nie wiem, czy to już come back, tym bardziej mam wątpliwości co do jego rozmiarów.. przez moment stanął w ogóle pod znakiem zapytania, bo okazuje się, że sześć miesięcy wystarczy, żeby zapomnieć hasło używane regularnie przez kilka lat z rzędu.. no tak, ale przecież tyle haseł trzeba teraz pamiętać, a najlepiej, żeby były jak najmniej słownikowe, żeby nie daj bóg jakiś haker nie wtargnął człowiekowi w jego wirtualny świat. są hasła do komputerów, do skrzynek pocztowych, do banków, do fejsbuka, do innych społeczności, jeśli ktoś jeszcze czuje niedosyt, do komunikatorów wszelkiej maści, do allegro, do zarządzania telefonem i internetem, do internetu w ogóle.. dobrze, żeby każde było inne, niepowtarzalne, urozmaicone o cyfry i niestandardowe kombinacje liter małych i wielkich, no bo ci hakerzy.. więc w każdym razie nie wiem, czy to już powrót, czy tylko joggerowa czkawka. rozleniwiłam się nieziemsko. nie postawiłam nawet kropki w celach czysto relaksacyjnych. pisałam, owszem, mejle w sprawach służbowych i sporadycznie - osobistych. komunikowałam się na gygy. tworzyłam programy usprawniania i sprawozdania. pisałam wnioski konkursowe o finansowanie, dofinansowanie i ogólnie żeby ktoś dał kasę, co to się przecież, no tak - należy.. ręcznie (!) wypełniałam niezliczone rubryczki. napisałam setki smsów swego czasu.. więcej grzechów - nie pamiętam. ale to akurat nietrudne. ja do niepamiętania to mam talent.. w zasadzie nie powiem, żebym czegoś żałowała. chociaż w to może niektórym trudno uwierzyć. jeśliby mi ktoś jeszcze rok, może dwa lata temu powiedział, że tak będzie, sama bym nie uwierzyła. za chiny ludowe.. czekam aż sceptyk wróci, jeśli jeszcze żyje, stamtąd, dokąd go diabli posłali te w przybliżeniu pół roku temu, i wyznaczy mi jakąś pokutę.. ale naprawdę, zastrzelcie mnie, nie wiem..

4 komentarze

jest takie coś, co teoretycznie, każda kobieta, w sobie, posiada. przecinki często stawiam, bo umieram z głodu, nie umarłam tylko dlatego, że często łykam ślinę. moja intuicja natomiast mówi mi, że moja seksi koszulka jest niczym w porównaniu z sygnałami, które odbieram antenkami, na czubkach włosów, na karku.. nie powiem wam bezpośrednio o co cho.. zu mówi, jednak, że skoro, nawet ja, to zauważam, to znaczy, że jest, to, prawdą.. bo ja z rzadka zauważam cokolwiek. te kategorie współżycia ludzkiego są mi doskonale obce, nieodczytywalne.. mama natura w swojej szczodrości nie uwzględniła mnie. nie wyposażyła mnie w klucz do odczytywania, niestety, całych ciągów zachowań, pewnych sytuacji.. i te sytuacje odbijają się ode mnie jak od ściany i w sumie mi to nawet nie przeszkadza. czasem ich uczestnicy mają mi coś za złe, też nie do końca - co ja tam mówię, w ogóle nie wiem o co im wtedy chodzi.. życie jakoś się kręci.. czasem jednak. z rzadka.. od tak zwanego wielkiego dzwonu. jakieś strzępki sygnałów, docierają. do mnie. kawą rozpuszczalną 3 w 1 chwilowo podniosałm sobie poziom cukru. za pięc minut przewiduję całkowity zjazd.. a i tak nie powiem wam o co chodzi.. nastrój mam taki średnio społeczny. w zasadzie to wcale. najchętniej kogoś bym udusiła.. to ten cukier już przeze mnie przemawia..

5 komentarzy

kurwa mać.

w zasadzie na tym powinnam poprzestać.

w zasadzie może nie powinnam pisać pod wpływem emocji, które jeszcze ciągle w dużym stężeniu krążą wraz z krwią mi w organizmie..

kurwa kurwa kurwa, że zacytuję anonimowego mściciela z głuchołazów..

nie wiem jak zacząć? może od tego: jeszcze w południe posłałam gabi smsa z zapytaniem o wolne etaty u niej w kurniku.. ale, o zgrozo, u niej redukcja etatów cuchnącym oddechem dybie zza winkla.. greta teraz siedzi i proponuje, że popyta u siebie.. może potwierdzę takie zapotrzebowanie..

brązowe oczy dała ciała na całej linii. tym samym zasłużyła już permanentnie na przemianowanie. więc - wisienka. wyłożyła się potwornie, tracąc resztkę autorytetu w kurniku - z kretesem.. może chodziło o to, żeby tupnąć nogą, potrząsnąć jakoś ciałem pracowniczym, wyrwać z marazmu ostatnich miesięcy.. może ma jakieś napięcia okołokresowe? może chciała pokazać, kto tu rządzi? może jej odbiło? nie wiem. końcowy efekt jest, w najłagodniejszej wersji językowej - opłakany.. najpierw ona, potem, na zakończenie, xyz, dały czadu - opieprzając wszystkich za wszystko, waliły na oślep i nawet nie patrzyły, jak puchnie.. a ciało pracownicze - puchło w oczach.. v. nawet wybiegła z sali z płaczem. ja byłam na granicy - wytrzymałości.. pięści zaciskały się w nerwowym odruchu w sposób absolutnie niekontrolowany.. para szła uszami.. nie tędy droga, wisienko.. nie tędy droga, xyz. tak - się - tego - nie - robi. kropka.

dwa punkty kulminacyjne, które zdegradowały wisienkę doszczętnie:
- zrobiła awanturę młodej za wizytę m., któregoś pięknego dnia w kurniku.. jakiś tydzień po tym, jak sama, osobiście, przyjęła gościa w osobie pani z dzieckiem.. podjęła ją nawet kawą. i tortem. i ponad godzinną pogawędką o dupie maryni.. chyba - nie wiem. starałam się w tym czasie pracować. co zakładało przebywanie w innym pomieszczeniu i w innym towarzystwie. ale dzisiaj dostało nam się kolektywnie po uszach. za to, że olewamy swoje obowiązki..
- opierdzieliła nas za załatwianie pobocznych interesów w trakcie pracy - niecałe pięć godzin po tym, jak w sposób skrajnie agresywny sterroryzowała mnie wprost w porzucenie tego, co akurat robiłam i oddanie jej jednego papierka. na miesiąc temu!

w trakcie zebrania, delektując się głębią jej siedzących na przeciwko brązowych oczu, na bieżąco rachowałam swoje sumienie.. raz jeden pokiwałam głową z pokorą, w trakcie wywodu xyz, ale po namyśle muszę stwierdzić, że nie mam o to do siebie pretensji. grzechu warta potwierdziła potem moje odczucia. oczywiście na gorąco wszystko przedyskutowałyśmy już pięć metrów za zatrzaśniętymi drzwiami kurnika.. emocje jeszcze ciągle formują zbitą gulę w gardle, powodują pieczenie spojówek. mówię szybciej. jestem na wkurwionym haju..

2 komentarze

nie jest tajemnicą i nie od dziś, że ze śmiercią nie radzę sobie w zasadzie wcale, nie lubię cmentarzy, nie chadzam na nie, jeśli nie muszę, swojej śmierci się boję, że będzie w płomieniach.. śmierć bliskich jawi mi się jako okrutna jakaś abstrakcja, śmierć bliskich jest dla mnie absolutnym tabu. emocjonalnie, na śmierć kogoś z rodziny, reaguję dwubiegunowo - albo emocji nie wiążę z tym wydarzeniem żadnych, albo wpadam w histerię.. nic pośredniego. z jednego stanu, bezpośrednio, bez przystanków w międzyczasie, przechodzę w drugi. i z powrotem.. nie lubię, nie potrafię lubić, o śmierci myślenia - bo w ten sposób jeszcze bardziej osadzam ją w rzeczywistości. śmierć jest - naturalnym końcem życia. tyle wiem i tyle jestem w stanie zaakceptować. myślenie o niej sprawia, że jest jeszcze trochę bardziej - a po co komu jeszcze więcej śmierci? i nie piszę o tym tylko dlatego, że właśnie kończy się październik, markując tym swoim kończeniem początek sezonu zniczowego.. nomen omen w tym roku sezon ze zniczami został zepchnięty do lamusa - wystawy sklepów już życzą wszystkim wesołych świąt bożego narodzenia, supermarkety już zaczęły bombkową ofensywę.. piszę tak, bo jutro pogrzeb babci.. i tutaj już zaczynam dławić się łzami..

1 komentarz

one.. a, jakoś tak mi się wcześniej zapomniało.. ale one, pół godziny przed końcem, zgromadziły się przed ekranem monitora i i. pokazywała im swój weselny film.. czy.. bo ja tam nie siedziałam bo wydawało mi się, że prędzej puszczę pawia, niż wytrzymam trzy sekundy seansu.. poza tym mam po uszy zaległości.. zaległości - to moja specjalność! czy to znaczy, że ukonstytuowałam się w kurniku już jako jednostka tradycyjnie aspołeczna? czy to znaczy, że zostawią mnie w świętym spokoju? zakładając, całkiem słusznie, że jestem osobą w gruncie rzeczy mało sympatyczną, którą mało obchodzą sprawy innych, w szczególności i to szczególnej - ich? czasem się zdobywam na jakieś pytanie, takie drążące, ocierające się o prywatność, chyba, ale szybko sama żałuję swojego szalonego pomysłu.. tracę skupienie i po minucie, czasem prędzej, przestaję słuchać, trochę się uśmiecham, kiwam głową, nie wiem, co powiedzieć, kiedy oczekiwana jest jakaś wypowiedź ciągnąca temat dalej.. nie mówię o sobie, jeśli tylko mogę mówienia uniknąć i to nie tylko z najbardziej oczywistej przyczyny.. po prostu - co ich to ma obchodzić? dobra, czasem wymsknie mi się jakiś strzępek informacji - tego żałuję jeszcze szybciej, bo te sępy rozszarpują ten, i tak już strzępek, jeszcze bardziej na strzępy i domagają się więcej, więcej, więcej.. wtedy, dla odmiany, przestaję się uśmiechać, tak szybko jak to możliwe schodzę na temat neutralny albo po prostu - uciekam. fizycznie. opuszczam pomieszczenie, w którym doszło do rażącego przekroczenia granic dopuszczalnego ujawnienia.. ale to są baby. prawie same baby. i one nic tylko - ple ple ple.. i w przerwach między jednym ple i drugim ple i trzecim ple, robią jeszcze trochę więcej ple.. m. ma z górki, bo od niego, jako faceta, nikt nie wymaga paplania.. może się zamknąć sam gdzieś i jest git, nikt mu gitary nie zawraca.. na szczęście młoda (bo m. jest chyba z nas najmłodsza w tej chwili), przestała wypytywać o mojego chłopaka.. rzygać mi się chce - młoda jest miłą dziewczyną, ale jej wizja świata wydaje mi się ciut zbyt infantylną jak na jej wiek.. kiedy ostatnio zaproponowała, żebyśmy (nie tylko my we dwie, raczej tak zbiorowo) rozmawiały o facetach, powiedziałam, że się wyłamuję i mogę co najwyżej rozmawiać o swoim przyszłym psie.. uff, przeszło bez echa.. w każdym razie - bez takiego głośnego.. uff, wiecie, w sensie, że nie było dodatkowych pytań.. chyba już załapała, że ich nie lubię i że i tak nie powiem jej więcej, niż chcę i że wcale niekoniecznie chcę mówić cokolwiek.. taka jest, w każdym razie, moja naiwna wersja i będę się jej trzymać dopóki rzeczywistość nie okaże się, no tak, całkiem inna.. mi naprawdę nie przeszkadzałaby ich zbiorowa świadomość mojej orientacji, pod warunkiem, że nie musiałabym z tej okazji urządzać kampanii reklamowej.. i że nie zostałabym zasypana setką idiotycznych pytań.. jestem tym zorientowanym na siebie typem narcyza, który ma w nosie wszystkich dookoła i ich potrzebę zaspakajania głodu informacyjnego - nieustannie dręczy mnie to pytanie - co to kogo do cholery obchodzi?? co innego osoby pozytywnie zweryfikowane.. tym mogę powiedzieć czasem nawet więcej, niż miałyby ochotę lub potrzebę usłyszeć, ale to całkiem inna historia.. bo tak w ogóle, wydaje mi się, że trochę zboczyłam z tematu..

tak, widok kilku dorosłych bab, z minami błogiego zachwytu oglądających spektakl według jednego z najbardziej oklepanych życiowych scenariuszy, sprawił, że poczułam się niebotycznie wdzięczna bogu za swoją, nie mieszczącą się w zakresie wąsko pojętej normy, orientację. jak dobrze nie być hetero w tym heteronormatywnym świecie.. jak dobrze, że istnieją takie strony :D

Dodaj komentarz

- wyprowadzam się..
- dokąd?
- do warszawy
- gdzie?
- do zuzy..
- pomyśl jeszcze o tym
- już postanowione, jutro jadę malować (mocne ugryzienie w język, żeby nie powiedzieć: nasz) pokój..
- jak długo będziesz tam mieszkać?
- długo..
- to znaczy, możemy sprzedać mieszkanie w warszawie?
- to wasze mieszkanie..

Dodaj komentarz

na szybko: dziwka szatana podrzuciła mi jakieś swoje papiery, tak dla odmiany, które w ogóle powinny trafić w ręce agnieszki, nie moje. chyba nikogo nie dziwi przydomek, jaki nadałam kobiecie, która na tyle zalazła za skórę swoim wieloletnim 'współpracownikom', że teraz musi załatwiać swoje sprawy przez pośredników. że też we mnie musiała upatrzeć sobie najlepszy materiał na dziewczynkę na posyłki. kurwa mać. w ogóle to nie. nawet nie tknę tych jej papierów. co mnie to obchodzi? jak na czas nie spłyną gdzieś na dół, nie dostanie zwrotu kasy albo będą ją za kasę ścigać - mam to w nosie.

na czwarte piętro dotarłam z ponad dwugodzinnym opóźnieniem - bo raz na jakiś czas każda baba potrzebuje dogodzić sobie fryzjerem. no i ja sobie dogodziłam, a że akurat w godzinach pracy? fryzjerka wyglądała na fajną czterdziechę, więc w ogóle było z bonusem - zaczynają mi się podobać coraz starsze. potem tramwaje jeździły jakoś na około i nie potrafiłam znaleźć jednego, bezpośredniego i trzy razy zmieniałam kierunek jazdy. profesor zniecierpliwił się i zadzownił gdzieś przed czwartą, więc jak tylko odebrałam telefon, przejęłam inicjatywę i wyjaśniłam mu, że dzwoniłam wcześniej, żeby powiedzieć, że będę później, a teraz już biegnę w te pędy.. nie biegłam. zaczęłam błądzić po tramwajowej dżungli.. pana z portierni już nawet nie dziwią godziny, o jakich przychodzę do 'pracy'. widział już, jak pracowaliśmy całą sobotę, jak profesor odbierał z portierni pizzę, jak wymusił moją lojalność w polski dzień niepodległości.. a podejrzewam, że mój profesor nie jest nawet największym oryginałem w tym budynku. naukowcy już tak mają. ale miało być w skrócie - przyszłam późno więc do późna posiedzę, takimi prawami rządzi się praca na czwartym piętrze. a co teraz robię? to, za co najbardziej lubię otrzymywać pieniądze - zupełnie nic..

Dodaj komentarz

tak to już jest. nie pomnę, ile razy to słyszałam, albo coś w podobie. w zasadzie pani promotor też tego nie powiedziała, ale dała dosyć jasno do zrozumienia. najpierw powiedziała, co porobiłam źle (a dosyć sporo spaprałam i nie ma co zwalać na pośpiech), potem wychwaliła pod niebiosa mój sposób pisania, a w rezultacie wyszedł powtarzany do znudzenia refren piosenki przewodniej mego żywota - żem zdolna, ale leniwa..

Dodaj komentarz

czarny obcas zostawił na mej stopie po sobie pamiątkę, w postaci bąbla z płynem i w kilku miejscach zdartych płatków skóry.. to wszytko na grzbietach palców i teraz boli ;( i tylko utwierdza w słuszności mojej nowej maksymy - obcasy = złoooo

Dodaj komentarz

a. nosi na kciuku obrączkę. nie wiem co to oznacza, jeśli cokolwiek, bo na ten przykład ja - nie noszę obrączek wcale. jeśli kiedyś dam się zaobrączkować, będzie to wynikiem wytrwałych starań z., ale wtedy też raczej nie dam sobie zaobrączkować kciuka.. a. nosi na kciuku obrączkę i to może świadczyć o absolutnie - niczym. ja z reguły staram się nie przypisywać obrączce na kciuku jakichś szczególnie magicznych właściwości symbolicznych. tak wiele dziewcząt nosi dzisiaj obrączki właśnie na kciukach - nie wszystkie z premedytacją.. ale obrączka na kciuku a. wywołuje u mnie w duchu nostalgiczny uśmiech.. a. jest jedną z pierwszych moich dziecinnych miłości - nawet jeśli wówczas nieuświadomionych.. teraz spotykam czasem a. pomiędzy tutejszymi piętrami. dzisiaj nawet zawędrowała na to moje - czwarte.. i zaświeciła do mnie tą obrączką na kciuku i mrugnęła okiem..

2 komentarze

zawiesiłam się.. coś między histerią, katatonią, paraliżującą paniką.. i odwiesić się nie mogę.. kto mi powie, gdzie mam guziczek reset?

1 komentarz

bo one ciągle, one znowu, one niezachwianie, bez skrępownia - swoje. że chyba muszę być zakochana. i niech im wreszcie coś powiem.. czy to już zalicza się do działań mobbingowych? przecież to jest regularne nękanie. i gdzie ta ich babska intuicja? dlaczego wnioskują, że skoro sama nie mówię, to trzeba to ze mnie wywlec publicznie, na głos, koniecznie!? czuję się cokolwiek wobec nich bezsilna, czuję, że w tej sytuacji zawodzi mnie inteligencja. nawet gdybym nie antycypowała problematyczności tego "wyznania", dokonanego na forum publicznym, zwyczajnie nie czuję tej potrzeby. powiedzmy, że, nawet jeśli tylko umownie, to w zasadzie ją rozumiem. wiem, że ludzie tak miewają. że jest to czynnik na jakimś tam poziomie integrujący. albo, że fajnie się trochę pochwalić. albo, żeby język nie wyszedł z wprawy, należy nim nieustannie mielić. ok. tyle czaję. ale nie czuję tego za grosz. czy nad tym nie da się przejść do porządku dziennego? czy ja nie mogę po prostu wykonywać swojej pracy? bez tych akcentów, smaczków, plotek, zwierzeń? mogę posłuchać. ostatecznie. mogę się nawet pouśmiechać. dlaczego im to nie wystarczy? chwilowo jeszcze, byćmoże, nieznacznie ratuje mnie pojawienie się faceta. może przy p. trochę się pohamują. może przynajmniej na początku, chociaż odrobinę spuszczą z tonu. nawet jeśli tylko przez trzy dni w tygodniu i w niepełnym wymiarze, może przez resztę czasu będą zapominać.. póki co spróbuję się dalej idiotycznie, acz tajemniczo półuśmiechać..

2 komentarze

gdzie się podział mój weekend? to trochę z mojej własnej winy, bo sobotę przesiedziałam w domu i nawet się nie pochwalę, co robiłam. nie ma się czym, rozumiecie.. w niedzielę w wilanowie nie bałam się wiewiórki i to było całkiem spore dokonanie. wieczorem karmiłam wewnętrzne dziecko jengą..

4 komentarze

poszłam umierać.. spróbuję zmartwychwstać jakoś w kwietniu..

Dodaj komentarz

dzisiejszy sen dopadł mnie, kiedy kończyłam się ubierać. niespodziewanie zjawił się z powrotem w głowie. może był na spacerze, może wyszedł na papierosa, grunt, że wrócił w całej okazałości i nieprędko wsiądzie w jakikolwiek pojazd zwany - zapomnieniem. w tym śnie - najpierw mam za długie paznokcie u stóp. takie białe i grube końcówki. bleee. próbuję je ukryć, zwijam palce, chcę je schować gdzieś pod śródstopiem najlepiej, czyli hen hen.. na ławce obok mnie, bo znajduję się razem z ławką i z tym dwiema dziewczynami na korytarzu przed drzwiami i wygląda to jak parter na wydziale - one dwie. nie wiem, kim są, ale bardzo nie chcę, żeby widziały te moje paznokcie. i one wchodzą do tego pokoju. razem, a może pojedyńczo? sen się tutaj trochę myli w zeznaniach, ale może dlatego, że to chyba taka nieistotna jego część, raptem prolog. a może nawet nie. one tam wchodzą i giną we wnętrzu, ja, nie wiedzieć czym powodowana, też próbuję się tam dostać i bóg jeden raczy wiedzieć, jak idę, skoro stopy starannie zwijam w rulonik, palce do samiusieńkiego środka.. ale idę, wchodzę, tam są jakieś takie obleśne fotele, czerwono chyba obite, jakby je ktoś tam postawił jeszcze w latach siedemdziesiątych i na śmierć o nich zapomniał.. pokój okazuje się raptem przedsionkiem? no cel zasadniczy całego tego pomieszczenia ukrywa się gdzieś za kolejnymi drzwiami i pal je licho, tam już nie zaglądam. z powrotem na korytarzu, i kiedy już nie istnieje problem paznokci, na ławce, trochę dalej i pod oknem - grupa dziewcząt. i a. nie powiem wam, która a. - i tak jej nie znacie. przegląda jakieś prace pisemne. siadam na skraju rzeczonej ławki, przysłuchuję się i przyglądam. a. wstaje, zabiera plik prac, przechodzi obok mnie, idzie tym korytarzem. na ławce zostało kilka skoroszytów, więc zbieram je wszystkie i pędzę (pędzę!) za nią. za rogiem doganiam a. i dysząc i sapiąc (no może przesadzam) komunikuję, choć nie pamiętam dokładnie jakich słów używam, że jeszcze kilka, ze zapomniała. witamy się. te prace już teraz tracą kompletnie znaczenie. wita mnie. obejmuje czule. i całuje w ucho. i znowu. i znowu. przytula, wita i całuje w ucho. energicznie, radośnie, śmiejąc się, ciesząc. trochę zaskoczona takim przebiegiem spraw i, nie ma co ukrywać, zwyczajnie zawstydzona, przynajmniej na początku - stawiam opór.. bez pewności siebie i w zasadzie szybko przestaje, bo szybko zaczyna mi się podobać jak ta sytuacja rozwija się dalej. wchodzimy do klasy. do klasy! i tutaj w zasadzie powinnam przestać i spalić się ze wstydu.. wchodzimy do klasy. zamykamy drzwi za sobą. żeby nikt nie słyszał, nie widział. że bezcześcimy i - jak! kolejne sprzęty szkolne (szkolne!) - ławki, biurka i tablice.. a teraz, już w świetle dnia tak się zastanawiam, czy bardzo będę się rumienić, jeśli kiedyś spotkam a. przypadkiem na ulicy..

Dodaj komentarz

wiatr nie wiał ani zbyt silny, ani szczególnie porywisty. gołąb. i tak wydawał się faktem wiatru wiania zaskoczony na tyle, żeby zboczyć nieco z obranej wcześniej, chociaż nie wiem na ile świadomie, trajektorii i wycelować dziobem w sam środek mojego czoła. nie trafił. bo na czas zanurkowałam w przestrzeń trochę z przodu i poniżej własnej szyi. gdybym była postacią wkreskówce, schowałabym głowę między ramiona, wsuwając ją pionowo w dół i prosto do klatki piersiowej. ale nie jestem. i tak czy inaczej, wczorajszy gołębi zamach na moje życie zakończył się jego niepowodzeniem i moim ustrzeżeniem się przed przedwczesnym zerwaniem umowy abonamentowej. na własny żywot, gdyby ktoś miał wątpliwości. wy takiej nie macie?

wiatr wciąż, wydawało mi się, nie był ani szczególnie porywisty, ani zbyt silny. a i tak udało mu się wprawić w zaskoczenie kolejnego gołębia, tym razem spacerującego. po ziemi. nisko, na trawniku. prawie się biedaczek nie przewrócił. chyba, że był pijany. a i tego nie da się wykluczyć.

później tego dnia, kiedy wiatr już właściwie wcale nie wiał, ostatecznie utwierdziłam się w przekonaniu, że nawet najciekawsza książka nie sprawi, że jeszcze kiedykolwiek usiądę w tramwaju. zwłaszcza w takim, gdzie krzesła obite są jakąkolwiek namiastką jakiejkolwiek tkaniny. dźwięk strumienia.. cieczy, bynajmniej nie będącej wodą.. uderzającego o podłogę tramwaju w nieregularnych odstępach czasu i z nieregularnym natężeniem, dochodzący z końca pojazdu okupowanego przez pana w poszarpanym ubraniu, który wcześniej (i później z resztą też) ostentacyjnie palił tam papierosa, może to zrobić z człowiekiem..

Dodaj komentarz

dobrze po pierwszej nie mogłam zasnąć, więc zapaliłam światło i usiadłam do komputera. skończyłam (przynajmniej wstępnie) coś, nad czym znęcam się chyba od listopada, może od października. gdy zasypiałam, spłonął pierwszy zapamiętany przeze mnie symbol kapitalizmu w tym mieście - spłonął megasam/globi/carrefour.. jakoś na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pojawił się globi, ukradłam tam jajko niespodziankę. możliwe, że jeszcze jakieś inne słodycze, ale to jajko tak nietypowo zapadło mi w pamięć - nietypowo, bo ostatnio niewiele zdarzeń ma to samo szczęście..

pobudka - wymuszona. kawa - rozpuszczalna, słodka, z mlekiem. śniadanie - gryz gryz, grlg grlg. i oto jestem, chociaż jeszcze nieumyta. do tego przejdę za czas jakiś. jestem z żelaznym postanowieniem, że.. ale nie gwarantuję, że to się w ogóle uda.. bo głowa, mało snu i jakieś hałasy za oknem.. to ciężarówka sity natknęła się na zaparkowany w wąskiej uliczce za oknem samochód pod płotem sąsiadów. trąbi i chrzęści silnikiem, cofając. nie ma łatwego zadania, pewnie czuje się jak w potrzasku. uff, właściciel łaskawie uruchomił swój dziesięć razy mniejszy pojazd, który jednak zdołał chrzęszczeniem swojego silnika zagłuszyć panów z sity.. przysięgam, że świat się sprzysiągł przeciw mnie i z premedytacją leje na moje żelazne postanowienia. i one rdzewieją..

Dodaj komentarz

za oknem niebo już całkiem zainfekowało przemarzniętą prawie do zera ziemię.. świat bieleje. zgodnie z wczorajszym życzeniem - żeby przestał padać deszcz. żeby było zimniej, żeby spadł śnieg. czary mary..

Dodaj komentarz

bo kto by spamiętał więcej niż trzy? ja z moją dziurawą głową z całą pewnością - nie.

wypijam kawę i zabieram się, zabieram, zabieram.. obudziłam się przed jedenastą. nie wiem, kiedy ostatnio pozwoliłam sobie na taką rozpustę w łóżku..

za oknem kawałki nieba z ponurą determinacją bombardują ziemię.. na stole w salonie leniwie rozkwitają tulipany z soboty..

w głowie, oprócz katastrofalnego zniechęcenia do czynności tylko ocierających się o ogólne pojęcie konstruktywności: ból. w nosie - gluty. wstrzykuję sobie jakieś paskudne lekarstwo, staram się, żeby codziennie. raz jeden mi się nie udało wytrwać w systematyczności tej czynności. i teraz nie wiem, bo pani doktor ostrzegała, żeby nie robić przerw. nie robię przerw. niechcący w rutynę wkradła się, przez przypadek i zupełnie poza moją dobrą wolą - jedna jedyna przerwa. a teraz wstrzykuję je sobie nocą, przed zaśnięciem, gdyż zauważyłam, że straszliwie zamula i usypia. zapewne i ta dzisiejsza łóżkowa rozpusta spowodowana była lekiem.. który, notabene, chyba nie pomaga, bo ciągle: w głowie ten ból, w nosie te gluty..

jutro każę się zawieźć rano na badanie krwi. z dwutygodniowym opóźnieniem. doktor, tym razem pan, zapisał mi to badanie, zaznaczając na karteczce jakieś takie, że jak pokazałam tę kartkę pani w klinice, która prawie pod domem, za drobną opłatą, mogła mnie zbadać od ręki, to się pani za głowę załapała. że raz na dziesięć lat ktoś przychodzi z tym badaniem. i że u nich nie zrobię. i że ona nawet nie wie, gdzie mogą mi to zbadać.. a kiedy pan doktor mówił: dziecino, to tylko nerwica - jakoś tak nic nie wskazywało, że zechce mi zbadać krew pod jakimś egzotycznym kątem.. dał mi jakieś prochy, powiedział, że to jeszcze nie psychotropy. ale strasznie zamulały, więc przestałam brać.. zamieniłam na zamulające lekarstwo wstrzykiwane do nosa - na zatoki..

marzną mi stopy, więc kradnę nieswoje skarpety z nieswojej szuflady..

właśnie dzwoniła mama: w sobotę będę się przysługiwać ludzkości..

Dodaj komentarz

piątkowe popołudnie. deja vu? bo przemek znowu się ze mnie naigrywa. że chyba się w głowę ostatnio uderzyłam. wielokrotnie. że o czwartej. że w piątek. ktoś ma być na dole? ale to było, jak szef się wreszcie łaskawie objawił. bo wcześniej..

mimo, że to piątkowe popołudnie. co znaczny ni mniej ni więcej, że właściwie już zaczął się weekend. (jeśli się już zaczął, to co ja tu jeszcze u diabła robię? a tak, pracuję - bo mam nieregularny, nienormowany, żeby nie powiedzieć, że nienormalny czas pracy). szefa ni widu, ni słychu.. tak między trzecią a czwartą. dla zabicia czasu. napełniam rozmaite naczynia i czajniki elektryczne wodą. nie bylejaką wodą. z nieprzypadkowego kranu, bo z kranu zaopatrzonego w filtr do wody. bo tutejsza woda, mimo, że to ochota, nie należy do najsmaczniejszych, nawet jeśli się ją kilkakrotnie przegotuje (w zasadzie to nie wiem jaki to może mieć wpływ na jakość wody, to gotowanie jej w kółko i na okrągło, jakby raz nie wystarczył - nie wystarczy?) więc tak biegam, z pokoju, do pokoju, z dzbankiem na wodę, podstawiam pod sączący leniwym strumyczkiem przefiltrowaną wodę kran na zmianę czajnik, i ten dzbanek. napełniają się po malutku: kap - kap. przypominają mi się godziny chińskich tortur, które serwował mi szef kilka lat temu. dziś wreszcie zrozumiałam. ten kran, mimo, że zaopatrzony w filtr (regularnie wymieniany, nie ma to tamto), ma kompletnie sparciałą uszczelkę, czy coś tam, w tym miejscu, w którym filtr jest przymocowany do kranu końcówki (jakkolwiek fachowo by się nie nazywał ten jego element), i jeśli strumień wody swoim nasileniem przekroczy to nieludzko flegmatyczne: kap - kap, wycieka z niego bokami i w rezultacie woda, która osiąga jakiekolwiek naczynie, czy nawet tylko samo dno zlewu, jest mieszanką tej filtrowanej z tą nieczystą i cały sens filtra i filtrowania jako takiego - no cóż. spływa razem z tą wymieszaną wodą wprost do kanalizacji. lub, o zgrozo, do czajnika. ale jest piątek. tygodnia koniec (ktoś kiedyś śpiewał, że też początek, ale ja chyba nie rozumiem tej głęboko refleksyjnej metafory artystycznej). przez weekend ta część instytutu będzie świecić ustawowymi pustkami. a w poniedziałek i tak trzeba będzie wymienić wodę w czajnikach na świeżą..

Dodaj komentarz

który uważa, że związek dwóch kobiet jest łatwym związkiem. że niby łatwiej jest się dogadać. że jest jakaś utopijna wspólna płaszczyzna emocjonalno-itelektualna, że to rzeczywistość jest bez nieporozumień, niedomówień i w ogóle - sielanka. no więc wyobraźcie sobie - gucio prawda. i tylko tyle w tym momencie jestem skłonna powiedzieć w miarę publicznie.

2 komentarze

pustki. bo i czego się spodziewać? przemek wybucha szyderczym śmiechem, zerkając na zegarek w odpowiedzi na moje pytanie o nieobecność całego działu księgowości, kadr i reszty przystawek.. jest piątek, popołudnie, dochodzi.. trzecia.. niewiele później zamyka drzwi tych kilku pokoi, w których samotnie urzędował cały dzień i idzie zdążyć przed korkami.. ja zalewam kawę, łykam aspirynę, czekam na szefa. teraz dochodzi czwarta i bawię się wyśmienicie. wypełniamy ankietę w internecie, w serwisie nauka polska..

Dodaj komentarz

tramwajowym czekałam. na tramwaj przecież. horyzont pusty - tylko tory i przestrzeń nad nimi wyzuta z jakiegokolwiek poruszenia, z jakiejkolwiek materii. więc żeby czasu nie tracić na bezowocne stanie, wyjęłam książkę. czytałam. a przez skrzyżowanie, jednocześnie, próbowały przejechać dwa samochody. jeden duży, pomarańczowy, drugi mniejszy, ciemno-szary chyba. nie powiodła im się ta próba, spotkały się dosyć gwałtownie gdzieś w trakcie skrzyżowania, samochodowymi swoimi nosami wpadając na siebie nawzajem. huk był głośny, ale krótki, poprzedzony piszczeniem przerażonych tym, co nieuchronnie miało nastąpić opon. cała rozpędzona rzeczywistość na sekundę zamarła - przysięgam, że przez ułamek chwili bezpośrednio po tym zdarzeniu nastała kompletna cisza, świat wziął krótki wdech, który zaraz potem wypuścił ze świstem i szelestem - przechodniów skorych do natychmiastowego komentarza (i proszę, to ta brawura młodych kierowców.. ale gdzie tam młodych, to wina tego pomarańczowego!!); kierowców innych pojazdów, nie uczestniczących bezpośrednio w zdarzeniu, zniecierpliwionych przestojem spowodowanym niedotyczącym ich zamieszaniem; wreszcie głównych aktorów tej sceny, opanowujących wstępny szok, wysiadających (o własnych siłach) ze swych zdewastowanych maszyn, szacujących straty, wzywających odpowiednie służby porządkowe na miejsce zdarzenia.. (oo, będzie kłótnia zaraz! tęgawy chłopiec stojący nieopodal oznajmia wszystkim stojącym w zasięgu głosu gdy kierowca mniejszego, osobowego auta opuszcza je, jako pierwszy, i swoje kroki kieruje w stronę drugiego pojazdu..). nie widziałam, kto kogo i dlaczego, jakie były światła.. czytałam wtedy w książce o dwóch dębowych kręgach.. a że nikt z uczestników nie sprawiał wrażenia śmiertelnie rannego, wróciłam do lektury.. a kiedy przyjechał tramwaj, wsiadłam i na stojąco dalej czytałam.. potem jeszcze czytałam czekając na autobus, na innym przystanku. na szczęście tam nie doszło do żadnej tragedii.. w autobusie też czytałam, tym razem siedząc. skończyłam czytać (definitywnie, bo książka nie oferowała więcej tekstu) niedługo przed wołominem.. hej, to była naprawdę interesująca książka! a czym jest niegroźna stłuczka samochodowa wobec powstania warszawskiego?

Dodaj komentarz

jakieś człowieki przyszły, weszły drzwiami i wyszły oknem. po drodze odsunięta została szafka z dokumentami skutecznie uniemożliwiająca otwarcie okna na wymaganą do przejścia przezeń człowieka szerokość. oraz jeszcze przemieszczono dwie sterty papierów leżących luzem i papierów poupychanych chaotycznie w przypadkowe zupełnie tekturowe teczki, bo te zagradzały drogę do okna, leżąc spokojnie i niewzruszenie na parapecie. usłyszałam też jakąś uwagę, że trzeba podłożyć coś pod klamkę w drzwiach - klamka się rozpada, o czym z resztą przelotnie rozmawiałam wcześniej z mamą. jej klamka też się rozpada. ale inaczej niż ta tutaj. nie powiem, że moja. nic tu nie jest mojego. i chwała niebiosom. człowieki zniknęły na namiastce balkonu biegnącego wzdłuż całej fasady budynku, coś mamrotały pod nosem tłumacząc mi, po co wychodzą, ale nic nie zrozumiałam. zjawiły się tak nagle i teraz o ich obecności gdzieś tam w przestrzeni przypomina mi już tylko minimalnie przemeblowany koniec pokoju bezpośrednio przylegający do lekko uchylonego okna.. no i ten goły parapet..

jest kilka minut później, wszystko wraca do normy, a człowieki w ramach rewanżu za w ich mniemaniu sympatyczne przeze mnie potraktowanie naprawiły mi klamkę w drzwiach. nie mi, tutaj. tę tutejszą.. w międzyczasie bowiem p. prówała się dostać do pokoju ale krnąbrność klamki skutecznie uniemożliwiającej jej otwarcie drzwi i zajrzenie do środka celem sprawdzenia, czy jestem, spowodowała, że odeszła bez nadziei na załatwienie swojej sprawy. pognałam za nią, wytłumaczyłam, że mam popsutą klamkę i zobowiązałam się do załatwienia jej. teraz się za to zabiorę :)

a człowieki na odchodne powiedziały, że przyniosą też kółko do popsutego fotela.. strasznie miłe te człowieki..

Dodaj komentarz

no więc ponoć moje powidoki trwają nieprzepisowo długo..

Dodaj komentarz

świecie, ja wiele jestem w stanie zrozumieć, wiele potrafię też zaakceptować nie wnikając w przyczyny.. ale.. ale.. ale z całą pewnością.. no doprawdy.. żeby w ministerstwie nauki (czy jak mu tam teraz, hgw..) nie potrafili czytać po angielsku?? dlaczego, świecie, nawet to przeklęte ministerstwo wysłałeś na krucjatę przeciwko mojemu pomyślnemu zakończeniu tych studiów, które podjęłam ponad cztery lata temu? dlaczego, o przebrzydły, stawiasz przede mną swoje oblicze do-góry-nogami i jeszcze się parszywie z tego wszystkiego cieszysz? dlaczego, o plugawy, testujesz moją wytrzymałość na absurd swojej egzystencji? twojej, tak, twojej, bo nie mojej. do niedorzeczności mojego tu na tym globie pobytu zdążyłam już przywyknąć i nabawiłam się odrobiny więcej rozumu, niż żeby wnikać w lub kwestionować cokolwiek związanego z tym zagadnieniem.. lecz teraz? czy dajesz mi w ten sposób do zrozumienia, że jednak dosyć już tej egzystencjalnej apatii, dosyć obojętnej pobłażliwości dla twej inwencji twórczej w zakresie urozmaicania mi żywota całymi sekwencjami zdarzeń jak najbardziej codziennych? już pal sześć to przeklęte ministerstwo - jestem skłonna twierdzić (i nawet iść w zaparte), że czegoś podobnego się nawet spodziewałam, bo ostatnio było już zbyt sielankowo, nadmierny był przestój w tym departamencie.. ba, jestem nawet skłonna twierdzić (przejść cały maraton zaparcia), że wielce bym była rozczarowana i zdziwiona, gdyby to się prędzej czy później nie stało. no i się stało i kropka. ale.. ale.. no z całą pewnością, doprawdy.. TEGO to już chyba za wiele?

Dodaj komentarz

Archiwum

Kategorie

Linki

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht