na odchodne powiedziały, że przyniosą też kółko do popsutego fotela.. strasznie miłe te człowieki..

Dodaj komentarz

chyba nie mam już depresji. możliwe, że wcale jej nie miałam. możliwe, że zwyczajnie brakowało mi witamin i magnezu..

wyciągam z szafy czapkę, bo nastały umiarkowane mrozy. minus cztery z samego rana nie działa jakoś wybitnie motywująco na chęć walki z permanentnym śpikiem..

i tak dalej..

Dodaj komentarz

no więc ponoć moje powidoki trwają nieprzepisowo długo..

Dodaj komentarz

jeszcze chwilę temu wiedziałam, że chciałabym coś napisać - to znaczy wiedziałam, co.. ale już nie pamiętam.. i choćbym siedziała całą noc, to se nie przypomnę..

tymczasem sceptyk..

a w ogóle.. gubię się w tym wszystkim. gubię się w profetyczności własnych myśli. gubię się w brzemienności własnych pretensji. nie potrafię się odnaleźć w niefrasobliwości własnej pamięci.. przeglądam się w ekranie monitora (wyświetlacza?), zaglądam głęboko w oczy, które tam widzę i zastanawiam się, czy i one widzą mnie? i konstatuję, po jakimś czasie i z nieuzasadnionym rozczarowaniem, że nie. przeklinam się w duchu i wirtualnie, a już całkiem rzeczywiście wracam ciągle w to samo miejsce. wychodzę z siebie by zrozumieć - co jest takiego szczególnego w tym konkretnym układzie gwiazd? nie rozumiem. wychodzę, błądzę, krążę i zawsze, niezawodnie, wracam - ciągle tu. sukulenty i jadowite skorupiaki, egzystencjalna pustynia..

a sceptyk.. pół żartem, pół serio..

1 komentarz

świecie, ja wiele jestem w stanie zrozumieć, wiele potrafię też zaakceptować nie wnikając w przyczyny.. ale.. ale.. ale z całą pewnością.. no doprawdy.. żeby w ministerstwie nauki (czy jak mu tam teraz, hgw..) nie potrafili czytać po angielsku?? dlaczego, świecie, nawet to przeklęte ministerstwo wysłałeś na krucjatę przeciwko mojemu pomyślnemu zakończeniu tych studiów, które podjęłam ponad cztery lata temu? dlaczego, o przebrzydły, stawiasz przede mną swoje oblicze do-góry-nogami i jeszcze się parszywie z tego wszystkiego cieszysz? dlaczego, o plugawy, testujesz moją wytrzymałość na absurd swojej egzystencji? twojej, tak, twojej, bo nie mojej. do niedorzeczności mojego tu na tym globie pobytu zdążyłam już przywyknąć i nabawiłam się odrobiny więcej rozumu, niż żeby wnikać w lub kwestionować cokolwiek związanego z tym zagadnieniem.. lecz teraz? czy dajesz mi w ten sposób do zrozumienia, że jednak dosyć już tej egzystencjalnej apatii, dosyć obojętnej pobłażliwości dla twej inwencji twórczej w zakresie urozmaicania mi żywota całymi sekwencjami zdarzeń jak najbardziej codziennych? już pal sześć to przeklęte ministerstwo - jestem skłonna twierdzić (i nawet iść w zaparte), że czegoś podobnego się nawet spodziewałam, bo ostatnio było już zbyt sielankowo, nadmierny był przestój w tym departamencie.. ba, jestem nawet skłonna twierdzić (przejść cały maraton zaparcia), że wielce bym była rozczarowana i zdziwiona, gdyby to się prędzej czy później nie stało. no i się stało i kropka. ale.. ale.. no z całą pewnością, doprawdy.. TEGO to już chyba za wiele?

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

wstawiłam pieczarki, się duszą, chociaż w zasadzie nie do końca wiem po co.. niech mnie ktoś zmotywuje.. niech powie: jagna, rusz dupę i napisz tę cholerną pracę. albo samo: rusz dupę! aaaargh..

1 komentarz

nadrabiam zaległości. idę po jeszcze jedną kawę. magnez uzupełnię z rozpuszczalnej pastylki. witaminy też..

Dodaj komentarz

umyta, przykryta, zaraz sobie zwyczajnie zasnę..

Dodaj komentarz

jeśli miałam jakieś plany, to wszystkie właśnie biorą w łeb. dzisiejsze śniadanie: kawałek kabanosa, drugiej świeżości biała buła, czarna kawa fusowa..

a ze spraw nie mających nic wspólnego z czymkolwiek:

zapalam wirtualną świeczkę dla kopalińskiego - świat właśnie zubożał o kolejny wartościowy pierwiastek ludzki..

[']

Dodaj komentarz



tego gościa spotkałam niedawno, zaraz po wyjściu z pracy - wtedy jeszcze świeciło słońce..
teraz nie świeci słońce, bo pomijam fakt, że godzina 19 o tej porze roku nie posiada jakiegoś przesadnego potencjału do wypełniania się światłem słonecznym, to na dodatek, o ile mnie słuch nie myli, po drugiej stronie okna właśnie pada.. deszcz.. bo to już jesień w pełni..

Dodaj komentarz

rzeczywiście w laptopie najfajniejsze jest to, że można go zabrać do łóżka :)

Dodaj komentarz

naiwnym jest ten, kto myśli, że można w sieci pozostać anonimowym..

Dodaj komentarz

przed snem, żeby zasnąć, myślałam sobie coś.. wiedziałam, że chciałam, że miałam to coś powiedzieć, tu.. ale, no tak, no tak, nie pamiętam już co to było.. coś o tym, że to takie oczywiste, symptomatyczne takie, czy może że na odwrót, a potem, że chyba jednak nie. coś o potencjalnym prawdopodobieństwie scenariusza, że im dziwniejszy, im bardziej abstrakcyjny i nie-do-pomyślenia, tym większą ma szansę na autentyczność, na faktyczność swojego przebiegu.. a potem, że jednak w życiu to babka wróży na dwoje i może być i tak, i może być inaczej. i jednak życie nie byłoby życiem, gdyby można je było ubrać w banał schematu i odczytywać jego koleje według wzoru z obrazka, o nie. to tak to nie działa.. ja chyba po prostu mam gorączkę, wieczorem chyba też ją miałam, ostatnio odczuwam w sobie jej urodzaj.. biorę głęboki wdech. zamykam oczy. może w ten sposób uda mi się coś jeszcze zamknąć, może nawet wykorzenić?

Dodaj komentarz

czasem.. czasem trzeba po prostu tak, no wiecie, wstać, zmarszczyć brwi, nabrać dużo powietrza do płuc, zakasać rękawy i - zacząć wyrzucać. tak, wyrzucanie potrafi człowiekowi zrobić naprawdę dużo dobrego. czasem nawet więcej, niż gromadzenie. i jeśli ktoś twierdzi, że łatwiej jest niszczyć niż tworzyć, to zapraszam do zniszczenia bałaganu w moim życiu i najbliższym otoczeniu.. ja już od paru tygodni usiłuję mniej lub bardziej (tak z ręką na sercu, to oczywiście mniej, niż bardziej) systematycznie pozbywać się nadmiaru przedmiotów, jakimi obrósł mój kochany, fioletowo-różowy pokój w domu rodzinnym. i bardziej robię coś na zasadzie wymiany - bo co z tego, że z szafy wywaliłam ok 90% ciuchów (te, co się do niczego nie nadawały - permanentnie; te, co się nie nadawały na mnie - w lepsze ręce.. i nogi.. i biodra.. i inne, pasujące części ciała), jeśli w ich miejsce już zdążyłam nabyć nowe, tym samym pozbawiając szafę tego uduchowionego, ascetycznego blasku, którym wręcz zalałam swój portfel (wraz z kontem bankowym).. na najbliższe dwa tygodnie zostało mi sto złotych i - szczęście w nieszczęściu - zero kosztów związanych z mieszkaniem i wyżywieniem. niech żyje minimalizm - we wszystkich dziedzinach życia :)


mogłabym jeszcze zminimalizować na przykład swoją wagę oraz ilość dziennej konsumpcji, a także ograniczyć narzekanie, użalanie, smęcenie i nędzenie, ogólne rozczulanie się nad sobą - wynocha wstrętny tetryku, a kysz!

Dodaj komentarz

macie tak czasem?

podpisywałam właśnie zdjęcia, które za pośrednictwem magii niebieskiego-zęba znalazły się na komputerze nie dalej niż pięć minut temu.. i w momencie, kiedy jednemu z nich nadawałam niekoniecznie adekwatną do zawartości nazwę party tajm, pani regina spektor kończyła w tle śpiewać..

I don't know why flowers grow in wintertime

i dalej..

The sky turns gray, the sun don't shine

i potem jeszcze kilka wersów jest, ogólnie bardzo lubię panią reginę spektor. no ale macie tak czasem? bo ja tak miewam dosyć często, nie tylko z panią spektor, rzecz jasna..

Dodaj komentarz

zajrzałam właśnie tam, gdzie nie zaglądałam już od dawna. ot, po prostu zahibernowałam tę opcję w sobie na jakiś czas, przyduszając lekko poduszką w nadziei, że starczy na dłużej.. i w zasadzie sama nie wiem czemu. był taki moment, że pękła już ta dziwna formacja nie-rzeczywistości, o której lubiłam myśleć, że to bańka mydlana. ale to było coś bardziej solidnego w całej swojej niematerialności. ach, głupia głupia głupia. zwyczajna idiotka. jej też chętnie wręczyłabym bilet, dokądkolwiek, koniecznie w jedną stronę, i niech ją w trakcie trafi ciężki szlag..

Dodaj komentarz

Archiwum

Kategorie

Linki

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht