już coraz mniej mam rzeczy do mówienia. jedno usiłuję skończyć, żeby móc zabrać się za kończenie drugiego.. pracą u podstaw to już dawno nie jest. zwyczajnym co najwyżej rozpierdoleniem, takim, wiecie, życiowym.. w kółko i w kółko zaczynam nowe, nie kończąc starych. ale kończyć trzeba, bo samo się kończy tylko jedno, a to, z jakiegoś boga pomocą, jeszcze nie tak prędko, kto wie.. myśli mam w głowie, myśli o morderstwie.. to miejsce, w którym teraz jestem, to ono tak działa. zawsze tak działało. mam nawet umowę, w której co prawda nie jest bezpośrednio napisane, ale i tak wiadomo, że wynika z niej, że jeszcze do końca 2009 to jego działanie się utrzyma. mniej więcej na tym samym poziomie, chociaż okresowo może eskalować.. nigdy, raczej, do formy bezpośredniej przemocy. może co najwyżej biernej agresji.. duchowej.. z pewnością wirtualnej.. tyle lat.. tyle lat.. zeszło mi się na melancholię, niech to licho..

Dodaj komentarz

no więc tak: nie ma śniegu. nie ma zimy. we wtorek.. nie, w poniedziałek, coś takiego mądrego mi się powiedziało. ale nie pamiętam, co to było. zbliża się nieuchronnie ten moment, kiedy będę musiała pojechać na uczelnię i pozałatwiać. te wszystkie rzeczy, których załatwienie wiecznie odkładam - na później. i później. ale nie da się tego później rozciągnąć w nieskończoność i kiedyś już przecież trzeba. się zająć.

ziewam

to z bożą pomocą będzie najdłuższy wpis, jaki tu kiedykolwiek umieściłam. chyba, że w międzyczasie coś się nie uda - wtedy będzie to kolejny skasowany wpis, który z przyczyn czysto subiektywnych, jednak od siebie niezależnych, nigdy nie ujrzy światła dziennego. lub na odwrót. którego światło dzienne nigdy nie ujrzy. no niech ja już mogę sobie pójść. do domu. pospać. w łóżku, jak człowiek. w pozycji horyzontalnej, jak bozia przykazała. a nie na siedząco, stojąco, w ubraniu dziennym i brązowych butach..

miałam dziś wczesnym popołudniem porobić zakupy. już nawet powymyślałam. całkiem oryginalnie mi chyba wyszło to wymyślanie tym razem. jeśli w tym roku znajdę pod choinką chociaż jedną świeczkę - w ogóle przestanę na ten temat myśleć.

rano gabi dolała oliwy do płomienia mojej codziennej paranoi: opowiedziała mi historyjkę o arabie ostrzegającym jej koleżankę na peronie metra przed podróżowaniem pod ziemią w dniu dzisiejszym. więc kiedy szłam na kebaba do amiry, z lekkim niepokojem odnotowałam najpierw wóz policyjny (taki duży, taką sukę) a potem karetkę - zaparkowane przy wyjściach z metra centrum..

kebab nie był tak dobry, jak go zapamiętałam. nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam kebaba tak w ogóle, tymbardziej nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam kebaba z amiry. ale pamiętam, że mi bardzo smakował. ten dzisiejszy: mniej.

zamiast kawy piję rozpuszczalny napój energetyzujący. nie powiem jaki, bo jego producent nie posmarował mi odpowiednio za rozpowszechnianie nazwy swojej marki. w ogóle mi nie posmarował..

w telefonie mam całe mnóstwo nielegalnie pozyskanych plików muzycznych - piosenek fasolek. kto jeszcze pamięta fasolki? ktoś jeszcze je pamięta? tłumaczę rodzicom dzieci: że ściągam nielegalnie, z internetu. nie wiem, gdzie można kupić. wiem, że fajne. fajne - prawda?

opowiadałam renacie na przystanku (kiedy czekałyśmy na autobus z końca świata) o naszych dzikich gołębiach. mamy już całe stadko: na podwórku. są jasnoszare. i kiedyś było ich dwa. teraz jest prawie dwadzieścia. czasem się wszystkie zlatują i coś wydziobują z trawy. czasem wydziobują coś z psich misek. psy mają je w serdecznym poważaniu. a ja sobie myślę, że z dwojga złego chyba już lepsze dzikie gołębie niż kawki. kawki się jakieś agresywne zrobiły. zjadają małe koty. i zadziobują ponoć miejskie gołębie.. a u nas czasem się gnieżdżą w kominie. słyszę je wtedy jak coś tam dziobią i skrobią - kiedy wieszam pranie na strychu..

nie czytałam w tym tygodniu żadnej książki, bo ci idioci z ups.. są idiotami. no i tyle w tym temacie..

babcia chciała, żeby jej z poczty przynieść jakieś druczki. do przekazów pieniężnych? jest coś takiego? nie wiem. ja swoje płatności reguluję w internecie. czasem się cieszę, że babcia nie jest tak zepsuta technicznie jak ja. a obok żadnej poczty nie przechodzę. nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam budynek poczty na oczy.. rydzyk już i tak pozbawił ją wystarczającej części dziadkowej emerytury. renty. czy czegoś tam. jeszcze i w prądzie płacimy za babcine uzależnienie od jego mediów - telewizor działa cały dzień. reszta doby to domena radia. a ja dodatkowo na tym cierpię - babcia jest już, z racji swojego wieku, lekko głucha, więc oba odbiorniki odpowiednio nadrabiają decybelami. w ciągu dnia mi to zwisa i powiewa - i tak mnie tam nie ma. co najwyżej cierpi na tym roślinność w moim pokoju. ale w nocy to już inna para kaloszy.. w nocy to ja bym chciała spać a nie wysłuchiwać utyskiwań redemptorystów i ich pseudokatolickich słuchaczy..

warszawa sparaliżowana. na ulice wyjechali niedzielni kierowcy. nie wiem, czy im się pomyliły dni tygodnia, czy to jakaś ich zmowa, solidarność z kierowcami ciężarówek w trójmieście, atak terrorystyczny, czy co? jechałyśmy dziś za kilkoma takimi.. ale i tak byłyśmy w domu przed 20..

nie mam już siły pisać. zwoje mózgowe odmawiają posłuszeństwa. i oczy. spaaaaać!

acha, bo zaczęłam w pracy. a skończyłam w domu. już nie mam butów na nogach. kapcie i skarpetki. i nienawidzę policji.

12 komentarzy

mam taką kategorię wpisów, co się zowie, że to są wpisy bez kategorii. mam też drugą kategorię z serii wybrakowanych, czyli że bez tytułu. właśnie przysiadłam do napisania notki, której jeszcze w głowie nie mam więc nie wiem za bardzo, do jakiej będzie pasowała kategorii. na takie właśnie okoliczności stworzyłam tę pierwszą. ta notka jednak zapewne nie będzie tez posiadać tytułu, jak tak wiele innych spośród notek mych, więc aż sama się prosi o zahaczenie tej właśnie opcji. tylko czy wtedy ciągle będzie to notka bez kategorii?? i tak właśnie powstała niniejsza notka - ambiwalentna..

Dodaj komentarz

wstawiłam pieczarki, się duszą, chociaż w zasadzie nie do końca wiem po co.. niech mnie ktoś zmotywuje.. niech powie: jagna, rusz dupę i napisz tę cholerną pracę. albo samo: rusz dupę! aaaargh..

1 komentarz

nadrabiam zaległości. idę po jeszcze jedną kawę. magnez uzupełnię z rozpuszczalnej pastylki. witaminy też..

Dodaj komentarz

umyta, przykryta, zaraz sobie zwyczajnie zasnę..

Dodaj komentarz

jeśli miałam jakieś plany, to wszystkie właśnie biorą w łeb. dzisiejsze śniadanie: kawałek kabanosa, drugiej świeżości biała buła, czarna kawa fusowa..

a ze spraw nie mających nic wspólnego z czymkolwiek:

zapalam wirtualną świeczkę dla kopalińskiego - świat właśnie zubożał o kolejny wartościowy pierwiastek ludzki..

[']

Dodaj komentarz

czasem.. czasem trzeba po prostu tak, no wiecie, wstać, zmarszczyć brwi, nabrać dużo powietrza do płuc, zakasać rękawy i - zacząć wyrzucać. tak, wyrzucanie potrafi człowiekowi zrobić naprawdę dużo dobrego. czasem nawet więcej, niż gromadzenie. i jeśli ktoś twierdzi, że łatwiej jest niszczyć niż tworzyć, to zapraszam do zniszczenia bałaganu w moim życiu i najbliższym otoczeniu.. ja już od paru tygodni usiłuję mniej lub bardziej (tak z ręką na sercu, to oczywiście mniej, niż bardziej) systematycznie pozbywać się nadmiaru przedmiotów, jakimi obrósł mój kochany, fioletowo-różowy pokój w domu rodzinnym. i bardziej robię coś na zasadzie wymiany - bo co z tego, że z szafy wywaliłam ok 90% ciuchów (te, co się do niczego nie nadawały - permanentnie; te, co się nie nadawały na mnie - w lepsze ręce.. i nogi.. i biodra.. i inne, pasujące części ciała), jeśli w ich miejsce już zdążyłam nabyć nowe, tym samym pozbawiając szafę tego uduchowionego, ascetycznego blasku, którym wręcz zalałam swój portfel (wraz z kontem bankowym).. na najbliższe dwa tygodnie zostało mi sto złotych i - szczęście w nieszczęściu - zero kosztów związanych z mieszkaniem i wyżywieniem. niech żyje minimalizm - we wszystkich dziedzinach życia :)


mogłabym jeszcze zminimalizować na przykład swoją wagę oraz ilość dziennej konsumpcji, a także ograniczyć narzekanie, użalanie, smęcenie i nędzenie, ogólne rozczulanie się nad sobą - wynocha wstrętny tetryku, a kysz!

Dodaj komentarz

w którymś momencie następuje zmęczenie materiału i chyba coś takiego przydarzyło się właśnie mojej głowie. a może wyhodowałam tam sobie niechcący wrednego grzyba, który w swym śmierdzącym rozpasaniu obecnie zanieczyszcza wszystkie moje myśli, przechwytuje i zakłóca wszystkie polecenia z góry dla dołu, tym samym upośledzając znacznie zdolności wykonawcze ciała, jakże bezradnego w obliczu dysfunkcji umysłu? a może stało się najgorsze z najgorszych i to, w czego istnienie nigdy nie wierzyłam, właśnie się we mnie zmaterializowało? może jestem empirycznym dowodem powiedzenia, by uważać w co się nie wierzy? (to powiedzenie, gdyby się ktoś zastanawiał, istnieje i manifestuje się w losie mojej osoby, oklasków nie trzeba..)

a może (i to jest chyba najbardziej prawdopodobna ewentualność) to coś zupełnie innego?

2 komentarze

to taka alternatywa dla kategorii ogólnej.. a ja czasem piszę (i to jest określenie niezwykle adekwatne do obecnego stanu rzeczy) - czasem piszę bez kategorii właśnie. coś może być ogólne w tym sensie, że mówi o wszystkim-i-o-niczym, a mi się zdarza (zdarza!) pisać raczej o niczym, niż o czymkolwiek w ogóle.. stąd kolejna kategoria, której przypuszczalnie nie będzie dane zapełnić się dziesiątkami wnikliwych i błyskotliwych opinii - nietypowych, bo bez tematu, bez przedmiotu i celu własnego istnienia, de facto - bezdomnych.. nie będzie dane, to znaczy ja jej nie dam - z obecną częstotliwością pisania? choćbym nawet bardzo chciała obdarzyć ją taką możliwością.. to obie, ja i ta kategoria, ramię przy ramieniu - rozbijemy sobie głowy o mur najzwyklejszej w świecie arytmetyki. to se ne da no i kropka..

Dodaj komentarz

paulo coelho w alchemiku napisał: wszystko, co zdarzyło się raz, może już nie przydarzyć się nigdy więcej, ale to, co zdarzyło się dwa razy zdarzy się i trzeci

i nie pytaj, sceptyku, skąd to wiem..

2 komentarze

Archiwum

Kategorie

Linki

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht